Footloose [2011]

Zwykle nie mam problemu z filmami. Rzucam ocenami na lewo i prawo. Jednemu daję 4, drugiemu 8, trzeciemu 1 z minusem (ze dwa razy chyba coś takiego się zdarzyło) i śpię spokojnie. Tymczasem w przypadku opisywanego filmu jakakolwiek ocena wydaje mi się niewłaściwa. Głównie dlatego, że to nie jest taki zły film. Jego problem tkwi w tym, że jest to bardzo zły remake…

Ale o tym było wiadomo już od początku. Historia z oryginalnego „Footloose” nie pasuje zupełnie do naszych czasów i wie to każdy, kto tylko spróbował się nad tym zastanowić choćby tylko przez sekundę. Wszyscy wiedzą i tylko producencie tego nie wiedzieli. W efekcie powstał zupełnie taki sam film jak poprzednio, tyle że osadzony w czasach nam współczesnych. No i kto dzisiaj uwierzy w to, że są takie miasta, gdzie rada zakazuje tańca i wszyscy się ich słuchają jak koza grzmotu? No nikt. W świecie internetu, empetrójek, wszechobecnej muzyki i generalnie dużo mniejszej władzy rodzicielskiej nad swoimi pociechami nikt przy zdrowych zmysłach, nawet w zapadłej dziurze w Teksasie nie spróbuje nawet zakazać młodym tańczyć. Bo wzięliby mu założyli kubeł na głowę i sfilmowali na jutuba.

Nikt nie robi nic, żeby tę historię jako tako uprawdopodobnić i to ostatni gwóźdź do trumny tego remake’u. Podkreślam: remake’u, nie filmu. Wręcz przeciwnie, brną w jeszcze większe bzdury parując Willarda, rednecka wyciętego z żurnala, z czarnoskórą dziewczyną. Jacha. Tańczyć im nie pozwolą, a chłopak z południa w farmerkach i kapeluchu prowadza się z afroamerykanką 😉 i nikomu to nie przeszkadza.

I wszystko byłoby proste, gdyby to był zły film. Źle zagrany, źle sfilmowany, napisany od nowa ze zmienionymi dialogami itp. Nic takiego jednak nie ma miejsca. No dobra, z tym „nie jest źle zagrany” to przesadzam, bo akurat aktorstwo tu nie powala delikatnie mówiąc. Nikt z obsady nie jest lepszy od obsady oryginalnej i to nie podlega dyskusji. Nawet pamiętając o tym, że Lori Singer tytanem aktorstwa nie była. Cała reszta jest jednak naprawdę sympatyczna. Bardzo fajnie nakręcona, ładnie zatańczona (oryginalne układy pomieszano z tymi bardziej nowoczesnymi; co w sumie spowodowało powstanie kolejnej pierdoły – oto młodzież w mieście zakazanego tańca tańczy jak uczestnicy „You can dance” albo i lepiej) i, zapominając, że to remake, ciekawa do oglądania.

Po co więc ktoś pchał się w bezsensowny od początku remake? Wystarczyło zebrać tę samą obsadę, tego samego operatora (bo zdjęcia są tu ładne) i wysilić się na napisanie jakiejś jako tako oryginalnej historii. Z pewnością wyszłoby to filmowi na lepsze.

Zmian w stosunku do oryginału jest tu naprawdę niewiele. Nawet poczciwy garbus się ostał, nie mówiąc już o choreografii tańca (nie znam się na tym, ale oryginał widziałem tyle razy, że poszczególne taneczne ruchy rozpoznawałem od razu). Wyleciało niewiele (nie ma sceny przechodzenia Ariel z samochodu do samochodu – coś czuję, że nie chcieli dawać złego przykładu młodzieży…), niewiele dodano (bzdurnie zresztą, bo zaczyna się to wszystko od wypadku brata Ariel przez co od razu wiadomo co i jak – w oryginale zdaje się nie było to takie jednoznaczne od początku), niektóre rzeczy przestawiono (pastor pod koniec tańczy z Ariel a nie z żoną, a tekst o geju Ren wali nie do Willarda tylko do chłoptasia Ariel) (no co, „Footloose” to jeden z moich ulubionych filmów, znam go dobrze). A skoro o tekstach to wywalono prześmieszny tekścik o Police (nieaktualny bardzo), a dyskotekową historię Rena z dyskoteki zamieniono na jakąś bzdurę o imprezie w Rosji. Zresztą kuleją wszystkie sceny, które w latach 80. miały więcej sensu – chodzenie do pomieszczenia przy torach i czytanie fragmentów zakazanych wierszy przez lokalną młodzież można skwitować jedynie uśmiechem politowania.

Nie zlitowano się nad piosenkami. Szczególnie zmasakrowano „Holding Out for a Hero”, które w smętnej wersji balladowej… Ech. Zresztą wyścigów traktorów też nie ma. Widać tańczyć można zakazać, ale traktory już na XXI wiek są za stare (choć jest mrugnięcie okiem odnośnie tychże traktorów). „Footloose” na szczęście zabrzmiało dobrze, a „Let’s Hear It for the Boy” w wersji na dziecięce karaoke było w zasadzie pomysłowe.

No i cóż, film o młodzieńczym buncie zamienił się w prostą historyjkę, w której o jakimkolwiek buncie nie może być mowy, bo wszystko jest tak sztuczne, że sensu w tym brak. Przemowa Rena przed radą miasta ani ziębi ani parzy, tak samo jak i finałowe kazanie pastora. Bez dwóch zdań, gdyby to był film napisany od podstaw to sądzę, że efekt mógłby być bardzo dobry. Ale jako remake to po prostu jest o-kro-pień-stwo.
(1335)

PS. A nie, zapomniałem o jednej próbie przekonania widza, że ta historia ma rację bytu w 2011 roku. Mocno zabawnej zresztą :) Bohaterowie jadą do Miasta, żeby zobaczyć, jak tam się bawi młodzież i trafiają do stodoły z tańcami country :)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.