Krew z krwi

Kolejnym punktem tygodnia wypełnionego atrakcjami… Ale jak to? Nie pisałem jeszcze nic o atrakcjach tego tygodnia? No to trudno, zostawiam sprawę Waszej wyobraźni :) …wypełnionego atrakcjami była wizyta w Złotych Tarasach na przedpremierowym pokazie serialu CANAL+ „Krew z krwi”. I w sumie fajna to rzecz takie oglądanie w kinie serialu, szczególnie że zrobionego nowocześnie w sam raz do i poza telewizor. Na pokazie zaprezentowano dwa pierwsze odcinki, a serial w C+ wystartuje zaraz po Świętach, 11 kwietnia.

Czytam tak sobie teraz opinie po pokazie i w każdym prawie lidzie widzę tytuł „Rodzina Soprano”. Jak wiecie, „Rodziny…” nie oglądałem i w sumie nie powinienem poddawać porównania pod wątpliwość, ale wydaje mi się, że zastanawianie się czy „Krew z krwi” będzie polską „Rodziną Soprano” to takie trochę kulą w płot jest. Bo to, że jeden i drugi opowiada o mafijnej rodzinie, to nie znaczy, że coś je łączy. No ale może tylko mi się zdaje. W każdym bądź razie daleki jestem od twierdzenia, że ktoś za kimś powinien talerz ze spaghetti nosić – tak tylko chciałem zwrócić uwagę na to, że nie ma co sobie obcymi tytułami lidów wycierać, kiedy mamy do czynienia z dobrym dramatem sensacyjnym i powinno się raczej zwrócić uwagę na jego plusy. A trochę ich ma. Po co więc liczyć na polską odpowiedź na jeden z serialowych hitów wszech czasów, jak można się po prostu cieszyć, że i u nas potrafią zrobić dobry serial.

Główną bohaterką KzK jest córka emerytowanego mafijnego bossa Andrzeja. Kobieta żonata i potrójnie dzieciata nosząca rdzennie polskie imię – Carmen. A przynajmniej tak wynika z informacji prasowych, bo pierwszy odcinek to historia męża Carmen – Marka, który wraz ze szwagrem i najlepszym przyjacielem handlują fajkami. Pewnego dnia ww. szwagier wchodzi w posiadanie sporego ładunku heroiny, która rzekomo nie ma właściciela. Oczywiście, jak każda inna heroina na świecie, także i ta heroina właściciela posiada. Objawia się on szybko i w postaci swoich żołnierzy strzela do naszej trójki. Póki co kule ich omijają, ale wiedzą już, że będą mieli kłopoty. I rzeczywiście. Mają. A wszystkie one szybko skupiają się na Carmen, której życie diametralnie się zmieni.

Podobało mi się. Na pierwszy rzut oka wrażenie robi realizacja serialu. Nie będę tu się teraz mądrzył o kamerach RED, bo nie mam o nich zielonego pojęcia, ale i bez tego pojęcia widać, że serial został zrealizowany na poziomie. Może to efekt czaru kinowego ekranu, ale telewizyjną realizacją z niego nie wiało i chyba nie są przechwałkami zapowiedzi twórców, że starali się nakręcić coś, co bardziej przypomina film niż serial. Wieje więc z ekranu chłodem nadmorskiej jesieni, a bohaterowie nie wiodą żywota standardowego polskiego bohatera filmowego, który nic nie robi, a wszystko ma… Yyy, no dobra, wszystko mają, ale jednak w pocie czoła fajkami handlują, żeby żyć na poziomie. Z tą różnicą, że tam gdzie przyzwyczailiśmy się do słońca, zielonej trawy i lasek z nogami do szyi, tutaj jest chłód, szarość i nawet laski są takie naulicospotykalne.

Drugie co rzuca się w oczy to dobre aktorstwo. Internet już alarmuje, że w KzK nie zobaczymy ogranych twarzy i rzeczywiście – nie zobaczymy. W zamian za to mamy fajnie obsadzone role przez dobrych, niekoniecznie popularnych aktorów, wśród których prym wiodą Łukasz Simlat i Andrzej Andrzejewski. Reszta dzielnie im asystuje i poniżej poziomu nie schodzi (no może dziecięca obsada pozostawia coś do życzenia, ale do tego to już zdążyliśmy się, niestety, przyzwyczaić). Chwalona wszędzie Agata Kulesza (w roli Carmen) jakoś niespecjalnie mnie uwiodła, ale złego słowa nie powiem.

A kiedy już mamy dobrą realizację i aktorów to jest podbudowa do tego, żeby powstał fajny serial. Podbudowa ważna i załatwiająca większość problemów. Pozostałe nie zostały zmarnowane i jak na razie na fabułę też wiele do narzekania nie ma. A i owszem, jest kilka rzeczy, które trzeba przyjąć na wiarę i wyłączyć myślenie (i jedna, bardzo słaba scena, niezamierzenie śmieszna i psująca na chwilę dobre wrażenie; nie będę spoilerował – wymarzona sytuacja: „ale to było słabe” i zero argumentów :) ), ale stanowią zdecydowaną mniejszość. Reszta historii jest dobrze poprowadzona i ciekawa. Przy czym, trzeba sobie odpowiedzieć na „jedno, zajebiście ważne pytanie”. Czego się oczekuje po „Krwi z krwi”?

Twórcy wszem i wobec twierdzą, że nie jest to kino sensacyjne łubudu, a dramat sensacyjny o ludziach, przed którymi trudne życiowe wybory i zakręty (a że należą do mafijnej rodziny to przy okazji). Interesuje ich więc psychologia bohaterów, a nie to, czy potrafią zabić kogoś pierdnięciem. I rzeczywiście, po żywym pierwszym odcinku, w którym znalazło się miejsce i na strzelaniny i na trochę dowcipów (dobre grepsy podrzucała Iwona Bielska, serialowa matka Carmen, a także trzy koleżanki u fryzjera) przyszedł odcinek drugi, w którym tempo stanęło i zostawiło miejsce na dramat bez śmichów chichów (ale za to z zaskakująco dobrą krótką sceną walki wręcz w ciasnym korytarzu – naprawdę świetnie zrobioną i zawalczoną!). Ktoś może więc powiedzieć, że nuda, nic się nie dzieje, wychodzę z kina. Ale pewnie ktoś się z tym nie zgodzi. W której grupie będziecie, zobaczycie po pierwszych odcinkach. Ja tam oglądam dalej, choć nie będę kłamał. „Ekipa” wciąż pozostaje niezagrożona na pozycji mojego ulubionego nowego polskiego serialu. Ale „Krew z krwi” póki co też jest wysoko. Choćby i tylko dla profesjonalnej realizacji. I dla jeszcze jednej rzeczy:

Kurczę, złego słowa bym nie powiedział o polskich produkcjach, gdyby w każdej z nich wykorzystana została piosenka „Beata z Albatrosa”. Powinien być jakiś rządowy prikaz, żeby jej używać. Wy pewnie nie macie czegoś takiego, ale ja z miejsca daję czemukolwiek plus dużo za wykorzystanie tego kawałka. Nie wiem w sumie dlaczego, ale jest w nim to coś, co sprawia, że słysząc go nagle zauważam w oglądanym filmie/serialu tę taką nostalgię, wspomnienie starych czasów, miłość, rzewność i wchu innych emocji. Naprawdę, jedna piosenka, a film od razu staje się lepszy. Kończę i spadam oglądać „Miasto prywatne”…

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.