Podróż na Tajemniczą Wyspę [Journey 2: The Mysterious Island]

Nie lubię takich sytuacji. Jakoś tak dwa miechy wstecz oglądam zwiastun i stwierdzam kategorycznie, że cały film będzie straszną kupą. Nie wiem zresztą po co to stwierdzam, bo i tak wiem, że to film, na który z własnej woli się nie wybiorę. Dubbingowany i dla dzieci – ostatni w kolejce do ewentualnego wyboru seansu. Lepiej więc zostawić ocenę jego przydatności do spożycia komuś, kto w ogóle bierze pod uwagę oglądanie takich filmów. A potem odzywa się dystrybutor (Warner Bros.) i serdecznie zaprasza na przedpremierowy pokaz. No i można grzecznie odmówić, ale to przecież jak wyrzucanie pieniędzy w błoto (pieniędzy, których i tak bym nie stracił nie oglądając filmu – taka to logika, a raczej jej brak). Więc OK, pójdę, czemu nie. Idę i film mi się podoba… Nie lubię takich sytuacji, bo ciężko teraz być wiarygodnym :)

Oczywiście każdy film może się podobać na wielu rożnych poziomach. „Podobał mi się” o jednym filmie może oznaczać coś zupełnie innego niż o filmie drugim. Tak jak z jedzeniem – nie zawsze smakuje nam to samo i czasem przyjemnie najemy się kebabem, a czasem potrzeba do tego mega dania z wypasionej restauracji. Co za tym idzie „Podróż…” podoba mi się nie w kategorii „wydarzenie kinowe stulecia”, ale jako trójwymiarowy familijny film przygodowy dla dzieci. Ze wszelkimi wadami i zaletami takiej produkcji. Nie żałuję jednak wizyty w kinie, która zapewne była tym przyjemniejsza im większe było moje przekonanie, że połaszczenie się na darmowe zaproszenie to błąd stulecia, a w kinie umrę z nudów.

Bo ja naprawdę byłem przekonany, że to będzie pójście po linii jak najmniejszego oporu i lep na dolary przy jak najmniejszym wysileniu się. Postawienie aktorów przed bezczelnym grinboksem, który widać z każdego ujęcia i zapełnienie w postprodukcji każdego wolnego miejsca za nimi przekombinowanymi stworami i roślinkami, które będzie potem można przerobić na pluszowe zabawki i sprzedać je w sklepie z pamiątkami. Czyli standardowy przepis na dolarosukces – hej, mamy technologię 3D i małolaty, które wyciągną do kina swoich rodziców, bo im się nudzi. A potem jak już siedzą w kinie, to wszyscy mają ich w nosie.

No i oczywiście po trosze tak właśnie jest, ale okazało się, że można zaoferować widzowi rozrywkę na naprawdę przyzwoitym poziomie bez zostawiania go w fotelu kinowym z samobójczymi myślami „czemu po raz wtórodziesiąty wtóry dałem się naciągnąć specom od marketingu?”. Nie. Takie myśli po głowie nie krążą, bo film jest lekki, łatwy, przyjemny i dziecinnie widowiskowy. Wiadomo, że nikt nikogo nie rozszarpie, a autochtoni we wtórze przerażających ryków nie będą wpadać w ognisty bezkres, ale jak już zza drzewa wyskoczy wielka jaszczurka, to możecie być pewni, że specjaliści od efektów przyłożyli się do jej narysowania. Albo gdy ryknie bardzo fajny słonik. Bardzo, bardzo fajny. Choć, bo nie zapominajcie ani przez chwilę, że to kino familijne jest, już np. lot na pszczołach będziecie musieli przeżyć odnajdując w sobie dziecko, bo inaczej się nie da.

Przeżyć też trzeba dubbing. O dubbingowaniu filmów powiedziano już tysiące słów, więc nie będę ich mnożył. Powiem tam – mnie tutaj nie przeszkadzał i szybko się na niego przestawiłem. Gdybym jednak miał wybierać, to wybrałbym oryginalną ścieżkę dźwiękową. I nie zamierzam nikogo, kto nie lubi dubbingu bądź też go nie znosi nawet, przekonywać, by spróbował dać mu szansę akurat w tym filmie. Bo dubbing jaki jest każdy wie i albo go lubi, albo toleruje, albo nie znosi. I tu chyba akurat raz ukształtowanego zdania nic nie zmieni.

Ale, ale, co to w ogóle za film jest. Ano jest to kontynuacjosequeloosobna (jakiś czas temu w pierwszej części do wnętrza ziemi podróżował Brendan Fraser, ale znajomość tego filmu przy przystępowania do Journeya 2 jest zbędna) historia wychowującego się bez ojca chłopaka, który robi ciągłe kłopoty swojej matce i ojczymowi. Kłopot najświeższy – poszukiwanie tajemniczej tajemniczej wyspy opisanej przez Juliusza Verne’a. Kłopot szybko przeradza się w przygodę i nasz chłopak w towarzystwie ojczyma o wyglądzie The Rocka wyrusza w tropiki.

Efekty na poziomie (3D jak to 3D, ale przynajmniej nie powiem, że było tu zupełnie zbędne, więc powodów do narzekania nie ma; dodatkowo przed filmem pokazali Looney Tunes w 3D i można było sobie popatrzeć na klasyczną kreskę w głębszym, bardzo kolorowym wydaniu), brak ględzenia na początku i prawie natychmiastowe przejście do rzeczy (im bliżej końca smętów z gatunku „rodzina uber alles” więcej, ale da się znieść), dużo nieinwazyjnego humoru (ani łzy w rozbawionych oczach, ani smętny pierd w pustym klozecie), sympatyczna obsada – The Rocka lubię, Michael Caine podstarzały, oj podstarzały, Vanessa Hudgens, o której nie wiedziałem, że to Vanessa Hudgens, więc patrzyłem na wypełnienie jej w miarę skąpych ciuchów bez uprzedzeń, Luis „Element Komediowy” Guzman plus Josh Hutcherson, który na szczęście nie był taki beznadziejny jak w „Asystencie wampira„… 7/10 jak nic.
(1334)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.
www.VD.pl