Igrzyska śmierci [The Hunger Games]

Nudząc się na kinowym fotelu (raz mniej, raz bardziej) wymyśliłem sobie przynajmniej kilka wstępów do tej recenzji. A teraz nie mogę się zdecydować, który wybrać. Zatem…

Początek wstępów uniwersalny. Książki nie czytałem, oceniam film. Wierzę, że książka jest świetna. Nie wierzę, że muszę ją znać, żeby móc pisać o filmie. Nigdy w takie bzdury nie wierzyłem.

Wstęp Pierwszy (chyba dla facetów tylko). Na pewno znacie te sytuacje, kiedy to wychodzicie gdzieś ze swoją Panią (niezależnie czy dziewczyną, żoną, czy kochanką). Słyszycie „Wychodzimy”, więc zakładacie kurtkę, stajecie przy drzwiach i… mija pół godziny zanim wyjdziecie. Bo ona jeszcze coś tam musi w łazience podmalować, a może się przebrać, a może to, a może sramto. Więc stoicie tak i się wkurzacie, że już pół godziny temu mieliście wyjść. „Igrzyska śmierci” są dokładnie jak to czekanie. Wiecie, że wybieracie się w jakieś fajne miejsce, ale zamiast tam iść to stoicie i czekacie.

Wstęp Drugi. Witamy w piątym dniu relacji z Igrzysk Śmierci. Dzisiaj koło południa jedna z zawodniczek sprawdzi czy rana Katniss dobrze się goi i wymieni liście służące za opatrunek. Zobaczymy też jak grupa tworząca przymierze układa w piramidę wszystkie dobra, jakie posiada. Do wieczora powinni ułożyć je na swoim miejscu. To będzie ekscytujący dzień! A jutro, jeśli Katniss się obudzi, to upiecze wiewiórkę! Nie odchodźcie od telewizorów!

Wstęp Trzeci. Jest jeden poważny problem z „Igrzyskami Śmierci”. Nazywa się „Battle Royale„.

Dobrze. Wiem, nudny jestem z tym „Battle Royale”, ale taka jest prawda – jeden taki film jak „Igrzyska…” już był i to właśnie on był zrobiony jak należy. OK, autorka „Igrzysk…” nie znała BR i nie zamierzam się czepiać, że zerżnęła fabułę, bo fabuła nie jest aż tak oryginalna, żeby dwie osoby nie mogły na nią wpaść nic o sobie nie wiedząc. Ale to nie zmienia faktu, że BR jest pod każdym względem lepsze. I wcale nie chodzi o wybuchające głowy ;P

Oglądając „Igrzyska…” widać jak na dłoni problem, przed którym stanęli twórcy filmu. Dzieciobójstwo znajduje się daleko pod koniec listy rzeczy mile widzianych przy kinie PG-13. Uniknąć się tego nie dało, wykorzystać na swoją korzyść też nie. Trzeba było więc kombinować, a z takiego kombinowania przy prostym pomyśle zawsze wychodzi… no cóż, przekombinowanie wychodzi. Japończycy zabijaniem dzieci się nie przejmują, więc wypuścili młodziaków na wyspę i kazali im się pozabijać – im szybciej tym lepiej. I o to chodziło. W przypadku „Igrzysk…” sprawa nie była taka prosta. Zamiast rozrywki (rozrywkowego zabijania dzieci 😉 ) w filmie pojawiła się cała masa czekania na przejście do konkretów urozmaicona właściwie tylko możliwością podglądania świata przyszłości. Który zresztą dość sztampowo został przedstawiony – żołnierze w prostych uniformach, mieszczanie w przekombinowanych strojach – jak w co drugim filmie. Osobiście mnie to zawsze trochę bawi, bo kostiumolodzy, charakteryzatorzy i scenografowie starają się zwykle pokazać świat przyszłość jako, siłą rzeczy, inny od tego jaki znamy. Wymyślają więc niepraktyczne kieliszki do niebieskich napojów, przesadzone makijaże, ubrania, które nie wiadomo jak włożyć… A efekt jest taki, że – przynajmniej ja – nie widzę futurystycznych dizajnów tylko wiem, że to co teraz mamy jest najbardziej praktyczne z możliwych i wszelkie próby kombinowania z nimi wygląda jak wygląda – jak próby kombinowania, a i tak wiadomo, że w przyszłości korzystano by raczej z tego, co znamy teraz. Bo lepsze.

Ale ale. O co w ogóle chodzi w tym filmie. Oto świat przyszłości. Podobno nieodległy, ale jednak zdążyły już zniknąć normalne imiona, a pojawić się jakieś dziwne 😉 Gdzieś tak 80 lat wcześniej prosty lud się zbuntował i wszczął wojnę. Lud zamożny powstanie spacyfikował, eks-Amerykę podzielił na Dystrykty, a sam osiedlił się na wypasionym Kapitolu. Aby jednak lud prosty nie zapomniał o swoim nieposłuszeństwie – każdego roku organizowane są tytułowe Igrzyska Śmierci, w których rywalizują po dwie osoby (dziewczyna i chłopak lat 12-18) z każdego Dystryktu. Ostatnia, która przeżyje – wygrywa. Igrzyska transmitowane są w telewizji, a cała populacja owego postapokaliptycznego kraju śledzi z zapartym tchem każdą sekundę – a przynajmniej tak wynika z tego, że zawsze jak coś ważnego się dzieje, to w dystryktach oglądają to na żywo. Ergo nawet jak Katniss śpi kilka dni to też się na to gapią.

Niedawno pisałem, że w kwestii kobiet i sportu mam problem. Tutaj też mogę o tym wspomnieć, bo mam wrażenie, że ile razy kobieta bierze się za wymyślanie jakiejś gry, to zawsze znajdzie się w niej jakąś dziurę w całym. Już wspomniałem wyżej o tym, że wg mnie tak nudny show, w którym nie można tak naprawdę zmusić nikogo do zabijania w życiu nie miałby takiej popularności przez ponad 70 edycji. W zmontowanym filmie można pokazać to co najlepsze, ale oglądane na żywo ciekawe byłoby to tylko na początku. A potem już jedna wielka nuda. Inna rzecz, nad którą dumałem przez pierwsze 40 minut to to, dlaczego w poszczególnych Dystryktach nie szkolono młodzieży na wojowników i nie wysyłano ich jako ochotników (wielka transmisja z losowania, a na ochotników się zgadzają, bzdura). Po 40 minutach powiedziano nam, że wpadli na to tylko w dwóch Dystryktach. I ok, niby nie powinienem się już czepiać, ale choć usłyszałem, że autorka książki (bo jak mniemam ona) wpadła na takie rozwiązanie (a myślałem, że ją ominęło), to z drugiej strony i tak potwierdziła „dziurawość” takiego rozwiązania. Prawie 80 lat i mało kto na to wpadł. I jeszcze się cieszyli, że może w końcu wylosowali kogoś (Katniss), kto może wygrać. Rany, szczęściu trzeba pomagać!

A wystarczyło spojrzeć do „Battle Royale”, bo tam to wszystko o niebo lepiej zostało rozwiązane.
1. Wybrana do gry jedna licealna klasa – idealny w swojej prostocie pomysł. Od razu są jakieś sympatie i antypatie, jakieś emocje pomiędzy uczestnikami gry. A w „Igrzyskach…” nic, zimno i chłodem wieje. Jakaś wojna, kara za nieposłuszeństwo, ble ble. I wszyscy się godzą bez rewolucji i choćby splunięcia w stronę Sutherlanda.
2. Obroże i podzielenie wyspy na kwadraty. Nie ma cię o tej i o tej godzinie w tym kwadracie to bum, łeb ci rozrywa. I za jednym zamachem mamy załatwienie nudy, bo gracze muszą być w swoim pobliżu, więc wiadomo, że szybko się pozabijają, a nie będą siedzieć na drzewie. A nie kombinowanie ze sztucznymi psami i szalejącym pożarem (ale to głupie było).
3. Konsekwencji brakło nawet w najdrobniejszych szczegółach – w BR nie zapominano o suchej informacji o tym kto zginął po każdej śmierci. W IŚ był odgłos armaty, ale w rzeczywistości raz był, a raz nie było. W jednej chwili słychać go było parę sekund po śmierci, a w drugiej cisza (jakoś nie grzmotnął gdy jednemu skręcona kark, a inna dwójka dostała strzałą/oszczepem).
I dlatego BR jest lepsze, a nie dlatego, że krew sika naokoło. Ta krew to tylko dodatek do śmiertelnej prostoty pomysłu.

W „Igrzyskach…” ta prostota została rozwleczona i dlatego nudziłem się na kinowym fotelu. Może gdybym nie znał BR i nie wiedział, że można lepiej, to spodobałoby mi się to bardziej. Bo to ładnie zrealizowany film i widać, że ktoś się przy nim napracował. I nawet krwi trochę było i małolaty padały momentami skrajniePG-13owo (choć bez przesady, PG-13 to PG-13). Kłopot w tym, że nie dałem rady wczuć się w tragedię postaci, bo zostało to przedstawione bez większych emocji (tu chyba wina tego, że będzie więcej części) i często czułem się jak gdybym oglądał film dokumentalny, a nawet wycinek jego najlepszych fragmentów. 6/10
(1351)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.