Walter White powrócił

A ja mam mieszane uczucia. Oczywiście będą SPOILERY, bo te zwykle zawsze są, gdy piszę o jakimś odcinku. A tym razem, o ile się ktoś jeszcze nie domyślił, będę pisał o „Breaking Bad” 5×01.

To już ostatni sezon BB, ale nie dajmy się zwieść, że finał coraz bliżej. Finałowy sezon został wydłużony do 16 odcinków, a te podzielone na dwie części po 8 odcinków (wiadomo było o tym od dawna). Co za tym idzie telewizja podążyła w ślady kina, które ostatnio z uporem maniaka każdą dłuższą serię kończy częścią ostatnią podzieloną na dwie części. Fuck you „Kill Billu”, bo zdaje się od ciebie się to wszystko zaczęło! ;P Tym samym, choć za nami 1/16 finału, to do końca emisji została jeszcze kupa czasu – plus minus półtora roku (wersja pesymisty), piętnaście miesięcy (wersja optymisty). Z dwojga złego już bym chyba wolał jeden odcinek miesięcznie bez przerwy.

Zacznijmy od pozytywów. Najważniejszy – „Breaking Bad” powrócił i znów jest co oglądać. Coraz mniej jest seriali, które utrzymują przy telewizorze niezmiennie od więcej niż trzech sezonów. Równie ważny pozytyw piątego sezonu to czerpanie z dobrych wzorców – w tym przypadku z najlepszego wg mnie sezonu BB, czyli drugiego. Scenarzyści zaczerpnęli sami od siebie pomysł na flashforward wzmagający ciekawość widza odnośnie tego, jak doszło do wydarzeń przedstawionych w pierwszej scenie odcinka. Zagrał wtedy świetnie i miejmy nadzieję, że i tym razem tak samo zagra. Podsyca ciekawość i daje sporo możliwości do nieograniczonego spekulowania. Po co Waltowi M60, czy to rzeczywiście jego urodziny – po co miałby na fałszywym dokumencie dawać prawdziwą datę urodzin, co to za tabletki łyka, gdzie jedzie itd. No i najważniejsze pytanie: czy dowiemy się tego w finale ósmego odcinka, czy może dopiero w odcinku ostatnim ostatnim.

Inne pozytywy znają wszyscy, którzy oglądają BB, więc nie ma sensu o nich pisać. BB to BB.

I wszystko byłoby fajnie, gdyby nie spora liczba pytań o sensowność fabuły, jakie pozostawił po sobie odcinek. Większość z nich oczywiście dotyczy cool na pierwszy rzut oka pomysłu z magnesem. Ale gdy się tak bliżej temu przyjrzy… Pomysł sam w sobie w porządku, nie mam nic przeciwko namagnesowaniu dysku twardego, w końcu to serial telewizyjny, a nie jakiś Discovery Channel. Tyle tylko, że nie można nad nim przejść do porządku dziennego ot tak „uff, udało się im”. Po pierwsze: czemu w ogóle laptop Gusa wylądował w pokoju z dowodami (pomijam to, że nie wierzę i megamózg Walt także nie powinien w to wierzyć, że cokolwiek jest na dysku laptopa leżącego ot tak sobie na biurku czy gdzieś tam; jasne, Gus nie wiedział, że po południu zginie, ale kaman)? Oto największa sprawa w historii Albuquerque, w powietrze został wysadzony narkotykowy baron, a DEA odkryło tuż pod swoimi stopami megawypasione laboratorium do gotowania mety. Wszystkie telewizje o tym trąbią, śledztwo doczekało się nie tyle przełomu co Wielkiego Kanionu i co? Zamiast zlecić armii informatyków zbadanie każdego bajta dysku, laptop spoczął w plastikowym woreczku i na półce. Nikomu się nie spieszy, żeby go zbadać, bo przecież już wieczór i trzeba na kolację iść. Bez sensu. Nie jest to jednak zmartwienie Walta, który za namową Jessego postanawia wykasować wszystkie dane z dysku za pomocą wielkiego magnesu. Po cholerę siedzą w tej furgonetce prosząc się o złapanie? Po cholerę czekają, żeby wyłączyć magnes? No taki był plan, żeby nawiać furgonetką, ale gdy wszystko poszło w cholerę, zwiewanie na nogach również nie okazało się specjalnie trudne. Nie wystarczyło więc tego przewidzieć (albo po prostu zaryzykować, to minimalne ryzyko w porównaniu do tych, które już podejmowali), podjechać furgonetką, włączyć magnes i spieprzać? O wiele dłużej by się dyski smażyły. Nie mówiąc już o zmajstrowaniu jakiegoś szybkiego mechanizmu zdalnego sterowania magnesem i uruchomienia go z bezpiecznej odległości po podstawieniu furgonetki pod ścianę magazynu z dowodami. Nie takie rzeczy Walt wymyślał na poczekaniu.

No i ta pewność Walta, że DEA nie trafi na ich trop. Zadbał o to, żeby w furgonetce nie było odcisków palców, furgonetka nie miała dowodu rejestracyjnego – generalnie wszystko znikąd i DEA nie będzie miała żadnego punktu zaczepienia. Aha, jasne. DEA i tak znajduje się w lepszej sytuacji niż Walt przed całą hecą z magnesem. Walt musiał wymyślić plan, wydumać jak się za niego zabrać, wyhaczyć jakiegoś złomiarza, który nie będzie się o nic pytał, urobić go, żeby mu pomógł itd. Cała masa roboty. Tymczasem DEA nic nie musi wymyślać, wie już, że do usmażenia dysków posłużono się magnesem, wystarczy, że przejdą się po okolicznych złomiarzach i zagrożą dożywociem. Na mój rozum Walt wpadłby w ten sposób już na drugi dzień. Ale nie, bo przecież wytarł odciski palców. To tłumaczy jego pewność siebie.

Stąd te moje zmieszane uczucia. Wciąż i niezmiennie jestem ciekaw jak się to wszystko skończy, ale zróbcie to z głową, panowie. Z głową!

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.