WFF – Obóz 14 – Strefa totalnej kontroli [Camp 14 – Total Control Zone]

Pora trochę ponadrabiać zaległości. Oceny na bieżąco macie na Q-Fejsie, ale stanowczo brakuje dwóch słów o filmach™. I myślę, że wyjątkowo będą to dwa słowa…

Pierwszy dzień festiwalu, pierwszy mój film na WFF ever. Niemiecki dokument o obozach pracy w Korei Północnej. Głównym bohaterem filmu jest urodzony w takim obozie chłopak, któremu po wielu latach niewoli udaje się zbiec. Opowiada on przed okiem kamery swoją historię, która okazuje się nie do końca być taką, jak mogłaby się na pierwszy rzut myśli wydawać.

Lubię dokumenty, ale ten nie wywołał na mnie jakiegoś specjalnie wielkiego wrażenia. I już sam nie wiem, czy to ja jestem nieczuły, czy może reżyserowi nie udała się sztuka wywołania we mnie wrażenia. Choć najprawdopodobniej jego celem nie było wywarcie wrażenia, a suche opowiedzenie tego, co ma do opowiedzenia, by świat usłyszał.

Tyle, że świat już słyszał wcześniej nie raz i świat mimo to niewiele może zrobić w tym kierunku. To co świat robi, a co wynika z filmu, to organizacja odczytów o ciężkim losie północnych Koreańczyków i wysyłanie paczek przez małolatów z organizacji, która raczej niewiele może pomóc, ale cieszy się i bije sobie brawo za to, że wysłali kolejną paczkę. Kim Ir Sen by się uśmiał.

Nie do końca jestem przekonany – choć 1. nie wiem dlaczego, a 2. nie wiem w ogóle czy mam rację – co do wyboru na głównego bohatera kogoś, kto nie znał nigdy innego świata poza obozem. Asiek przekonuje mnie, że to właśnie fajne tak poznać jego punkt widzenia, ale ja jakoś nie mogę tego kupić. I może właśnie dlatego – choć film zdecydowanie nie unika przedstawiania surowych obozowych warunków, do jakich można trafić za byle co – jakoś nie potrafiło mną wstrząsnąć. Nie pomogła temu też dość banalna pointa całego filmu.

Ale może to coś ze mną nie tak. Jest w każdym bądź razie w filmie sporo brutalnych scen, choć bardziej opowiedzianych słowami niż pokazanych na ekranie. Wobec oczywistego braku materiałów filmowych z wnętrza obozu (są jedynie dwa krótkie przemycone amatorskie filmiki) opowieść głównego bohatera zilustorwano dość prostymi animacjami (to nie film animowany, żeby animacje były wypasione), a cały terror tytułowego miejsca poznajemy z opowieści bohatera i z jego wyrazu twarzy, a także ze słów dwóch byłych strażników (a może strażnika i komendanta obozu, nie pamiętam), którzy również snują tu swoją opowieść. (I myślę, że ciekawszy byłby film o strażnikach takiego obozu).

Cóż, God Grew Tired of Us: The Story of Lost Boys of Sudan, z którym skojarzył mi się „Camp 14” toto nie jest. 7/10, bo zobaczyć mimo wszystko warto.

(1432)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.