Komediowo

Tak się jakoś złożyło, że ostatnio zarzuciłem parę komedii (niektóre okazały się komediami, niektóre nie wiedzieć czemu obiecywały, że są komediami), więc zbiorczo je tutaj za jednym zamachem potraktuję.

Co, zdziwieni, że nie zaczynam od narzekania? Że dawno nie było notek, że nie chce mi się pisać, że jestem śpiący itd. Ha! 😉

BTW możecie polecić jakąś zabawną komedię. Chętnie przyjmę wszystkie sugestie 😉

Skarb [Trésor]

Za kinem francuskim nie przepadam, pisałem tu o tym często. Powodem wyboru tego filmu był występujący w nim buldog angielski.

Kochający mąż wręcza swojej żonie w ramach rocznicowego prezentu szczeniaka buldoga angielskiego. Żona dostaje na jego punkcie pierdolca, a mąż ma coraz bardziej dość.

Jak posiadacz buldoga francuskiego zaręczam, że nie ma w tym filmie żadnej fikcji. Uroki i niedogodności (niedogodności i uroki :P) wynikające z takiego czworonoga zostały pokazane tu w sposób właściwy i wcale nie podkoloryzowany. Generalnie większą część filmu oglądaliśmy z Aśkiem jak dokument o sobie.

Zgaduję, że scenariusz machnął tu również posiadacz buldoga, więc jeśli się zastanawiacie, czy też sobie takiego nie strzelić (buldoga, a nie scenarzystę) to śmiało możecie obejrzeć „Skarba” i będziecie wiedzieć, czego się spodziewać. Z punktu widzenia zoologicznego nie można mu nic zarzucić. Szkoda tylko, że nikt się nie wysilił poza opowiedzenie standardowej historii i kilku oczywistych żartów (pies pierdnął, ale śmierdzi hahaha). Nie ma tu nic poza schematyczną historią, która po wyjęciu z niej psa nie nadawałaby się na nic. W związku z tym śmieszna jest średnio. Lekka, niezobowiązująca i niekoniecznie zdatna do oglądania. Wot przeciętny film.

No ale może kogoś nieświadomego „uroków” buldoga śmieszyć będzie bardziej. Nie wiem. 5/10

***

Sekrety i grzeszki [The Dilemma]

Jeśli w komedii z Kevinem Jamesem, Vince’em Vaughnem, Winoną Ryder, Jennifer Connelly i Queen Latifah najlepszy jest Channing Tatum – wiedz, że coś się dzieje.

Ktoś wie, czy ci terroryści, którzy porwali Rona Howarda i pod groźbą śmierci kazali mu nakręcić ten film już go wypuścili?

Pewien facet dowiaduje się o zdradzie, jakiej dopuściła się żona jego najlepszego przyjaciela. No i ma tytułowy dylemat – powiedzieć koledze czy nie powiedzieć? Oczywiście decyduje tak, że wszystko się po kolei pieprzy.

Pomysł na film niezły nawet, szkoda tylko, że zanim sam film dochodzi do swojego sedna to mija pół godziny, w których niewiele się dzieje i osoba nie znająca fabuły w zasadzie nie będzie wiedzieć po kiego grzyba powstało to coś. A gdy już się dowie to jest za późno, bo nikt minionej półgodziny nie zwróci niestety.

Film ten to typowy przykład komedii, która nie wypaliła. Miała pomysł, miała dobrych aktorów (no w miarę, nie popadajmy w przesadę), miała dobrego reżysera i pewnie przed zdjęciami wyglądało na to, że wszyscy się będą dobrze bawić. I realizatorzy i widzowie. Tymczasem wyszło coś, na czym bawić się nie sposób. Ni to komedia, ni to film obyczajowy – wszystko wysilone, wydumane i na siłę śmieszne. 4/10

Ech, co się porobiło z Winoną Ryder…

***

Wielki rok [The Big Year]

Komedia i… kino sportowe w zasadzie. Najlepsi „wypatrywacze” ptaków ruszają do boju w trwającej rok konkurencji pod tytułem: komu uda wypatrzyć się najwięcej gatunków ptaków”. Rekord do pobicia – 732 bodajże o ile mnie pamięć nie zawodzi. Nagroda – prestiż. Ważna sprawa – honor, nie trzeba wszystkim pstryknąć foty, wierzą ci na słowo.

Do wyścigu staje trójka doświadczonych komików na czele z moim ulubionym Steve’em Martinem. Obok niego są jeszcze Owen Wilson i Jack Black. Wynika więc z obsady, że zapowiada się śmiechu kupa, choć niekoniecznie tak właśnie jest. Bo „Wielki rok” to nie komedia w stylu „Wyścigu szczurów” tylko film z lekkim zacięciem obyczajowym. Bardzo lekkim, ale jednak.

Ogląda się przyjemnie, choć nie można pozbyć się wrażenia, że nasza trójka zrobiła ten film… hmm, w zasadzie nie wiem po co. Dla pieniędzy może, ale ile pieniędzy można wyciągnąć na takiej produkcji? Nie sądzę też, aby wszyscy trzej byli miłośnikami birdingu. W każdym bądź razie mimo produkcji przyjemnej zabrakło jej lekkości i tego czegoś, co przenosi komedię na zupełnie inny poziom zabawy. Przyzwoicie i bez szaleństw 6/10

Zupełnie nie wypalił Jack Black w roli narratora. Odkąd po raz pierwszy się odezwał (czyli od początku filmu) miałem wrażenie, że w ostatniej chwili i na szybko tego narratora dodali. Niewiarygodne było też ciągłe utyskiwanie na Wilsona, że pewnie oszust itd. W każdej sekundzie filmu udowadniał, że jest najlepszym birderem (czy jak to się tam zwie) ze wszystkich. A utyskujący utyskiwali, ale latali za nim krok w krok. Gdzie tu sens, gdzie tu logika? Q, to tylko komedia! Film taki, fikcja.

A nie, sorry, przecież jest na początku: Film oparty na faktach. Tylko wydarzenia zostały zmienione. Czy jakoś tak :)

***

Zamiana ciał [The Change-Up]

Pomysł stary jak świat w kolejnym wydaniu. Dwie przeciwności w wyniku czarów-marów zamieniają się swoim życiem. I tak stateczny biznesmen ojciec trójki dzieci staje się przystojnym pornolekkoduchem, a przystojny pornolekkoduch statecznym biznesmenem. A jako że obaj nie pasują do nowych ról, to komedia jest nieunikniona.

No i rzeczywiście od czasu do czasu jest śmiesznie. Problem w tym, że nie tak często jakby to było możliwe. Sprawy nie ułatwia dość trudny do przełknięcia 😉 początek z dzieciakiem strzelającym kupą (wersję unrated oglądałem dla jasności). Trzeba się więc na starcie przestawić na specyficzny humor, ale na szczęście potem nie ma tego aż tak dużo.

No i co? Zapewne nikt nie starał się, by wrzucić tu więcej niż oferuje wiele filmów opartych na podobnej zamianie i rzeczywiście nie wrzucił. W zasadzie każdy gdyby sobie wyobraził, co mogłoby się przytrafić przy zamianie takich dwóch konkretnych postaci jak tutaj, to wymyśliłby i to samo, co zobaczy w filmie. Nic nie zaskoczyło, nic nie sprawiło, że choć przez chwile można by poczuć szacunek do scenarzystów za grejt dżob. Z drugiej strony obejrzeć się dało, a i zaśmiać też mi się zdarzyło.

Za mało tego wszystkiego na więcej niż 6/10, a i tak przez długi czas miało być 5/10. Zmieniłem nastawienie pod koniec, gdy po raz kolejny przekonałem się, że gdy na bok odkłada się fart joke’i, a nieco poważnieje w zamian, to wychodzi to tylko na lepsze.

Dodałbym plusa za gołe Leslie Mann i Olivię Wilde, ale jestem w zasadzie pewny, że to były dublerki połączone z efektami specjalnymi, więc nie dodaję.

A właśnie, wg mnie Bateman nie dał rady. W jednym i drugim wcieleniu zachowywał się właściwie tak samo. W ogóle aktorsko było marnie moim skromnym zdaniem.

***

Idol z piekła rodem [Get Him to the Greek]

Dochodzę w końcu do śmieszniejszych filmów, to się zmęczyłem… :)

Pracownik wytwórni muzycznej (Jonah Hill) dostaje bojowe zadanie. W ciągu 72 godzin ma sprowadzić z Londynu na koncert do LA upadłą gwiazdę rocka (Russell Brand).

Nie wiem skąd powszechna niechęć do Russella Branda. Sam za nim nie przepadałem po jakichś tam durnych epizodach, ale gdy udaje wyjść mu się na czoło listy płac to jest całkiem zabawny. Owszem, specyficzny ton głosu i ciężkie żarty nie wszystkich muszą przekonywać, ale znam bardziej przereklamowanych komików od niego (John C. Reilly 😉 ). Wystarczy się do niego przekonać i od razu filmy z jego udziałem mogą byc lepsze.

Ten jest całkiem zabawny. Ma swoje słabe punkty, a i pewnie, ale ogólnie jest na całkiem przyzwoity plus. Jonah Hill ponad „Superbada” się nie wybije komediowo chyba nigdy, ale też się stara jak może i na ile pozwala mu na to wielki brzuchol, którego ostatnio się pozbył. John Candy toto nie jest, alesię chłopak stara.

No i tak ogólnie to taka po prostu komedyjka bez wielkich ambicji. Znów mamy skontrastowanych spokojnego grubaska i szalonego rockera i wynikające z tego komplikacje również są łatwe do przewidzenia, ale zabawne i tak. Tak w sam raz na 7/10

Rose Byrne wolę w świętym wydaniu.

***

To tylko seks [Friends with Benefits]

Ostatni z filmów na dzisiaj. Tutaj też dałem 7/10, ale mając za sobą to krótkie komediowe podsumowanie wygląda na to, że powinienem dać punkcik wyżej. Bo to najlepsza z opisanych tu komedii. Zostanę jednak przy 7/10, bo lepiej odzwierciedla moje odczucia.

Popularny bloger zostaje naczelnym popularnego czasopisma. Życie w wielkim mieście i w ciągłym biegu nie służy sprawom uczuciowym. Na ratunek przybywa łowczyni głów, która go do tej pracy zwerbowała. Decydują się zostać fuck buddiesami.

Często tak jest, że w Hollywood filmy parami chodzą i w tym przypadku potwierdza się ta reguła. Podobny temat poruszony już został w zeszłorocznym, cudownie przetłumaczonym „Sex Story„, ale w „To tylko seks” poruszony został lepiej.

„To tylko seks” to w zasadzie komedia romantyczna, tak więc dobrze wiadomo czego się po niej spodziewać. Ale że jej bohaterowie są dość sympatyczni, to film ogląda się przyjemnie i stanowi dobrą pozycję (hłe hłe) na pomysł jak przyjemnie spędzić wieczór. Szału może nie ma, ale jest lekko i w miarę przyzwoicie, więc zarzucić okiem można.

Nie wiem skąd u Timberlake’a ten pomysł na życie, żeby się seksualnie w filmach sprawdzać, ale któż mu zabroni. Gorsze drewna próbują nas rozśmieszyć z gorszym skutkiem.

Jenna Elfman nieco się posunęła (hłe hłe), przez chwilę myślałem, że gra matkę Timberlake’a.
(1314)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.