Wdrożenie i opieka: MimasTech
Szokujące newsy!

Skyfall

Jakiś czas temu – dwa trzy lata temu, nie pamiętam – gruchnęła wiadomość, że koniec z Bondem. Ktoś tam splajtował i miało już więcej nie być filmów o jego przygodach. Minęło trochę czasu i okazało się, że pogłoski o jego śmierci były mocno przesadzone, a sam Bond żyje i ma się dobrze. A przynajmniej postać o nazwisku Bond, James Bond, bo cała reszta została na dobre postawiona na głowie.

Zaczęło się od pierwszego filmu z Craigiem, który na dobre podzielił fanów. Jedni go kochali, drudzy nienawidzili. To samo było z formułą, jaką przyjęła klasyczna opowieść o kolesiu z fajnymi gadżetami. Nagle Bond zaczął się brudzić, pocić, męczyć, dostawać po ryju i krwawić. I tylko w zasadzie jego libido pozostawało na najwyższym poziomie (myślę, że chwila, w której Bond zostanie impotentem będzie na dobre oznaczała koniec Bonda, ale nie sądzę, aby ktokolwiek odważył się to zmienić). Fabuły filmów spoważniały, postaci nabrały głębi (jakby to kogoś obchodziło w filmach o Bondzie…), a klasyczne grepsy pojawiały się w zasadzie tylko na zasadzie smaczków i mrugnięć okiem (kiedyś z wody wychodziła Urszula, teraz wychodzi Daniel itp.). „Film o Bondzie” ewoluował aż do tego momentu, w którym pojawił się „Skyfall”.

I w zasadzie nic ze starych bondów w „Skyfall” nie zostało.

Czego nie ma w „Skyfall”? A wszystkiego prawie. Nie ma gadżetów, nie ma onelinerów, nie ma przestępcy, który chce podbić cały świat, nie ma nowego samochodu, nie ma dziewczyn Bonda… Co tylko pomyślicie, że kojarzy Wam się z bondami – jest spora szansa, że tego w „Skyfall” nie ma. Został nieznośny product placement (szczytem była chyba scena, w której za jednym zamachem pojawiły się napisy „Heineken” i bodajże „Hyundai”. Został „Bond. James Bond”, a np. „martini wstrząśnięte i mieszane” pojawiło się w postaci przygotowania tego zapewne drinka na pierwszym planie. Bez słów, z uśmiechem do widza. Ba, nawet klasyczny motyw muzyczny pojawia się AFAIR tylko raz, też na zasadzie mrugnięcia, dźwiękowego tym razem. Jak wszystkie te relikty wesołego filmu o kolesiu, który zegarkiem rozbroi każdą bondę… bombę. Transformacja Bonda dokonała się w pełni i historia doszła do punktu, w którym wszystko można zaczynać na nowo i jeszcze raz. Na poważnie, z psychologiczną głębią.

Zajadłym fanem bondów nie jestem i nie przeszkadzało mi nigdy to odejście od klasycznej formuły. Wręcz przeciwnie. Podoba mi się, że Bond walczy naprawdę i czuje ból od czasu do czasu. Craiga w tej roli też bardzo lubię. Problem tylko w tym, że choć jest fajnym Bondem, to gra w przeciętnych bondach. I „Skyfall” też jest przeciętny. Przeciętny jako thriller sensacyjny, bo jako „filmu o Bondzie” w ogóle nie ma go co rozpatrywać. Farewell Bond, twój czas minął – twoje rzeczy schowaliśmy w zakurzonym magazynie. Wyciągnij je ostatni raz, a potem koniec sentymentów.

Głównym powodem przeciętności „Skyfall” jest fakt, że jest nudny. Ludzie po wyjściu z sali mówili pod nosem, że prawie usnęli (żeby nie było, że wszyscy – jedna baba, która koło mnie wychodziła ;P ) i wcale im się nie dziwiłem – sam byłem tego bliski. Po pierwszej akcji potem przyszła cała godzina nudów, gadania i jeżdżenia po efektownie wyglądającym, kolorowym świecie, w którym nic się nie działo. Coś ruszyło dopiero z pojawieniem się świetnego Bardema w roli czarnego charakteru (taki żywcem z bbc-sherlockowatego Moriarty’ego wzięty), ale skłamałbym, gdyby napisał, że z emocji gryzłem palce. Nic nie gryzłem, bo emocji nie było tu prawie wcale – co w zasadzie dziwne skoro pogłębienie rysu charakterologicznego postaci powinno pomóc w tej kwestii.

Jeśli więc chcecie zobaczyć Bonda, to zobaczycie film o kolesiu, który nazywa się tak samo. Jeśli chcecie zobaczyć zwariowane akcje na granicy prawdopodobieństwa, to wyjdźcie po sekwencji początkowej (tylko dlatego, że piosenka jest fajna). A jeśli chcecie zobaczyć thriller szpiegowski to go zobaczycie, ale możecie się momentami nudzić, choć nie powinniście złym słowem zajęknąć się na realizację. 7/10

(1445)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.