Dream House, Tinker Taylor Soldier Spy

Dom snów [Dream House]

Do lektury zapraszam tylko tych, którzy widzieli zwiastun. Nie będzie tu raczej spoilerów (no będę się starał powstrzymać), ale po prostu recka również pisana jest z punktu widzenia kogoś, kto zwiastun widział. A myślę, że pisana z punktu osoby, która zwiastuna nie widziała byłaby trochę inna. No i ocena pewnie wyższa by było. A tak to tylko 3/10.

Wzięty wydawca rzuca pracę i osiedla się ze swoją rodziną w nowym domu, by tam w ciszy i spokoju napisać nową książkę (doprawdy, klisz więcej się wcisnąć nie dało chyba). Oczywiście o ciszy i spokoju może zapomnieć, bo okazuje się, że poprzedni mieszkańcy tego domu zostali brutalnie wymordowani przez jednego z członków rodziny.

Hmm, a jednak opis fabuły jest też dla tych, którzy zwiastuna nie widzieli – widać staram się ich chronić mimo wszystko. Ach :)

Problem z filmem Jima Sheridana jest jeden i był już znany w chwili pojawienia się zwiastuna. W zwiastunie tymże pojawił się pewien twist, który, owszem, uczynił trailer o wiele bardziej interesującym niż bez twista, ale jednocześnie wykastrował z zaskoczenia cały film. Można było się spodziewać, że skoro ktoś zdecydował się na taki krok, to ma w zanadrzu jeszcze inne niespodzianki, których nie zawaha się użyć. I tak właśnie myśląc zabrałem się za seans, choć nie powiem, żebym był jakoś szczególnie przekonany, że dadzą mi po łbie jeszcze lepszymi twistami.

I nie dali. Twist ze zwiastuna jest największą atrakcją tego filmu, a cała reszta to zwykła sztampowa opowiastka, której rozwoju akcji pewnie domyśliło się po zwiastunie wielu. Ciekawy jest ten film zatem z jednego tylko powodu – odpowiedzi na pytanie: co oni se myśleli dając w zwiastunie twista? Ja tej odpowiedzi nie znam.

Obejrzeć da się, zrealizowany jest na poziomie (standardowym, ale poziomie), długi nie jest, więc nie męczy za bardzo… Z drugiej strony Craig średnio mi do tej roli pasował, a kobitki (Weisz, Watts) stanowiły jedynie tło (ubrane niestety tło :) ). Generalnie rzecz biorąc nic więcej tu nie znajdziecie niż w każdym innym filmie z gatunku: małżeństwo z dwójką dzieci osiedla się w nowym domu.

***

Szpieg [Tinker Taylor Soldier Spy]

Nigdy się nie dowiem, czy nieograniczoną przyjemność z tego seansu nie popsuł mi czasem twórca polskiego plakatu do tego filmu. Nie poznam odpowiedzi na zagadkę czy to jego wina, czy może filmu jedynie. Fakt pozostaje faktem – polski plakat zdradza odpowiedź na główne pytanie, które stawiają sobie bohaterowie tego filmu: kim jest ruski kret w najwyższych strukturach Cyrku? (MI6-u znaczy się).

I teraz kolejne pytanie: czy wiedza na temat jego tożsamości psuje film? Nie jestem do końca przekonany. Ale gdybym jej nie znał… AAAA.

Nie jestem przekonany, bo w „Szpiegu” nie zauważyłem jakiejś wyjątkowo misternej intrygi, która zakończyć by się miała jebnięciem porcelanowego kubka z napisem „Kobayashi” o podłogę. Oczywiście niewiele tu wiadomo i kretem może być w zasadzie każdy, ale żeby to miało stanowić główną wartość filmu to raczej nie. To dobre do efekciarskich thrillerów z Ashley Judd, w których mordercą okazuje się być koleś spalony na popiół w pierwszej scenie. Tu postawiono raczej na co innego (choć można jedno z drugim pożenić, ot choćby tak pięknie jak we wspominanym wyżej filmie z kubkiem).

Intryga intrygą, ale w „Szpiegu” rządzą dwie rzeczy: znakomity klimat filmu i znakomici aktorzy głównie brytyjscy z dodatkiem Gary’ego Oldmana. O znakomity klimat zadbał zaś Szwed Tomas Alfredson, autor głośnego „Pozwól mi wejść”. I doprawdy trudno nie zauważyć podobieństwa „klimatycznego” między jednym, a drugim.

Prawdą jest co ludzie wypisują tu i ówdzie, że „Szpieg” jest filmem nudnym. No bo jest. Ale jest filmem nudnym w dobrym tego słowa znaczeniu. Nie jest nudny usypiająco, jest nudny niespiesząco się nigdzie. Celebrująco każdy szczególik na ekranie, każdą zmarszczkę na licu agentów niebondopodobnych, każdą pierdółkę scenografii, która składa się na autentyczny obraz „tamtych czasów”. Rzekłbyś, że razem z twórcami filmu cofnąłeś się -dzieści lat wstecz, więc podziwiaj. Dopracowane do perfekcji widowisko pełne Aktorów.

Ale mimo to nie urzekło mnie do końca i zupełnie. Doceniam, jestem pod wrażeniem itd., ale daję tylko 8/10.
(1308)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.