Idy marcowe [The Ides of March]

Winston Churchill zwykł mawiać, że demokracja jest złym ustrojem, ale póki co nie wymyślono nic lepszego. Cóż, zła wiadomość dla Winstona jest taka, że od jego czasów nic się w tej kwestii nie zmieniło i raczej nie ma powodu sądzić, by zmienić się to miało kiedyś tam. Z prostego powodu. Niezależnie od tego, co zostałoby wymyślone, niezależnie od politycznych koncepcji, niezależnie od światłych pobudek przyświecającym ewentualnym reformatorom itp., zawsze w samym środku zmian pozostałby czynnik, którego zmienić nie sposób. Bo demokracja sama w sobie nie jest złym ustrojem, ale też nie ma większych szans w zetknięciu z tymże niezmiennym czynnikiem, bez którego demokracji by nie było – człowiekiem. To jego natura sprawia, że demokracja jest taka jaka jest, a Winston definiuje ją tak a nie inaczej.

I jeśli mamy czerpać jakiekolwiek pocieszenie z powyższego faktu, to chyba tylko w tym, że niezależnie od poziomu demokracji i świadomości społeczeństwa w zderzeniu z człowiekiem i jego naturą wszyscy są bezsilni. I słuchając narzekań na naszych polityków (news flash: za chwilę wszystko zacznie się od nowa, Euro się skończyło) i ogólnie pojęte życie polityczne, przynajmniej ja widzę ulgę w tym, że nawet w tych teoretycznie najbardziej rozwiniętych demokratycznie społeczeństwach jest tak samo. A nic tak nie poprawia humoru jak to, że inni też mają źle. Może nie widać tego na pierwszy rzut oka, ale zapewniam – tam, gdzie ludzie czegoś chcą, tam altruizm idzie się schować w krzaki, a razem z nim idą ramię w ramię naiwniacy i idealiści.

I właśnie o tym wszystkim opowiadają „Idy marcowe”, których głównym bohaterem jest młody spec od PR-u (Gosling) pracujący dla walczącego o wybór na prezydenta Stanów Zjednoczonych gubernatora (Clooney).

EDIT
scv78
2012/07/03 08:00:59
Jedna uwaga, Quentinie: rzecz toczyła się nie o wybór prezydenta, a o wybór kandydata na prezydenta z ramienia demokratów
KONIEC EDITA

Piękne ideały, zdjęcia na plakatach i pocałowane hurtowo dzieci chowają się nagle w cień całej kampanii, gdy nasz dzielny bohater zaczyna być kuszony przez sztab wyborczy głównego przeciwnika jego pracodawcy. Z ludzi wychodzi wszystko co najgorsze, a w centrum uwagi pojawia się wyrachowany i raczej tępy senator (chyba senator, aż taki politycznie oblatany nie jestem), którego wraz z decydującymi głosami chce przekabacić każda ze stron.

Zaczyna się ciężko. Choć z grubsza cała sprawa ogranicza się do prostej rozgrywki pomiędzy demokratami i republikanami, to dla ludzi politycznie nieobytych takich jak ja może być trudno. Tu gubernator, tam senator, ten popiera tego, tamten kogo innego, jeden liczy na głosy tych, drugi trzecich, a wszystko w tempie, które nie służy skupieniu. Niekończące się polityczne dysputy tylko od czasu do czasu przetykane są żarcikami typu „chcemy, żeby wyglądał jak hobbit”, więc nie ma co zaprzeczać – niespecjalnie się wciągnąłem. Za dużo polityki, za mało ludzi. Na szczęście stosunkowo szybko wszystko ułożyło się jak należy, główni bohaterowie okopali się na upatrzonych przez siebie pozycjach, a kluczową rolę zaczął odgrywać czynnik ludzki, skrytykowany przeze mnie w pierwszym akapicie. I kiedy na światło dzienne zaczęły wychodzić kolejne fakty przyciemniające czerń i biel początkowych minut (oto główny bohater, wygląda jak Clooney, więc oczywiste, że jesteśmy po jego stronie, c’mon), sytuacja zaczęła się zagęszczać, a film z minuty na minutę robił się coraz lepszy.

„Idy marcowe” może nie grzeszą tempem i nie zdziwiłbym się, gdyby ktoś po 20 minutach odpuścił, ale warto przeczekać (choć nie wiem jak to w przypadku kogoś, kto w polityce jest oblatany i rozumie wszystko to, co pewnie sprawia, że film i na początku wydaje się być ciekawy; albo i nie, bo różnie może być), bo dalej ta polityka schodzi na dalszy plan. I choć ciągle jest obecna – w końcu politycznie zaangażowany Clooney nieprzypadkowo wziął się za jego kręcenie – to potem, gdy na pierwszy plan wkraczają osoby dramatu jest już niezmiennie ciekawie. Szkoda tylko, że nie ma komu kibicować, bo chyba nie miękkimsiuśkiemrobionemu chorągiewce Goslingowi, ale jeszcze gorzej, gdyby było inaczej. O tym przecież w końcu jest ten film… 8/10

Film Clooneya powstał na podstawie sztuki „Farragut North” Beau Willimona (pracował kiedyś przy prezydenckiej kampanii, więc raczej wie, o czym pisze), ale z dodatków dołączonych do filmu wynika, że filmowy scenariusz został zmieniony znacznie. Trochę smutno mi było patrzeć na autora sztuki, który przekonywał w tychże dodatkach, że wszystkie zmiany są super i wyniosły jego dzieło na jeszcze wyższy level (ucz się, autorze scenariusza do „Kac Wawa” 😉 ). Ale jeszcze smutniejsze było, gdy opowiadał o reakcjach na jego sztukę – ludzie podchodzili do niego i pytali, czy polityka rzeczywiście pełna jest takich, uprośćmy sprawę, egoistów. Serio żyjemy w czasach takich naiwniaków?

Ale i tak najlepszym fragmentem dodatków była Evan Rachel Wood, która stwierdziła, że bardzo podobała jej się postać, którą grała. Podobała się, bo była silną, niezależną i pewną siebie kobietą. Razem z Aśkiem, z którą oglądałem ten film, w tym samym momencie zareagowaliśmy nie konsultując się wcale: Taaaak?!

PS. Ajjj, byłbym zapomniał – filmu warto też posłuchać dla świetnej muzyki Alexandre’a Desplata.

(1405)

Idy marcowe [The Ides of March], Czas trwania: 102 min., Obsada: Ryan Gosling, George Clooney, Marisa Tomei, Evan Rachel Wood, Philip Seymour Hoffman, Paul Giamatti, Max Minghella, Reżyseria: George Clooney, Scenariusz: Grant Heslov, George Clooney, Beau Willimon, Rok produkcji: 2011 

Odpowiedź

  1. Bardzo dobry film, obejrzałem go dzisiaj nieco przypadkowo i zrobił na mnie spore wrażenie. Szkoda Hoffmana… Polecam „A Most Wanted Man” z nim, jeśli jeszcze nie widziałeś. Recki nie znalazłem 😛

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.