Zima leśnych ludzi, czyli Obława

Ciekawe czy Stuhrowi i Bohosiewicz przeszło kiedyś przez myśl, że zagrają razem w takim filmie jak „Obława”. Właściwie dopiero podczas seansu uświadomiłem sobie (podczas sceny (nie)spółkowania), że przecież oboje zaczynali w tym samym kabarecie. Kabarecie, hmm, śmieszne jak to się różne ścieżki układają.

Nie wiedziałem za dużo o „Obławie” ponad to co trzeba, a i nawet chyba tego nie wiedziałem, bo byłem cały czas przekonany, że akcja filmu dzieje się jakoś tak zaraz po wojnie. Bałem się jednak, że do napisania recenzji będę potrzebował jakiejś wiedzy historycznej i przede mną stanie konieczność zajęcia strony w jakimś drażniącym temacie. Na szczęście ob(ł)awy okazały się płonne, bo 1. film mi się pewnie z „Pokłosiem” „pomylił” (zamierzam dopiero zaliczyć), a 2. „Obława” jest filmem, w którym tego typu rzeczy nie są potrzebne. Wszystko jest jasne i klarowne i „trzeba być człowiekiem a nie ścierką” cytując klasyka. Choć oczywiście nie wszystko jest takie jednoznaczne, bo film byłby nudny, a wybory przed którymi stają bohaterowie zwykle są „larger than life” (jedno z tych angielskich powiedzeń, które rozumiem, ale nijak nie potrafię sensownie po polsku tego napisać – jakieś propozycje?)

Trwa zatem wojna (trudno się domyślić). Oddział partyzantów siedzi w lesie i z ciekawszych rzeczy, jakie ma do roboty to likwidacja kolaborantów (świetna pierwsza scena, jakby nie z polskiego filmu). Za jakiś tydzień, dwa ma ruszyć niemiecka obława i pewnie nasi dzielni żołnierze wiosny już nie doczekają, ale póki co wypełniają swój żołnierski obowiązek. A tym aktualnie jest likwidacja miejscowego konfidenta. Szybko okaże się, że planowana obława nie jest największym problemem partyzantów.

Świetny film, którego nie ma się co wstydzić przed światem. Zaczynam w ten sposób, bo już czuję naturalną dla mnie chęć wytykania błędów. Ubezpieczam się więc tym „świetnym” i teraz mogę to robić bez obaw. Zresztą nie mam przeciwko prawie nic, a już na pewno nic ważnego. Poza tym za dużo pisać nie mogę, bo jednak lepiej o filmie dużo nie wiedzieć… W każdym razie – jedna rzecz, która ma znaczący (o ile nie najważniejszy) wpływ na fabułę to częste przeskoki czasowe, które pomagają zamydlić przebieg wydarzeń. Skutecznie zresztą. Przez dłuższy czas myślałem, że to zabieg niepotrzebny i można się było obyć bez niego, ale im bliżej końca tym bardziej zmieniałem zdanie na przeciwne. Dlatego brawo za takie poszatkowanie, ale myślę, że jeszcze trochę nad taką formułą filmu pasowałoby posiedzieć, bo przeskoki te nie zawsze były naturalne i trzeba było jeden trybik więcej w mózgu uruchomić, żeby się rozeznać, gdzie teraz jesteśmy.

Druga, i ostatnia, rzecz, która mnie ukłuła to sprowadzenie całej fabuły do rzeczy zbyt prostej i trywialnej. Otóż z „Obławy” wynika, że wszystkie czyny, które popełniają jej bohaterowie (a w domyśle tamci ludzie lasów, miasteczek i pewnie miast całych też) spowodowane są popędem seksualnym. Zbyt proste mi się to wydaje i zbyt łopatologiczne.

A tak poza tym to w zasadzie można tylko chwalić. Film demitologizuje (trudne słowo) i rozprawia się z „instytucją” partyzanta, któremu daleko tu do wesołego kolesia rodem z opowieści o Robin Hoodzie. Realizm filmu jest chłodny i bolesny, co nie może być niczym więcej jak tylko ogromnym plusem dla produkcji. Całość trudnego partyzanckiego życia podkreślają świetne zdjęcia, na które patrzy się z przyjemnością. Aktorzy grają przyzwoicie, choć akurat nie rozpływałbym się nad ich kreacjami (a już najmniej nad smętną rolą Bohosiewiczowej) – najważniejsze, że nie wyglądają jak wycięci z dzisiejszego świata i wstawieni do zupełnie obcego sobie środowiska. Nic takiego nie ma miejsca, nawet w przypadku słusznie chwalonej Weroniki Rosati. 9/10

A co mnie podobało się w „Obławie” najbardziej? Zostałem przekonany, że w Polsce może powstać świetny… slasher. Już „Obławie” niewiele brakło, żeby zostać włożonym do takiej szufladki, ale jednak podejmuje on zbyt poważny temat, żeby bawić się w takie klasyfikacje. Tak czy siak – bez trudu znajdziecie tu slasherowe elementy na czele chyba z creepy niemiecką wesołą muzyczką, która rozbrzmiewa w niektórych momentach.

Jednego tylko nie mogę wybaczyć „Obławie” w kwestii slaseropodobności (zaznaczam – nie jest to żaden argument na nie tylko luźna myśl). Tej sceny z gazetą na pierwszej planie. No jak można było ją tak zmarnować. Aż się prosiło, żeby… spoiler :)

(1449)

PS. Osobne „brawa” dla CC Bemowo. Wiem, odgrażałem się, że więcej tam nie pójdę, ale już parę razy się złamałem i obyło się bez przygód. Do wczoraj. Ja wiem, że na sali, łącznie ze mną, były tylko trzy osoby, ale… Czegoś takiego jeszcze w kinie nie przeżyłem :) Zaczęło się na trailerze „Anny Kareniny”. Skaszetowany do 4:3 albo i do 3:4 nawet, bo dolna linijka napisów była na podłodze przed ekranem, zabolał różowo-zielonkawą barwą rodem z NTSC. Potem było dobrze (choć akurat na reklamach to wszystko jedno), a potem zaczął się film i to samo. Pierwsze pięć minut to obraz w formacie przewróconego prostokąta. Potem w końcu pełny ekran, ale z przesytem czerwoności, które zdominowały wszystko. Potem ciemny ekran i znów kaszeta. Kolejny ciemny ekran i pełen ekran bez czerwoności. Sukces?! Nieee. Początek eksperymentowania z wielkością ekranu połączone z symfonią przesuwanych zasłon dostosowujących się do wielkości wyświetlanego filmu. Zanim się uspokoiło ekran zdążył mieć kilkanaście różnych rozmiarów (na szczęście nigdy wielkości znaczka pocztowego) aż w końcu się uspokoił. Przesunięty w dół z czarnym paskiem u góry i dołem aktorów na podłodze. I tak z pół godziny, potem znów chwila kaszety i w końcu w końcu wszystko tak jak należy.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.