Kac Wawa

No dobra, nie ma co dłużej czekać, pora po raz kolejny wystąpić w roli Adwokata Diabła. To paskudna rola, ale ktoś to musi robić…

Zwykle potrzeba jakiegoś impulsu do zrobienia czegoś szalonego. W przypadku obejrzenia „Kaca Wawy” (choć Bóg mi świadkiem, że chciałem na to do kina iść, ale nikt nie chciał iść ze mną, a jak się już zebrałem to po dwóch godzinach wyświetlania film z hukiem zniknął z kina) impulsem do tego była pewna nagroda, o której dzisiaj poinformował cały Internet i połowa galaktyki. Otóż „Kac Wawa” został wybrany najgorszym filmem 3D świata, a przy okazji dostało się też jego plakatowi. Nie wiedzieć czemu, bo przecież okropny nie jest.

Smutną historię „Kaca…” zna każdy. Ledwo zdążył rozgościć się na kinowych ekranach, przyszedł Zły Czarownik Tomasz Raczek i w skrócie orzekł, że film jest gówniany. Dodał też, że kto pójdzie na niego do kina ten trąba. Szukać podtekstów mi się nie chce, bo choć okazji do takich twierdzeń miał Raczek do tej pory dużo i jakoś żadnego innego filmu nie przekreślił, to widać przebrała się jego miarka. A że producenci rzucili do walki z Raczkiem scenarzystę z ADHD to los filmu został przesądzony. Skoro nikt się nie śmiał jak nasi sikają na palmę (nawet ci co się śmiali, jak obcy sikają do basenu), to nie było sensu go w kinach trzymać.

Co się odwlecze to nie uciecze. „Kaca…” w końcu obejrzałem i okazało się, że potwierdziły się wszystkie moje przypuszczenia związane z tym tytułem. Otóż, a piszę to z całą świadomością, której nie mąci żaden procent, narkotyk, ani inny halucynogen – NIE JEST to najgorszy polski film, jaki kiedykolwiek powstał. Od „Gulczasa” czy od „Ciacha” dzielą go lata świetlne i nawet przez chwilę nie jest bliski najgówniejszego tronu. Tym bardziej trochę się dziwię, że akurat teraz Raczek się rozpruł, choć dalej żadnych spiskowych teorii nie szukam. A nie dziwię się Samojłowiczowi, że szlag go trafił. Bo wyprodukowany przez niego film na tak wielki hejt nie zasłużył. Pocieszać się może jedynie tym, że to on ucierpiał za miliony biorąc na klatę całą nienawiść za tę mizerię, którą karmi nas od lat polskie kino rozrywkowe. I może dzięki niemu to kino stanie w końcu na nogi, bo wszyscy będą się bali Miażdżącej Opinii Raczka. Taaaa… 😉

Zaraz. To, że „Kac Wawa” nie jest najgorszym polskim filmem, jaki kiedykolwiek powstał nie oznacza, że jest dobrym filmem. Co to, to nie. Na ww. nagrodę pewnie zasłużył, bo dorzucenie do niego 3D to śmiech na sali (w kinie nie widziałem, ale nie zdziwiłbym się, gdyby ten film był 3D tylko w tytule) (choć, w drugim nawiasie, tak, w 3D dziesiątki lat temu nakręcono tyle gówienek s-f, że trochę trudno uwierzyć, że były lepsze od produktu made in Poland) (a w trzecim nawiasie trzecia myśl – paradoksalnie dzięki tej nagrodzie jest teraz głośniej o KW niż byłoby bez nagrody i moment na wydanie DVD trafił się i-de-al-ny), ale gdyby była to nagroda tylko za najgorszy film ever to szans na triumf (jednosłowny oksymoron, ha) nie miałby żadnych.

„Kac Wawa” to słaba komedia, której twórcy najwyraźniej liczyli na zyski tylko i wyłącznie dzięki 3D i znanym nazwiskom w obsadzie. Nadal zasadne jest pytanie, jakim cudem przekonali dobrych przecież aktorów do występu w nim, ale jednak dziwię się temu już mniej niż przed seansem. Kasę dostali, scenariusz przeczytali i nie wydał im się specjalnie gorszy od innych polskich gniotów, no to wystąpili. Choć specjalne słówko uwagi należy się Szycowi, który gdzieś tam kiedyś szczerze żałował, że wystąpił w KW. Drogi Borysie, nie powinieneś sobie wycierać kacem faktu, że to głównie ty dałeś ciała, a nie film. Szyc zagrał beznadziejnie, a teraz udaje, że to film był słaby a nie on.

Zaśmiałem się jakieś trzy razy, więcej okazji do tego nie było. Nad fabułą nawet nie ma się co zatrzymywać, bo twórcy „Kac Vegas” powinni naszych po sądach przeciorać. Za plagiat i za gwałt na ich scenariuszu. Przez półtora godziny bohaterowie jeżdżą limuzyną dookoła Pałacu Kultury i to w zasadzie cała fabuła. Na plus trzeba zapisać to, że Bohosiewicz pokazała majtki (jaki film, taki plus 😉 ) i fakt, który głównie sprawił, że nie mam powodu do mieszania filmu z błotem – otóż „Kac Wawa” nie był żenujący. Nieśmieszny, ale nie żenujący. Nawet jeśli Milowicza złapała pod koniec sraka, to i tak do wyciągania pierścionka z dupy Karolaka („Ciacho”) jeszcze daaaleeeekoooo. Jak to mówią – w królestwie ślepców jednooki jest królem.

Oczywiście nikogo do seansu nie zachęcam, bo aż taki wredny nie jestem, ale chcę, żebyście wiedzieli, że „Kac Wawa” na te wszystkie wylane na niego pomyje nie zasłużył. 5/10

(1422)

2 odpowiedzi

  1. Niestety Polacy przestali kręcić dobre komedie jakieś 10 lat temu (z paroma wyjątkami). Kac Wawy nie oglądałem, bo spodziewałem się gniota porównywalnego do wspomnianego przez Pana Ciacha, ale ocena 2.0 na filmwebie jest na tyle zastanawiająca (wiele naprawdę marnych komedii potrafi mieć ocenę znaaaacznie wyższą), że z czystej ciekawości spróbuje obejrzeć ten film (może tylko niecały, bo masochistą nie jestem 😉 )

  2. Quentin

    Według mnie na Kac Wawie masochista się zawiedzie, bo nie znajdzie tam niczego dla siebie :). Generalnie nie ma KW co oglądać, bo ani to frajda, ani nie jest tak zły, żeby a). załamać się; b). dobrze się bawić tym, jak bardzo to jest złe.

    Ciacho to niedościgniony wzór filmowego guana, KW nawet się do niego nie zbliża.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.