Banita [Azaan aka Mujahhir]

Ciężki jest ten okres po świętach. Nawet tych do kitu ułożonych, bo w weekend. Trudno wrócić do normalnego rytmu, a już po Bożym Narodzeniu to w ogóle, bo za chwilę Sylwester i niby następna (znów weekendowa :/) laba. I choć w tej recce nie ma to wielkiego znaczenia, to pisze o tym, żeby wyraźnie zaznaczyć, że Q-Blog do względnej normalności wróci pewnie dopiero po nowym roku. A zresztą – kto ma teraz w głowie czytanie blogów.

Święta pod względem filmowym minęły mi marnie, choć miałem w planach kilka seansów. Skończyło się na powtórzeniu „Dreamgirls” (fajniejsze niż za pierwszym razem) i na entej powtórce z „Dawno temu w Ameryce”. Przy okazji tego drugiego znów przez cztery bite godziny zastanawiałem się, jakim cudem film z tak wolnym tempem ogląda się o niebo lepiej niż te, w których co chwila coś się dzieje. Odpowiedź oczywiście jest prosta: bo to wielkie kino jest. Ale pozastanawiać się nie szkodzi, dlaczego teraz nikt tak nie kręci. Pewnie nawet by nie potrafił, gdyby chciał. A nie chce, bo widownia chce czegoś innego… Ble ble ble, do rzeczy.

Film, o którym dzisiaj to całkiem przeciętny film akcji. Ani dobry, ani, zły. Słusznie kręcicie nosem na widok dziwnego tytułu – tak, to Bollywood. Bliżej mu jednak do średniej produkcji z Hongkongu (z tą różnicą, że w Hongkongu każdy się umie bić naprawdę, albo przynajmniej zajebiście dobrze udaje) niż do stereotypowego filmu bollywoodzkiego. Nie, nie tańczą w nim i nie śpiewają 😛 No dobra, piosenki są, ale ilustracyjne. Ale brak piosenek nie jest jedynym powodem, żeby pisać o tym filmie per niebollywoodzki Bollywood. Powstał w Indiach i to jedyna rzecz, jaka go łączy z wiadomo_jak postrzeganym Bollywood. Cała reszta to sensacyjne kino akcji, jakie masowo podniecało wszystkich 20 lat temu na kasetach wideo z filmami z Azji. Teraz już nie podnieca, a szczególnie nie w takim wykonaniu. Ale trudno mu odmówić dobrych chęci. Bo zrealizowane jest przyzwoicie i poza paroma ewidentnymi głupotami ogląda się go bez bólu.

Powiem szczerze, że za bardzo nie kumam o co chodzi w tym filmie. Może nieuważnie oglądałem (bo rzeczywiście nieuważnie oglądałem 😉 ), a może za bardzo był pogmatwany. Ebola, wybuchowi samobójcy, Indie, Pakistan, bracia, terroryści i antyterroryści… Za dużo tego napakowane w dwie godziny. Do końca więc nie czułem potrzeby ogarnięcia i nie starałem się tego robić. Ot po świecie ktoś jeździ z bombami i je detonuje. Do akcji wkraczają indyjskie siły specjalne na czele z 172-centymetrowym antyterrorystą tak bardzo undercover, że hej.

Oczywiście to wszystko, co napisane wyżej to nie powód, żeby akurat obejrzeć ten film, gdy jest do wyboru sto innych. Powód ku temu jest inny. Otóż dobrych kilkadziesiąt minut akcji rozgrywa się w naszym swojskim Krakowie. Jakoś tak w wakacje indyjscy filmowcy odwiedzili Kraków i biegała za nimi każda telewizja w Polsce. A teraz można obejrzeć sobie efekt tego wszystkiego i pokontemplować wybuch przed Sukiennicami (mamy w Kraku jakiegoś Van Gogha czy ściemniają? :) ). No i z tego powodu chęć zobaczenia filmu wzrasta od razu do poziomu, który skierował mój palec w kierunku przycisku „play”.

To bodaj drugi bollywoodzki film kręcony w Polsce, a będzie ich więcej. Zaczęło się od „Fanaa”, ale wtedy okolice Zakopanego grały Kaszmir, więc się nie liczy. Teraz Kraków jest Krakowem i nasi dzielni aktorzy biegają sobie po nim, ścigają się, wybuchają i skaczą po oknach. Sympatycznie tak pooglądać kawałek Polski w indyjskim filmie, choć trzeba przyznać, że jakoś tak niespecjalnie ładnie został sfotografowany (pewnie dlatego, że nie było piosenki 😛 gdyby tylko piosenkę tu robili to pewnie wyszłoby im to ładniej). Za to nie ma się co czepiać scen akcji i myślę, że – zresztą zgodnie z moimi przypuszczeniami – nasi by ich lepiej nie nakręcili. Zatem warto sobie popatrzeć na kino akcji w Krakowie i to główny i jedyny powód do zapodania sobie tego filmu.

Choć dzieje się tu wiele (końcówka jak połączenie „Armaggedonu” i „Rambo„) to całość ogląda się z obojętnością. Z ciekawostek warto jeszcze dodać, że w obsadzie oprócz dość anonimowych aktorów niespodziewanie można znaleźć jedną znaną twarz należącą do Sarity Choudhury, którą ostatnio podziwiać można było w „Homeland„, a wcześniej wystąpiła w takich filmach jak „Mississippi Masala” czy „Kamasutra”. 6/10. Dla filmu, nie dla Sarity.
(1297)

Dla uatrakcyjnienia wpisu zrobiłem parę screenów ku pamięci :) Ruszamy na akcję:


Bollywood trzyma za Wisełką!

Zagrożenie jest realne!

Swojskie klimaty pod Barbakanem:

Szkoda, że nie zrobili z powyższej kapeli bollypiosenki – cover tej były idealny:

Mam nadzieję, że ktoś zabrał kiełbaski:

Pierwsza, jak mniemam, w historii kina intermissionowa plansza z Polską pod spodem:

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.