Wdrożenie i opieka: MimasTech
Szokujące newsy!

Złote Kaczki rozdane

Wybraliśmy się wczoraj z Aśkiem na uroczyste rozdanie Złotych Kaczek w Kongresowej. Statuetki ptaków rozdawane są przez miesięcznik Film, a o ich wyborze decydują głosy czytelników. Wmieszanie się w tłumek gwiazd było możliwe dzięki uprzejmości sponsora gali firmie Orange oraz KFO. Korzyści były obustronne – Boguś Linda pewnie do teraz wspomina, że się o mnie otarł :)

Nie wiedzieć czemu („ze względu na transmisję telewizyjną”, której de facto nie było) trzeba się było zjawić już o 20:00, choć sama gala zaczynała się godzinę później. W związku z tym trochę czasu straciliśmy siedząc na schodach na pięterko i łapiąc wilka. A potem zaczął się chaos – miejsca na widowni nie były numerowane w związku z czym hulaj dusza piekła nie ma. Żadnej informacji kto ma gdzie wchodzić również nie było, więc po wejściu na salę okazało się, że wylądowaliśmy w strefie zarezerwowanej dla posiadaczy nazwiska napisanego na kartce widzącej na oparciu. Asiek próbował podsiąść na „Grażynie Szapołowskiej”, ale (nie wiem czemu!) nikt się nie nabrał. Pewnie z mojej winy, bo kto to widział, żeby Szapołowska przychodziła ze mną na galę. Potem było dużo pchania się, kombinacji i kiedy w końcu usiedliśmy w miejscu neutralnym (w towarzystwie Arkadiusza Jakubika i Pana Z Reklamy Kredytów) byliśmy tak zmęczeni, że chcieliśmy już wracać. Niżej widoczność z naszego miejsca (nie pstrykałem żadnych sweet foć, bo przecież nie będę wiochy robił :) to jedyna z pozdrowieniami dla rodziców):

Potem okazało się, że najgorsze już za nami. Gala poszła szybko i sprawnie. Nie nudziliśmy się. Oto garść moich głębokich przemyśleń z nią związanych.

Nagrody podzielone były na dwie części – część miłosną i część aktualną. W części miłosnej nagrodzono najlepszych kochanki i kochanków, a także najlepszy film miłosny. Wszech czasów. Część ta udowodniła, że demokracja w temacie głosowania nie zawsze jest słuszna. Bo o ile Grażyna Szapołowska jako best kochanka jest do zaakceptowania, to najlepszy kochanek Marcin Dorociński w „Ogrodzie Luizy„… Well. Całości nietrafnego wyboru dopełnił puszczony z taśmy Dorociński, który kręci film („Obława” bodajże) i nie mógł przybyć. Ubrany w sweter, brudny, zmęczony, zmarznięty. Best kochanek… Ale. Najlepszym polskim filmem wszech czasów o miłości wybrano „Wszystko co kocham” Jacka Borcucha. Zdziwił się Quentin, zdziwiła się Asiek, zdziwił się Niewidzialny Mężczyzna, ale najbardziej zdziwił się Jacek Borcuch, który uczciwie przyznał, że jest sporo lepszych filmów o miłości niż jego dzieło. I w sumie i tak był delikatny, bo akurat „Wszystko co kocham” to tak średnio o miłości był w ogóle.

Druga część była już bez zastrzeżeń, jeśli chodzi o nagrody. Zdaje się, że wszystkie nagrody zgarnęła „Sala samobójców” (wliczam też Romę Gąsiorowską, czyli najlepszą aktorkę, która dostała ptaka za „Ki”, ale w „Sali…” przecie też była). Najlepszy film, najlepszy aktor, najlepszy scenariusz, najlepsze zdjęcia – wszystko dla „Sali…”. No ale należało jej się. Mam wrażenie, że jakąś nagrodę pomijam, ale może to tylko wrażenie. Na pewno zaś pominięta została kategoria „najlepszy reżyser” i nie rozumiem, dlaczego miesięcznik Film jej nie uwzględnił (nie chce mi się sprawdzać czy to tak zawsze, czy tylko w tym roku).

Co tam jeszcze. Spośród wręczających nagrody najlepsza była Ewa Szykulska, która nie dała dojść do słowa współwręczającemu ptaka przedstawicielowi sponsorów oraz Marcin Bosak (śmialiśmy się, że powinien wjechać na rowerze), który cierpliwie znosił wtrącania się współwręczającej, która koniecznie chciała coś powiedzieć. Były to jednak informacje typu: Złote Kaczki są pozłacane. Zgadnijcie przedstawicielką, jakiego sponsora była owa pani. Podpowiem, że też związana z ptakami (nie, żadna erotyczna :P).

A na koniec na scenie pojawił się reżyser („utrzymanej w klimacie lat 20-ych gali = trzy piosenki w tym jedna z pląsami) Janusz Józefowicz i zaprezentował nam wydarzenie na skalę światową. Wydarzenie, którego w telewizji już zdaje się nie pokazali. Oto w Teatrze Buffo przygotowuje nowe przedstawienie oparte na życiu Poli Negri. Cóż w nim takiego naskalęświatowego? Otóż wg Józefowicza to pierwsze przedstawienie teatralne w technice 3D. Wciąż trwają nad nim prace wraz z warszawską filią Płacisz I Masz… Platige Image i to co zobaczyliśmy (fragmenty) to nie efekt końcowy. Co z tego wyjdzie – nie wiem – ale póki co taki Teatr 3D to po prostu trójwymiarowy film puszczony na kinowym ekranie, do którego starają się dopasować pląsający po scenie żywi artyści. Założenie ciekawe i ambitne, ale póki co pląsający artyści się nie dopasowali. No ale to tylko teaser był. Ale przyznam, że pomijając 3D – zaprezentowana na koniec piosenka Nataszy Poli Negri Urbańskiej była bardzo ładna i bardzo ładnie przypominała „Titanica”.

gdy przyszło do pożegnań wyszliśmy, co by się nie pchać do szatni. Dzięki temu (i dzięki awarii tramwaju, przez którą szybciej wróciliśmy taksówką) rzeczywiście prorocze stały się słowa prowadzącego galę Macieja Orłosia (w towarzystwie Anny Czartoryskiej) – po włączeniu telewizora rzeczywiście trafiliśmy w nim na początek retransmisji całej gali.

Odpowiedź

  1. No proszę. Autor plus 5.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.