Coś [The Thing] (2011)

STĄD 😉 Wszystko już było – jak często macie takie wrażenie oglądając kolejne filmy? Szukacie czegoś świeżego, a tam ciągle się kochają, zabijają, ścigają, cierpią (za miliony, prawie jak Konrad, tyle że dolarów). Producenci nic sobie z tego jednak nie robią i idą jeszcze dalej. Wszystko było? Nie szkodzi, będzie jeszcze raz.

Tym samym żyjemy w epoce recyklingu kulturalnego. Na ekrany kin wchodzą kolejne przeróbki znanych filmów, na płytach muzycznych coraz więcej jest coverów i tylko – jak na razie – popularnemu trendowi opiera się literatura. Jest niekończącym się źródłem inspiracji i adaptacji, ale chyba jeszcze nikt nie napisał książkowego remake’u (choć pewnie nazywałby się „rewrite” albo coś w ten deseń).

Piszę o tym, bo wśród ostatnich premier znajdziemy film Matthijsa van Heijningena Jra – „Coś” („The Thing”) będący prequelem klasycznego filmu Johna Carpentera pod tym samym tytułem. Który zresztą sam był remakiem filmu z 1951 roku „Istota z innego świata” („The Thing From Another World”). Kto nie wie, co to za film – już tłumaczę. Pośród wiecznych lodów Antarktydy zostaje odnalezione tytułowe Coś. Coś prawdopodobnie przybyło z kosmosu i nie do końca wiadomo, czy przebyło tę długą drogę w pokojowych zamiarach. Wątpliwości rozwiązują się dość szybko. Coś metodycznie zaczyna brać na ząb kolejnych mieszkańców norweskiej stacji polarnej… A czy samemu warto wziąć na ząb ten mroźny film? Otóż: warto.

Nie jest to na pewno arcydzieło kina, ale moje oczekiwania przerosło znacznie. Spodziewałem się wszystkiego co najgorsze, wciąż mając w pamięci to, co zrobiono z remakiem mojego ukochanego filmu Carpentera, czyli „Mgły” („The Fog”). I choć nigdy nie byłem wielkim fanem tego reżysera, to nie zmienia to faktu, że kilka filmów nakręcił świetnych. A wśród nich było właśnie „Coś” i obawiałem się kolejnej masakry klasyki. Wszystko skończyło się dobrze – masakra nie została dokonana.

Ale zaraz, jaka masakra klasyki? Przecież to prequel, czyli film, którego akcja dzieje się przed wydarzeniami z „prequelowanego” filmu. Tyle definicja, ale nowy „Coś” tak naprawdę prequelem nie jest. Owszem, kończy się tam, gdzie zaczyna się film Carpentera, ale tutaj kończą się też argumenty za nazywaniem go prequelem (no jeszcze w roli głównej mężczyznę zastąpiono kobietą). Cała reszta to remake, czyli wydarzenia toczą się tak samo jak w filmie z 1982 roku. Większych różnic nie zauważyłem. Można zatem powiedzieć, że z tym prequelem to takie małe oszustwo jest. Czyżby wynikające z niechęci widzów do remake’ów? „Zróbmy remake, ale powiedzmy wszystkim, że to prequel!”.

Nowe „Coś” przede wszystkim świetnie się zaczyna. Od razu wczuwamy się w mroźny klimat Antarktydy i czujemy przyjemny dreszczyk tajemnicy, kiedy główna bohaterka dowiaduje się, że coś zostało odnalezione. Zobaczy to na własne oczy, gdy poleci na Antarktydę. Dobra muzyka wzmaga tajemniczość całej historii i za chwilę lecimy w helikopterze słuchając kilku żartów na rozluźnienie. Tak, pierwsza połowa filmu jest bardzo dobra. Gorzej robi się potem, ale nie na tyle, żeby stracić przyjemność z seansu. Trzeba się tylko ciepło ubrać do kina, bo z ekranu wieje autentycznym chłodem, co dodaje uroku.

Minusy? Jeden, ale za to poważny. Komputerowe efekty specjalne… Często śmiejemy się z potworów ze starych filmów, u których widać spod futra suwak. Powiem szczerze – w porównaniu do kreatur prosto z komputera są o wiele bardziej autentyczne i pełne życia. Komputerowe hybrydy z „Coś” przyprawiają niestety bardziej o śmiech niż strach. Ale i tak warto się wybrać do kina, żeby przekonać się, że nie wszystkie remaki są takie straszne. 7/10
(1296)

Plus:

Dość niespodziewana w swoich wynikach (także dla mnie :) ) spowiedź na koniec roku… Niech będzie. Ostatni raz byłem w kinie trzy tygodnie temu. Pokutę naznaczoną wypełniłem (widziałem „Jak się pozbyć cellulitu” :)), obejrzałem 225 filmów, niektórych seansów bardzo żałuję i postanawiam poprawę. Choć wolałbym, żeby to one się poprawiły. [WIĘCEJ]

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.