Niesamowity Spider-Man [The Amazing Spider-Man]

Jednym z najczęściej zadawanych pytań związanych z najnowszą ekranizacją przygód Spidermana było pytanie: Po co? (Pomijam korzyści finansowe, bo to banalne – choć prawdziwe – no i jednak od poprzednich ekranizacji tego komiksu minęło naprawdę niewiele czasu, by znów tę historię przypominać widzom.). Aby znaleźć odpowiedź musiałem wybrać się aż do warszawskiego IMAX-a. I znalazłem. A brzmi ona następująco: Nie wiem.

I wszystko co teraz nie napiszę skwitować można jednym zdaniem, które wystarczy za całą reckę:  to jest fajny film, ale nie wnosi absolutnie nic nowego, a co za tym idzie nie widzę uzasadnienia na wydawanie na niego pieniędzy. Przecież fani ostatnich części nie dość, że jeszcze żyją, to niektórzy pewnie nawet nie osiągnęli jeszcze dojrzewania.

Oto Peter Parker, sympatyczny licealista, który nie ma zbyt wielu przyjaciół, ani zbyt łatwego życia w licealnych okopach. A to dostanie od kogoś po łbie, a to ktoś sobie z niego niemiło zażartuje… Parker wychowuje się bez rodziców, których zniknięciu z tego łez padołu towarzyszyła jakaś tajemnica, nie wiadomo jaka. Aby ją rozwiązać, Peter wybiera się z wizytą do dawnego wspólnika ojca – znanego naukowca zajmującego się transgeniką. Na miejscu w wypasionym laboratorium Parkera gryzie pająk i nie trzeba czekać długo, by zobaczyć, że efekt tego ugryzienia jest większy niż bąbel na plecach.

Nie znam komiksu, nie wiem jak ma się do niego film. Trochę lepiej jest jeśli chodzi o porównanie z filmem Sama Raimiego pod prawie tym samym tytułem ;P który to film lubię, choć nie jestem aż tak wielkim fanem, by uczyć się go na pamięć i aż tak dobrze pamiętać. Otóż różnice są na tyle niewielkie, że tylko potwierdzają bezsens brania się za całą historię raz jeszcze (choć to fajny film, powtarzam). Miało być bardziej mrocznie, ale jakoś tego nie zauważyłem. Jest raczej klasycznie komiksowo, czyli standardowy dramat jednostki i w skrócie znane: z wielką siłą ble ble (czekałem na to zdanie, ale nie padło). Przeplatane ze sporą dawką humoru, którego im dalej w film tym mniej.

Podstawowe różnice są w fabule. Wywalono rudą, a pierwsze skrzypce gra Gwen Stacy (nie wiem jak się to ma do komiksu, wsio rawno), no i badgaj jest inny, jaszczurowato oślizgły. Cała reszta różni się niewiele. Technicznie film raczej wielce się nie różni od tego Raimiego, a żadnych innych wielkich wolt nie stwierdziłem. Gdyby choć można było powiedzieć, że efekty są powalające i dla nich warto wybrać się do kina. Ale raczej nie. „Spiderman” Raimiego ma do tego parę przewag (np. ciekawsza geneza powstania stroju Spideka) na czele z przewagą najważniejszą – jest świeży. A ten nowy, choć fajny, to kotlet, no i chyba jednak to, co ma najfajniejszego to „podebrał” z filmu Raimiego. To co tam było fajne i tutaj jest ok, a raczej nic nie poprawił momentami przynudzając. Niewielkimi, ale zawsze.

Do IMAX-a nie ma co specjalnie dymać na ten film, bo imaksowy ekran wielkiej różnicy nie robi. 3D zaś jest tutaj standardowo zbędne, choć odkąd filmy 3D mają odpowiednią jasność (czyt. nie są ciemne jak jeszcze niedawno) to już mi wszystko jedno i się poddaję modzie. Skoro ktoś twierdzi, że teraz wszystko musi być w 3D to niech już będzie – przeżyję. Choć oczywiście wolę płaskość.

Andrew Garfield (Spiderman) zdecydowanie dał radę i jest najjaśniejszym punktem filmu. Do Emmy Stone również nie ma się co przyczepiać, bo ładna i sympatyczna, choć nijak nie wygląda na 17-latkę (choć stara się tak zachowywać i widać, że się stara – to nie za dobrze). Cała obsada jest zresztą w porządku, choć za bardzo na pierwszy plan w przypadku niektórych wychodzą… zęby. Sheen na pewno miał jakąś nakładkę, Leary i Ifans zdaje się podobnie.

Przez kotletowość: 7/10.

(1407)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.