Dyktator [The Dictator]

Historia stara jak świat. Fajne zwiastuny, fajne promosy, fajne happeningi, a potem film, który nie daje od siebie nic więcej. Wszystko co śmieszne było już w zapowiedziach (podwójnie śmieszne, bo choć czasem na krawędzi, to jednak z unikaniem obrzydliwości fekalno-nasiennych i gotów byś pomyśleć, że cały film też taki będzie przez co bardziej bawi cię zwiastun), a jeśli obsypanie prezentera na Oscarach prochami Kim Dzong Ila, czy porwanie Martina Scorsese uznaliście za zabawne (ja uznałem) to niestety, nic podobnie zabawnego w filmie już nie ma.

I co się tu dziwić, że po seansie znów ma się tylko wrażenie, że jedynymi osobami w Hollywood, które mają wyobraźnię, poczucie humoru i pomysłowość są spece od marketingu, do których należy zadanie najtrudniejsze i najważniejsze. Nie do scenarzystów, nie do reżyserów, ani nawet nie do aktorów, tylko do nich, którzy muszą film SPRZEDAĆ. Czasem myślę, że gdyby film nakręcili kolesie wymyślający te wszystkie virale, którymi jaramy się na pół roku przed filmem – to byłby to najlepszy film na świecie. Póki co jednak ich wyobraxnia sięga najwyraźniej kilku minutowych filmików.

Co innego Cohen. Nawet po obejrzeniu „Dyktatora” mam wrażenie, że gdyby chciał to zrobiłby naprawdę śmieszny od początku do końca film. Parę dowcipów, którymi wabiono nas w zwiastunach było naprawdę udanych i gdyby łaskawie zechciał, to pewnie dorzuciłby ich więcej. Ale jest pewien problem – na jednym filmie świat zdolnego komika się nie kończy. Przed nim kolejne filmy i trochę dowcipów trzeba na wszelki wypadek zostawić na te produkcje, a nie wypśtykiwać się z całości za jednym zamachem. Nie wiem, może jestem w błędzie, bo przecież nawet jeśli, to kolejnego filmu o dyktatorze Cohen nie nakręci. A nie, zapomniałem, może jeszcze zrobić „Dyktatora 2”.

Dyktator fikcyjnego muzułmańskiego państewka wybiera się do Stanów Zjednoczonych na szczyt ONZ. Jego kraj od dawna podejrzewany jest o posiadanie Broni Masowej Destrukcji™, a sam dyktator chce powiedzieć na ten temat kilka słów. Zanim jednak będzie miał okazję, by to zrobić następuje akcja dywersyjna wewnątrz najbliższego grona współpracowników, w wyniku której dyktator ląduje w gaciach i bez brody na ulicy.

Jak to na film Cohena przystało – komik nie zna żadnych świętości. W związku z tym humor momentami jest bardzo ciężki (nie mylić z fekalno-nasiennym, bo to inna ciężkość) i bez odpowiedniego dystansu przed ekranem się nie wysiedzi (pomaga, że Cohen nabija się nie z nas tylko z nich; łatwiej nam sprawę łyknąć – zresztą to jego sprawdzony patent – sprawdzony, o ile nie jesteś Kazachem albo gejem). Posiadając jednak ten dystans i wiedzę o tym, do czego zdolny jest Sasza – do momentu wyjazdu do Ameryki można się na „Dyktatorze” dobrze bawić. Potem już nie ma ku temu za wielu okazji, a że do Ameryki wyjeżdża stosunkowo szybko…

„Dyktator” nie jest komedią złą, jest komedią przeciętną. Na pewno cierpi na standardową przypadłość wielu komedii – jeśli nie jesteś w stanie wymyślić śmiesznego dowcipu to na kogoś nas..j cha cha cha (choć nie wiem jak w wersji kinowej, oglądałem unrateda). Inną bolączką filmu jest oczywistość dowcipów. Każdy kto widział parę ZAZ-ów z pewnością w większości dowcipów domyśli się pointy przed jej podaniem. A trudno, żeby to była zaleta. Powtórzę się – gdyby to była tak śmieszna komedia jak towarzyszące jej premierze materiały promocyjne, to pewnie można by spróbować umrzeć ze śmiechu. A że tak nie jest to tylko 6/10.

PS. Zapomniałem jeszcze pochwalić przemowy Dyktatora na temat tego, co by było bez demokracji. Chwalę więc.

(1416)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.
www.VD.pl