Parę filmów w skrócie

W związku ze sto sześćdziesiątym atakiem jesiennej depresji w tym roku mało oglądam i mało mam ochoty na pisanie. A co za tym idzie – krótko o filmach, które wciąż czekają na moją recenzje.

Elita zabójców [Killer Elite]

Płatny killer podejmuje się zabicia trzech żołnierzy SAS odpowiedzialnych za śmierć synów pewnego szejka. Wszystko po to, by uratować skórę swojemu starszemu koledze po fachu.

Remake filmu Sama Peckinpaha…

EDIT:
peckinpah 2011/12/02 19:22:10 „Elita zabójców” ze Stathamem to nie jest remake filmu Sama Peckinpaha. Tamten film powstał według książki „Monkey in the Middle” autorstwa Roberta Rostanda, zaś film ze Stathamem inspirowany jest inną książką (autorstwa Ranulpha Fiennesa, nie mylić z aktorem Ralphem Fiennesem).
:KONIEC EDITA

…którego nie pamiętam, bo oglądałem go wieki temu (oryginał :P). Film niezbyt mądry, który do gustu przypadł mi średnio. Początek ciekawy, ale potem raczej się uśmiałem niż urozrywkowiłem. Misja do spełnienia przez Stathama była wydawało mi się megatrudna. Dorwać swoje ofiary, zmusić je do przyznania się do zabicia syna szejka, nagrać to i zabić pozorując wypadek. Tymczasem okazało się, że to bułka z masłem. Ofiary przyznawały się bez większego bicia, ot tak po prostu. A jak przyszło do upozorowania zabójstwa to wystarczyła zdalnie sterowana ciężarówka albo młotek wyklejony boazerią z łazienki. No strasznie głupie. Na dodatek niby Statham miał się tym zająć, a całą robotę w rzeczywistości odwalili dla niego Lincoln Burrows z kolegą.

Na plus fajna realizacja i trochę znanych twarzy, które raczej nie pokazały niczego specjalnego. Dość mało akcji i pełno bzdur usprawiedliwionych tym, że wszystko oparte na faktach. Być może, nie wnikałem. Obejrzałem, zapomniałem. 6/10

***

Cholera, nie pamiętam już czego pisałem recenzje, a czego nie.

***

Johnny English Reaktywacja [Johnny English Reborn]

Zgodnie z tytułem – kontynuacja przygód agenta specjalnego Johnny’ego Englisha, który tym razem po latach odosobnienia musi zmierzyć się z zamachowcami na premiera Chin.

Przyzwoita, ale i przeciętna komedia, w której Rowan Atkinson robi co może, żeby rozbawić publiczność raz jeszcze, ale chyba trochę jego czas już przeminął. Na szczęście żenady nie było i prosty do zażartowania temat stał się źródłem rzeczywiście kilku śmiesznych gagów. Agent fajtłapa pozujący na profesjonalistę – więcej nie trzeba, jest z czego szyć komedię.

No i właśnie przez to „więcej nie trzeba” wyszło przeciętnie, czyli na 6/10. Może i byłoby więcej, gdyby nie fakt, że żarty były tu każdy jeden oczywiste. Przykładów nie podam, bo zbyt dawno to oglądałem, ale myślę, że wielu z widzów towarzyszyło podczas seansu to uczucie typu: aha, tu jest banan, więc za chwilę ktoś się na nim poślizgnie. I rzeczywiście. Innymi słowy absolutnie nic tu nie miało prawa widza zaskoczyć.

***

Transformers 3 [Transformers: Dark of the Moon]

Zaskakująco dobry film. No zaskakująco na 6/10, ale i tak spodziewałem się spooooroooo gorzej po beznadziejnej dwójce. Tymczasem jest duży progres.

Fabuły nie pamiętam. Coś tam Ziemi grozi zniszczenie, ale dobre transformersy się tym zajmą. No i się zajmują.

Jedna rzecz mnie zastanawia/śmieszy w kontekście tego filmu. W trakcie jego premiery ktoś odkrył w nim parę sekund zajumane prosto z innego filmu Baya „The Island” i lekko przetworzone. Tłumaczenia były takie, że to filmowy recycling, czyli ograniczanie kosztów przez wmontowanie scen gotowych z innych filmów. I spoko, jestem za, żeby oszczędzać szczególnie, że to nijak nie wpływa na film (co mi przeszkadza ułamek sekundy z innego filmu niewidocznie wmontowany w resztę?). Tylko tak sobie myślę – oszczędzili trochę dolarów, a przy okazji władowali grube miliony w nakręcenie dwuipółgodzinnego filmu, który był o co najmniej 45 minut za długi. Gdyby nie kręcili tych zupełnie niepotrzebnych 45 minut z dennymi dialogami i cienkimi dowcipkami – dopiero by zarobili!

Skrócony o 45 minut byłby lepszy. Zostawić akcję, patos niech sobie będzie, punkt wyjścia do historii (czyt. do dobrego trailera) też fajny. I tylko jeszcze tę laskę zamienić w pizdu. Ani ona ładna, ani uzdolniona. Zdecydowanie najbardziej straszny element trzecich Transformersów.

***

The Conspitrator

Odpocznijmy trochę od filmów na szóstkę i zajmijmy się filmem dziewiątkowym. Konspiratorem Roberta Redforda.

W zamachu ginie Abraham Lincoln. Wśród oskarżonych o tę zbrodnię jest jedna kobieta – Mary Surratt (Robin Wright Penn). Jak to każdy oskarżony o coś twierdzi, że ona tego nie zrobiła. Jej obroną ma zająć się prawnik żółtodziób (James McAvoy), który nie wierzy w niewinność swojej podopiecznej. Niezbyt to dobrze dla mary, której grozi wyrok śmierci.

Nie ma co pisać, po prostu polecam siąść i obejrzeć. Oto film oparty na faktach z gatunku tych, które lubimy. Czyli po prostu – bardzo dobry film oparty na faktach :) Jeśli lubicie takie kino to śmiało oglądajcie i przenieście się dzięki Redfordowi w odległą epokę, w której oprócz Penn i McAvoya spotkacie jeszcze Toma Wilkinsona.

Wszystko tu dobre. Tematyka, wykonanie, klimat, oddanie realiów epoki, aktorstwo, emocje i wzruszenia. Lekka teatralność i brak większego rozmachu sprawił jedynie, że nie ma pełnej dychy.

***

Jak ukraść Księżyc [Despicable Me]

Nie lubię animków… Ale te akurat były fajne 😉 8/10

Głównym odpowiedzialnym za fajność tego filmu jest scenariusz. Został on napisany w przewrotnym i kpiąco-ironicznym tonie, dokładnie takim jak lubię. A że na podstawie fajnego scenariusza nakręcono film animowany, to mnie to akurat nie rusza. Czyli mamy dowód na to, że także i animki mogą być fajne dla Q. Choć ogólnego zdania o animkach nie zmieniam. Nie lubię.

Niejaki przechuj nad przechujami – Gru – postanawia ukraść księżyc. Gru jest kolesiem wrednym, złym do szpiku kości i zupełnie bezwzględnym. Jednak gdy przyjdzie mu się zaopiekować trzema małymi dziewczynkami nagle okaże się, że love conquers all. I nie ma na to rady.

Kiedyś jeden animowany film pojawiał się w kinach raz na pół roku i jeśli lubiło się animki to można było iść w ciemno i dobrze się na nim bawić. Aktualnie nie ma tygodnia, żeby jakiś rysowany pierd nie pojawił się w kinie. I są to pierdy coraz gorsze i gorsze. Znaleźć w tym jeden dobry jest trudno. „Jak ukraść Księżyc” zdecydowanie stoi po jasnej stronie Mocy.
(1293)

Odpowiedź

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.