Wdrożenie i opieka: MimasTech
Szokujące newsy!

MI4, Moneyball

Źle się dzieje na Q-Blogu. Żadnych nowych notek nie ma, a co gorsza, nie ma żadnych lamentów tęsknych za notkami na Q-Blogu! Tak, to drugie o wiele bardziej dziwne, bo to pierwsze to wiadomo – lenistwo 😛

Zatem przerywając dziś ciszę krótko o dwóch filmach, którym zakończyłem zeszły rok. Obydwa dostały 8/10, choć z czasem myślę, że jeden z nich powinien dostać chyba o jedną ocenę niżej. A mowa o:

Mission: Impossible – Ghost Protocol

Czwarta część przygód agenta Ethana Hunta i jego kolegów z agencji rozpoczyna się niezbyt dobrze. W powietrze wysadzony zostaje Kreml, a odpowiedzialnością o zamach obarczone jest IMF. Teraz na barkach Hunta i trzech nowych znajomych spoczywać będzie odpowiedzialność o przywrócenie dobrego imienia agencji i samych siebie.

Do kina poszedłem pozytywnie nastawiony przez gambita, który rozpływał się nad sceną wspinaczki na najwyższym drapaczu chmur na świecie. Widział ją co prawda w IMAX-ie, a mnie to akurat nie było dane, ale myślałem, że to dobrze, bo niespokojny byłem o swój lęk wysokości. Trudno mi powiedzieć czy wyprowadziliby mnie nieprzytomnego ze strachu z IMAX-a, ale na ekranie mniejszym wspinaczka ta mojemu zdrowiu nie zaszkodziła. Choć rzeczywiście była spektakularna.

Pozytywne nastawienie brało się też z trailerów, a także ogólnie dobrej opinii o całej serii. Opinii ukształtowanej głównie przez pełną akcji trójkę, która wciąż obiecuję sobie powtórzyć. Trójkę, którą z M:I lubię najbardziej – za jedynką nie przepadam i pamiętam, że z kina wyszedłem zawiedziony, że nie było nic więcej niż w trailerach, natomiast o dwójce nie będę pisał, bo przykro źle pisać o swoim ulubionym reżyserze.

W czwórce dzieje się wiele, ale mam wrażenie, że pod względem akcji nie dorównuje trójce w żadnym momencie. Spektakularne sceny przeplatane są przynudzaczami, w których grzebią w przeszłości Hunta tak jakby ktoś jeszcze pamiętał co się w poprzedniej części wydarzyło. Powinni uprzedzać przed seansem, żeby oglądnąć sobie trójkę. Oczywiście jej nieznajomość lub niepamiętanie w niczym nie przeszkadza, bo nie mówimy tu o jakichś skomplikowanych fabułach, ale jednak lepiej ją znać.

Dlatego też mam wrażenie, że ta 8 to troszkę na wyrost, choć nie ukrywam, że w kinie nieźle się bawiłem i seansu nie żałuję. Jest w tym filmie sporo rzeczy wartych pieniędzy za bilet na czele z bezszelestnym włamywaniem się do Kremla (brawa dla realizatorów za sprawne nakręcenie tej sceny, dzięki czemu na sali kinowej również panowała zupełna cisza, o co przy wieczornych seansach trudno), ale jest też sporo rzeczy, które można było zrobić jeszcze bardziej efektownie i docisnąć śrubę. Np. średnio emocjonujący jest finał, w którym zwykły naukowiec (nawiasem mówiąc badgajowato dość marny) nakopuje bez problemu Wielkiego Pana Agenta (choć nie wzrostem :P). Brakuje w nim jakiegoś większego poweru i poczucia, że to już to, że to finał. A tymczasem ogląda się go jako preludium do czegoś większego.

Ale z punktu widzenia kina akcji M:I konkurencji raczej ostatnio w kinie nie miał i należy mu się wysoka ocena. Jest tu odpowiednia ilość humoru i dystansu do wszystkich nieprawdopodobnych wyczynów jakich jesteśmy świadkiem. Kilka scen, powtarzam się, trzyma tu najwyższy poziom, a kolejny plusik dałbym też za to, że język rosyjski brzmi tu rzeczywiście jak język rosyjski, a nie jak amerykańska wariacja na temat języka rosyjskiego. Czekam na piątkę.

Ach, no i Anil Kapoor był całkiem długo :) Zastanawiam się, czy w Hollywood w ogóle wiedzą ile im filmów ukradł :)

***

Moneyball

Bodaj przy trailerze (nie będę sprawdzał, najwyżej mi się zdaje 😉 ) pisałem, że jeśli ktoś myśli, że w Hollywood nie potrafią nakręcić dobrego, sportowego filmu z Bradem Pittem to są dziwni. I rzeczywiście, niemożliwe się nie wydarzyło – w Hollywood nakręcili dobry, sportowy film z Bradem Pittem. A że o bejsbolu to doprawdy nic a nic nie szkodzi. Steven Zaillian zadbał o fabułę, Aaron Sorkin o dialogi (myślę, że tak się podzielili, choć oczywiście znowu zgaduję), a nam nie pozostało już nic innego niż obejrzenie filmu i zadowolona mina po seansie.

Aha, i nie dajcie sobie nikomu wmówić, że to nie jest sportowy film 😉

Bohaterem tego _sportowego_ filmu jest Billy Beane, menadżer bejsbolowej drużyny Oakland Athletics (postać autentyczna), która to drużyna przędzie dość cienko. U zarania nowego sezonu najlepszych graczy podkupują im bogatsze drużyny, a skauci debatują i kombinują kogo by tu sprowadzić na ich miejsce. I żeby dobry był i żeby tani był. Mogą sobie jednak kombinować ile wlezie, a i tak nic z tego nie wyniknie. Menadżer z pomocą niejakiego Petera Branda (Jonah Hill, postać nieautentyczna, ale wzorowana) postanawia zaprząc do gry analizę matematyczną i statystykę i wyjść z zupełnie innego założenia niż często tu wspominany król z „Rambo 3”. Otóż król ów wolał na bitwę wysłać pięć lwów zamiast pięciuset owiec. Beane tymczasem wychodzi z założenia, że lepsze jest pięćset owiec, bo po pierwsze są tańsze, a po drugie w kilka mogą zrobić to, co jeden świetnie opłacany gracz. Rozpoczyna się sezon, Oakland strasznie dostaje w dupę…

Choć bez wątpienia jest to film sportowy (nudny jestem też bez wątpienia), to jest coś, co wynosi go ponad poziom gatunku i standardowego filmu kończącego się przemową trenera i zwycięstwem nad niepokonanym dotąd zespołem przeciwnym. Tym spychającym bejsbol czymś jest fakt, że „Moneyball” to film o człowieku. Świetnie zagrany przez Pitta Beane jest tu głównym bohaterem – bohaterem z krwi i kości, który dostał swoje od życia i jest trochę na rozdrożu. Oglądając film kibicujemy i jemu i jego niezłomnemu przekonaniu, że znalazł Sposób. Z pomocą Beanowi przychodzi świetnie napisany scenariusz (zarówno przez scenarzystów, jak i przez życie), który pozwolił nie tylko nie zanudzić się widzom na filmie o bejsbolu, ale i błysnąć aktorsko i Pittowi i Hillowi. I tylko Phillip Seymour Hoffman się tu nieco zmarnował zamknięty dosłownie i w przenośni na ławce rezerwowych.

8/10 pozostaje więc bez wątpienia słuszną oceną z mojej strony, ale troszeczkę – i była to jedyna rzecz, która mi przeszkadzała – przeszkadzało mi to, że momentami za bardzo pachniało mi to wszystko filmem nakręconym pod pewną tezę, z którą nie zgadza się rzeczywistość. W związku z czym tu trochę trzeba było wyolbrzymić, tam trochę przemilczeć. Ale to tylko jakiś cień zarzutu, bo poza tym cała reszta jest na tip top i śmiało i bez strachu można film oglądać.

PS. Sam „Moneyball” to tylko czubek o wiele większej góry lodowej, ale nie będę o tym pisał, bo o wiele lepiej zrobił to już Rafał Stec.
(1301)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.