REC 3 Genesis plus The Lady

Zawiodłem się. Nie wiem teraz tylko dlaczego. Może dlatego, że pewnych pięciu panów skutecznie psuło klimat seansu i automatycznie dostroiłem się do ich odbioru filmu, a teraz wydaje mi się, że miałem o nim podobne zdanie jak i oni. Czyli kpiące. A może dlatego, że pierwszych dwóch części nie pamiętam aż tak, żeby mieć jakąś ciągłość i automatycznie wyłapywać nawiązania, powiązania i inne ania. A przede wszystkim zakumać, że tytułowa „Geneza” wcale nie oznacza, że trójka jest prequelem, w którym poznamy genezę wydarzeń z poprzednich części. Wydarzeń dziejących się zresztą równocześnie z częścią trzecią, więc o żadnym prequelu mowy być nie może.

Z drugiej strony nie oczekiwałem prequela, ani nie oczekiwałem, że trójka ułoży mi recowe puzzle w jeden pełen obrazek. A już na pewno nie oczekiwałem horroru, więc co za tym idzie ostatnie na co miałbym narzekać to mocne komediowe tony trójki. Wręcz przeciwnie. Oczekiwałem czegoś innego. Miałem nadzieję, że po sukcesie jedynki, po dodatkowym zarobieniu (w kwestii finansowej, a nie włożonego nakładu pracy) dwójką, w trójce nikt nie będzie się przejmował tym czego chcą widzowie, tym czego chce krytyka, a po prostu powstanie film, w którym reżyser i reszta ekipy zrobią film dla siebie. Będą się świetnie bawić makabrą i przy okazji będą świetnie bawić nią widza. Innymi słowy – oczekiwałem iberyjskiej „Martwicy mózgu”. Niczego takiego się nie doczekałem.

Przede wszystkim twórcy filmu padli trochę ofiarą swojego pomysłu. Pomysłu fajnego na papierze i podczas opowiadania go na zasadzie „byłoby fajnie gdyby”, ale na dłuższą chwilę męczącego. Cały początek rejestrowany na obraz i podobieństwo filmu z wesela dość szybko nudzi i choć kamery zmieniają się co chwilę (zdjęcia, jak sądzę, zaczęto od kupienia każdej możliwej kamery jaka była w RTV Euro AGD), to przecież każdy z nas już zdążył się nie raz wynudzić na podobnym filmie z wesela swojego czy też znajomych. Innymi słowy – znamy to, a w filmie nie zobaczymy niczego nowego. Opowiadanie przez kamery za pięćset złotych i te wbudowane w telefon na tyle zdominowało tę część filmu, że całkowicie olano postać bardzo fajną. Kolesia z amerykańskim Steadicamem, których pełno kręci się po weselach. Na pewno spotkaliście ten rodzaj „filmowca”, który kręci wesela tylko do czasu aż zrobi dzieło nagrodzone na festiwalu w Cannes. Dobrodusznego geeka, który twoją przysięgę małżeńską nakręci na jednym ujęciu wirując dookoła ołtarza jak u Tarantino, tylko że lepiej. Przekaz z jego kamery byłby zapewne za dobry, żeby wpasować się w estetykę wideo z wesela, więc tak naprawdę nie wiem, po co go tu dorzucili.

A potem cała stylistyka poprzednich i 1/3 tego „REC-a” idzie się pasać i resztę filmu oglądamy już nakręcone „po Bożemu” z minimalnym udziałem kamery mockumentarnej (fap fap :) ). To dobrze, bo co za dużo to niezdrowo. Ale.

To, co zawiodło mnie najbardziej, przyszło potem. Miast oczekiwanej makabry i hektolitrów krwi dostałem niewiele. Jasne, krew momentami leje się tu strumieniami, ale dla oka przywykłego do posoki nie ma tu nic, na czym można by to oko zawiesić. Kilka mocniejszych scen zostało wykonanych bardzo kiepsko (przecinanie kolesia piłą wygląda z boku jakby ta piła nie wierciła w jego bebechach, ale bezpiecznie kręciła się z niewidocznego boku), a można je zresztą policzyć na palcach jednej ręki ciachniętej ww. piłą mechaniczną. Najwyraźniej moje oczekiwania rozminęły się z założeniami reżysera, który filmowe akcenty rozłożył na stronę komediową i nią starał się grać najbardziej. Spoko, nie mam nic przeciwko temu, a pierwsze wyjście w zbrojach mnie szczerze rozbawiło. Ale jeśli nawet po humor poszedłem do kina, to po taki makabryczny, a nie po rzyganie krwią bez uprzedniego zjedzenia ucha razem z puddingiem. 5/10

***

Lady [The Lady]

(…) „Lady” jest filmem dobrym (z pewnością lepszym od niedawnej biografii innej Damy – Margaret „Żelaznej Damy” Thatcher), ale odnoszę wrażenie, że Besson poszedł po linii najmniejszego oporu i po prostu opowiedział tę historię. Nie zrobił nic, aby po seansie chcieć wsiąść w samolot i nieść pomoc umęczonemu ludowi Birmy. 7/10 [WIĘCEJ](1363)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.