J. Edgar

My fellow Americans. Stoimy w obliczu chwil trudnych i nieprzewidzianych. Próby charakteru dla wielu z nas oraz testu dla naszej wytrzymałości i lojalności. Stoję tu dzisiaj przed Wami, aby Wam powiedzieć, że ja pierdolę, jak mi się nie chce!

Nie wiem czemu, ale życie na obu moich blogach zamarło. Wciąż często czuję potrzebę i ochotę wrzucenia czegoś na bloga (głównie tutaj, bo na sportowym to już bieda od dawna, ale tam z powodów ciutkę inszych), ale wystarczy, że odpalę Notatnik i zasiądę nad klawiaturą i nic. Marnuję czas na myśleniu o tym jak marnuję czas. A że tego mam coraz mniej… Nie na tyle mało, żeby nic nie pisać, bo przecież napisanie notki to chwila (no często coś trzeba obejrzeć, żeby o tym napisać i z tym problem większy, ale trochę zaległości do opisania jednak mam), a jednak – jak w tej piosence – siedzę i myślę. O notkach, których nie napisałem, o reckach, których nie przelałem na „papier” i o tym, że powinienem. Bo lubię.

Wiem, że Q-Blog powienien być lepszy i nie sądzę, abym miał większy problem ze sprawieniem go takim. A jednak…

No to przechodzimy do sedna w końcu.

„J. Edgar”

Dziwna sprawa z tymi filmami Eastwooda. Każdy jest oczekiwany, każdego trailer robi wrażenie, każdy zapowiada się na przygodę życia… A potem każdemu czegoś brakuje. I zawód jest tym większy, bo wydawało się, że będzie lepiej. Dużo lepiej. A tymczasem chyba od „Million Dollar Baby” nic Eastwooda mnie za mordę nie chwyciło.

A nie, sorry, cut the crap, głupoty pleciesz. „Gran Torino” przecież jeszcze było.

Nie, nie były to filmy złe (no „Hereafter” był i to bardzo), ale były przeciętne. Dobrze zrealizowane, ciekawe na swój sposób, ale nie na tyle ciekawe, żeby nie wzdychać do uczucia, które chodziło człowiekowi po łbie po obejrzeniu pierwszego trailera. No i z „J. Edgarem jest dokładnie to samo. Porządny i solidny film o ciekawej postaci, któremu nie sposób dać więcej niż 7/10.

Brak nominacjo oskarowych ostatecznie pogrążył ten film u nas i od razu trafi on na DVD, ale w sumie specjalnie się temu nie dziwię. Bo nie wydaje mi się, aby na dużym ekranie robił dużo większe wrażenie niż w wersji mniejszej wymiarowo. Tak samo nie dziwię się, że Leo za tytułową rolę nie dostał nominacji. Nieee, nie zagrał źle, Leo w zasadzie nigdy źle nie grał (tylko mi tu nie rzucać trzecimi Crittersami), ale nie zagrał na tyle dobrze, żeby krzyczeć o skandalu w przypadku pominięcia go w nominacjach. Innymi słowy – mógł ją dostać i nikt by się nie burzył, ale jest inaczej i tez nikt burzyć się nie powinien.

Eastwood w swoim kolejnym filmie wziął się za bary z postacią legendarną, założycielem FBI (czytajcie ten skrót tak jak wymawiał go Hannibal Lecter natrząsając się z wieśniarstwa Clarice Starling – „getting all the way to the EF. BI. AJ!”) i ugiął się pod ogromem materiału, jaki przyszło mu ogarnąć. I tak trzeba go pochwalić za to, że się starał, ale niemożliwością było przycięcie kilkudziesięcioletniej kariery J. Edgara Hoovera do trochę ponad dwugodzinnego metrażu. Można więc było po łebkach zahaczyć o kilka milestone’ów w jego życiu i twórczości, ale i tak każdy z nich zasługiwałby na oddzielny film.

Film Eastwooda należy więc traktować jako wprowadzenie do historii, zarysowanie tego co najważniejsze, wskazówki do tego, którą wiedzę pogłębiać i zachętę do poznania samemu tej barwnej osobowości, jaką był nasz tytułowy bohater. Wprowadzenie i wskazówka stylowo nakręcona, solidnie zagrana, wciągająca na tyle, że nie nudzi i unikająca łatwego popadania w tani skandalizm, o który byłoby nietrudno. Ot taka szafa z tajnej biblioteki Hoovera – pozamykana na cztery spusty z wystającymi z niej fiszkami, na których cokolwiek o zawartości wnętrza można przeczytać.
(1336)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.
www.VD.pl