Serialowo, s05e05

Noo, w końcu się uzbierało na sensownej długości epizod. Seriale porozpoczynały się na dobre i nic tylko wybierać, przebierać. Ale. Taka mnie nieodkrywcza refleksja naszła, że nie ma to jak stare dobre seriale. Przynudzają, irytują, ale i tak fajnie się ogląda ich ente sezony. Zupełnie inaczej niż te nowe, które może i fajne, ale to nie to. W związku z czym wiszę w połowach sezonów kilku seriali i oglądać mi się ich jakoś nie chce. A już na pewno nie tak jak te stare, dobre, które wciąż wchodzą bez masła. Strach się bać co to będzie, kiedy ich zabraknie.

Z drugiej strony co trochę jakieś seriale się kończą, a jeszcze się wszystkie nie skończyły.

Anyway, z tych wiszących dzisiaj ruszył drugi sezon „Homeland” i będzie go trzeba odwiesić zgodnie z założeniem. Bądź co bądź pisało się po pilocie, że to premiera sezonu. Tak, chwalę się.

Sons of Anarchy, 5×03

Stało się, Kurt Sutter w końcu się odważył i ubił jednego z Sonsów (dziadka nie liczę, bo umierał od pierwszego odcinka pierwszego sezonu). Śmierć Opie’ego z pewnością zrobiła mocne wrażenie, ale nie powinna nikogo zaskoczyć. A przynajmniej nikogo, kto ogląda serial na bieżąco. Niekoniecznie w tym odcinku, niekoniecznie w ten sposób, ale było jasne, że Opie jest coraz większym kołem u wozu w serialowej fabule. Właściwie był nim od czasu, gdy tylko został wdowcem. Wątek próbowano ratować gwiazdką porno, ale i pornokłopoty skończyły się po sezonie i znów problem powrócił. Problem, który z grubsza można określić w dwóch słowach: Dzieci Opie’ego. Zabić nie wypada, bo to dzieci, a wspominać o nich nie ma po co. Przy okazji głupio tak pokazywać Opie’ego i udawać, że nie ma dzieci, raz na jakiś czas wspominając, że są gdzieś tam.

Opie nie miał już żadnej możliwości ruchu. Służył tylko jako obiekt wyznawania miłości przez Jaksa. Mógł wyjechać z dziećmi do Wenezueli, ale lepiej i bardziej dramatycznie można było go zabić. Szczególnie w sytuacji, gdy wszyscy naokoło powtarzają, że Sutter nie lubi ubijać swoich postaci. No to macie, skoro chcieliście. Tyle, że żadnego zaskoczenia w tym nie było. A już na pewno wielkiego szoku.

I tak Opie stał się jedną z najbardziej dramatycznych postaci w historii seriali. Oddał życie za ludzi, którzy zabili mu żonę i ojca. Oliwy do ognia tej postaci dołożył na koniec sam jej stwórca twierdząc w wywiadzie wprost, że nie miał na nią żadnego dalszego pomysłu.

A tak  w ogóle to polubiłem Pope’a. Jest to miłość ulotna, bo wcześniej czy później rozjadą go motorem, ale wydaje mi się, że bardziej realnym byłoby, gdyby zdeptał SONS-ów w ziemię. Spokojnie sobie gangsterował bez rozgłosu, a tu przyjechały chłopaki na motorynkach i mu weszły w szkodę. Szczerze powiem, że kibicuję mu, aby pozabijał po kolei wszystkich SONS-ów i na koniec triumfował. Głównie dlatego, że już chyba żadnego z motocyklowych gangsterów nie lubię. Pozują na gangsterów i twardzieli, ale sensu w ich postępowaniu nie widzę żadnego. Niby mili i tentego, a jak przyjdzie co do czego to zwykłe łachudry tłumaczące się bronieniem swojej rodziny. Taki Elvis np., pierwszy do odstrzału zramolały dziad co myśli, że jest ojcem chrzestnym. Paradoksalnie chyba tylko Tiga lubię.

No ale AFAIR ma być siedem sezonów, więc nie ma sobie co ciśnienia podnosić. Grunt, że jest co oglądać.

***

Dexter, 7×01

Powrócił dzisiaj rano. Wszyscy z niepokojem czekali, jak bzdurny będzie to odcinek i początek nie zawiódł. Pierwsze +/- 25 minut to kwintesencja sitcomowego podejścia twórców do fabuły. Deb to idiotka, koledzy policjanci to idioci (oj tam, kawałek plastiku przy paluchu; oj tam, zawsze zapominają o manetce kierunkowskazu; oj tam Deb, czepiasz się, mam ten fartuch od roku i na zakupy w nim chodzę). A już śmierć Megawypasionego Czarnego Gliniarza, którego zatrudnili, żeby powiedział pięć zdań w całym sezonie nie zawiodła potrójnie. Raz, bo było wiadomo, że spieprzyli tę postać koncertowo i trzeba ją dla świętego spokoju ubić. Dwa, że nie po to wzięli go na zmarnowanie do SoA, żeby zostawić w Deksie. A trzy sam idiotyzm jego śmierci. Jeden jedyny (oprócz Laguerty, która zaczyna podążać ścieżką Doaksa) zaczął coś podejrzewać, to akurat sam z siebie zatrzymał się przy ukraińskim mordercy na poboczu pustej drogi. Co więcej, w ten oto durny sposób zapoczątkował coś, co wydaje się być drugim wątkiem głównym sezonu w postaci ukraińskiego mafioza o twarzy Raya Stevensona.

Tak, pierwsze 25 minut to jeden niekończący się facepalm.

A potem było już dobrze. No i tu pora odwołać się do całej sympatii, jaką mam do „Dextera”, bo ona pozwala mi powiedzieć tak: OK, potrzeba było wielkich bzdur, żeby załatać inne wielkie bzdury z poprzedniego sezonu i ruszyć w nowym kierunku. Musiałeś, drogi widzu, przecierpieć, żeby potem było już dobrze. Było tak jak należy. W sposób, który daje nadzieje na fajny sezon. Przeżyłeś? Jesteś z nami? Baw się dobrze, zrobimy co w naszej mocy, żeby cię nie zawieść.

Nie mam żadnych wątpliwości, że tak jak dzisiejszy odcinek powinien się skończyć poprzedni sezon. Wtedy nie musiałbym teraz pisać całego dużego akapitu o tym, jaki to „Dexter” bywa często głupi.

***

Castle, 5×01

Chwalmy Pana! W końcu! W końcu zakończyli ten najnudniejszy wątek w całym „Castle’u”. Wątek, który budził we mnie wkurwa za każdym razem, gdy widziałem, że znowu pojawi się w kolejnym odcinku. Może nie tak do końca, może nie tak nieodwołalnie, ale mimo wszystko – Kate znalazła mordercę swojej matki. Yeah!

I teraz będzie mogło być dobrze, teraz będzie mogło być fajnie. Tak, jak wszyscy lubią najbardziej. Jakaś pokręcona sprawa, jakieś śmieszne teksty, mordercą jest lokaj i oneliner w mieszkaniu Castle’a na koniec. Na to czekam puszczając w niepamięć pilota piątego sezonu.

***

Czas honoru

Pogubiłem się już, który odcinek widziałem ostatnio. Ba, myli mi się już nawet, który to sezon. Tzn. wiem, że piąty, ale tak na 95%. Nie widziałem tego najnowszego, dzisiejszego. Jestem po tym wczorajszym telewizyjnym. Czyli 5×05 chyba, tak?

Powód tego pogubienia jest prosty i niezmienny. Od początku nowego sezonu mam wrażenie, że oglądam jeden, niekończący się pilot i czekam w końcu na jakąś konkretną fabułę. Coś, na co mogę czekać do następnego tygodnia zastanawiają się co dalej. A tutaj? Nie ma na co czekać. Nie widać żadnego innego możliwego zaskoczenia niż, ziew, ups, UB nas znalazło, zwiewamy do lasu tam nas w tym serialu nie gonią.

No przecież, cholera, wiadomo, że komunizmu nie obalą. To cóż innego może się stać? Nie wiem ja i scenarzyści chyba też nie wiedzą. Dlatego myślę, że to jest coraz marniejszy sezon.

***

Survivor, 25×02

Oglądam, a jakże, nie zapomniałem. Oglądam tak jak zawsze, w czwartek z samego rana. Bo lubię, bo mam sentyment, bo to dla mnie przyjemność. I nic nie wskazuje na to, żeby miało się to szybko zmienić.

Co nie zmienia faktu, że jak w każdym innym sezonie początek trzeba przetrwać. Dzieje się sporo, ale dobrze wiem, że gdy będzie się kończył sezon, to nie będę pamiętał uczestników, którzy odpadli na początku. A skoro tak, to znaczy, że nie ma się co na razie podniecać. Poczekajmy, niech się to dalej rozwinie.

No i warto dodać, że beznadziejnych byłych graczy dobrali. O Russellu to nawet nie mówię, bo w swoim sezonie to już była wielka pipa (chyba trochę stracił na wadze, co zabawne, bo każą mu łazić w tej samej koszulce co wcześniej – w końcu to taki jego strój uczestnika, a tych się nie zmienia na wypadek, gdyby stacja chciała wyprodukować lalki-podobizny). Ale i Skupin oraz Penner szału nie robią. Pierwszy pewnie dlatego, że nie oglądałem jego sezonu, więc dla mnie to żadna atrakcja (inna sprawa, że on w zupełnie innym „Survivorze” brał wtedy udział, więc cóż to za jakoś wnosi do swojego trajbu), a drugi, bo jedyne czym się wsławił to zdradą.

Liczę na to, że szybko odpadną i zostaną sami nowi. 

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.