Serialowo, s04e05

Breaking Bad, 4×13

No i znowu trzeba czekać na ciąg dalszy. Temat finału sezonu już tu przebąkiwał, więc nie będę się rozpisywał (w ogóle się nie będę o niczym rozpisywał, bo dzień mam szalony i padam na ryj), dla dobra dyskusji powiem tylko tyle, że finał czwartego sezonu był bez dwóch zdań wybitny i nie zmienia tego moje ale w stosunku do tej nieszczęsnej bomby.

Podumałem sam, poskrinowałem, poczytałem Wasze odpowiedzi na fejsie, znalazłem odpowiedni wątek na forum IMDb i raczej jest już pewne, że w kwestii bomby pozostaje mieć jedynie wiarę w to, że ani Gus ani jego przydupas po prostu jej nie zauważyli i tyle. Plusem tego rozwiązania jest fakt, że nie ma podstaw, by pisać, że jest to zupełnie niemożliwe, a co za tym idzie – możliwe. Ja jednak pozwalam sobie tego nie kupować.

Chodzi o bombę zamieniającą Gusa w Gusminatora. Ukrytą pod wózkiem dość widocznie, co wg mnie sprawia, że niemożliwością było jej nie dostrzec (niemożliwością taką nie do końca niemożliwą, co już napisałem wyżej :) ). Szczególnie, że Gus wysłał przydupasa przed sobą i przydupas oddzwonił, że „all clear”. Tu zresztą teorię są różne, niektórzy słyszą w słuchawce głos Mike’a nawet. A najsensowniejszym tłumaczeniem pro BB jest to, że przydupas (Tytus mu zdaje się) poszedł tylko sprawdzić, czy z dziadkiem nie przyjechało DEA, a nie jeszcze raz pokój przeszukiwać. Choć kto inny znów zauważył, że nie było sensu dziadka likwidować po tym jak odwiedził DEA, bo skoro wrócił sam, to znaczy, że nic nie powiedział – inaczej z miejsca by programem ochrony świadków został objęty, bądź też dostałby ochronę, choć pewnie w ogóle do domu spokojnej starości by nie wrócił.

Z tym, że nawet jeśli przydupas nie sprawdzał pokoju, a Gus nie obawiał się, że coś takiego jak zamach może mu grozić w domu spokojnej starości, to nie ma bata, żeby tutaj nie dostrzegł bomby:

PLuToN twierdzi, że to nie wpadka scenariuszowa no i spoko, raczej na pewno nie. Ale wpadka tak czy siak. Szczególnie bolesna, gdy chciało się pokazać Walta jako gościa z superplanem. Sorry, Walt, ale opieranie swojego planu na wierze w to, że „może nie zauważą bomby” nie sprawia go megaplanem.

No i tyle w tym temacie. Przeszkadza mi to i nikt mnie już chyba nie przekona, że jest tu sens. Ale nie zmienia to faktu, że finał sezonu i w ogóle kilka ostatnich odcinków wybitne. Pozostaje czekać na sezon nr 5, do którego punktu wyjścia pewnie wystarczy, gdy DEA ustali, że Walt odwiedzał dziadka w domu spokojnej starości.

Bezwzględności Walta już roztrząsał nie będę, bo myślę, że nie chciał chłopaka zabijać i w porę by go uratował. Aczkolwiek przyjmuję bez szemrania głosy mówiące o tym, że już zupełnie coldblooded killerem został.

Miałem się nie rozpisywać…

***

Barwy Szczęścia, 627-633

Fani BS poprosili mnie, żebym pisał o „Barwach…” jak najwyżej, bo tylko to czytają i nie chce im się zjeżdżać niżej. OK, choć nad BB nie mogłem tego dać – jakieś granice przyzwoitości powinny być 😉

Golonko naciska na Sylwię (hihihihi), a Marczak jest w coraz większych opałach. Szczególnie, że ślepo wierzy w profesjonalizm i pracowitość asystentki. I słusznie. Asystentka profesjonalnie i pracowicie zaczyna go pogrążać.
Panteon serialowych imion uzupełnił w zeszłym tygodniu Rick. Producent muzyczny, który chyba naprawdę okaże się prawdziwym Dickiem.
Zdzisio wraca do domu z raną postrzałową głowy. Wkrótce zobaczymy go w drugim sezonie „The Walking Dead„.
U Marty i Roberta zwyczajne, codzienne problemy. Mają wybrać między sobą kto zostanie redaktorem naczelnym „Kobiety”. Gdy wszystko zawodzi, Robert proponuje walkę w kisielu. Tak, wiem, teraz Was zainteresowałem. Niestety, zmyślałem.
Szczęście Basi jest najbardziej barwne ze wszystkich szczęść bohaterów serialu – ma kolor kawy z mlekiem i na imię Dżonny. Niestety Sara zamierza zabrać go na Jamajkę.
Serialowy Ksawery (c) ma wyrzuty sumienia. Kaśka zaczyna węszyć w sprawie jego romansu z Kingą. Rybińskiemu grozi kolejny wyrzut – z domu.
Tymczasem u Quentina kryzys. Zaczyna podejrzewać, że w związku ze zmęczeniem jego teksty przestają być śmieszne. Sprawa się pogarsza, gdy dowiaduje się, że jego teksty nigdy nie były śmieszne.
Superstefan w przerwach w przygotowaniach do megaślubu za minipieniądze i po trochu uciekając przed Gienkiem i resztą familii Oksany odwiedza Ksawerego. Radzi mu, żeby zaczął spełniać marzenia jego córki. Ot, taka drobnosteczka. W poczuciu dobrze spełnionego ojcowskiego obowiązku Superstefan chajta się z Oksaną.
Kaja coraz częściej bywa na komendzie. Co to będzie, co to będzie!
Feliksowi się nudzi i nie może się powstrzymać przed grzebaniem w rzeczach siostry. A to wygrzebał wyniki USG, a to Tajemnicze Czerwone Pudełko, a to pamiętnik siostry. Tylko czekać aż wygrzebie pochowanego chomika.
Kostek niczym bohaterowie „Ziemi obiecanej” nie ma nic, ale chciałby mieć wszystko. Marzy o kawiarni, marzy o pubie. Marzenia chwilowo jednak ulatują pod butem kolegi spod celi, od którego chciał pożyczyć pieniądze. Ludmiła opieprza go, że chciał pożyczyć pieniądze od typa spod ciemnej gwiazdy po czym sama chce pożyczyć pieniądze od typa spod ciemnej gwiazdy. Każda serialowa Ukrainka zna przynajmniej jednego takiego typa.
Kajtek przechodzi okres buntu. A jeszcze nawet nie dowiedział się, że jego ojciec jest gejem. Co to będzie, co to będzie. Tymczasem Mietek chce wprowadzić rządy silnej ręki, co w przypadku Mietka nie jest metaforą.

***

Dexter, 6×02

Drugi odcinek szóstego sezonu Dexa nastawił mnie bardzo pozytywnie głównie dzięki wprowadzeniu postaci granej przez Mosa Defa. Co prawda nigdy za Mosem Defem nie przepadałem, ale tutaj szybciutko wskoczył do czoła moich ulubionych deksterowych postaci i potwierdził, że afroamerykanie w tym serialu mają szczęście do fajnych ról. Mam więc w związku z nim duże oczekiwania, choć wciąż oko trzeba przymykać na fakt, że akurat gdy Dex będzie walczył z religijnymi fanatykami, to wokół niego ciągle jakieś związane z wiarę postaci czy symbole się pojawiają. No generalnie jest to duży zbieg okoliczności spowodowany oczywiście tym, że scenarzyści pisząc sezon o takich a nie innych przeciwnikach postanowili „oprzeć” na motywie wiary cały sezon. Jakoś do tej pory Dex nie miał takich problemów. Ale, ale, nie narzekam, naprawdę. Bo 6×02 mi się podobało.

Odcinek z pewnością o niebo lepszy od początku sezonu. Darowano sobie sitcomową modłę i to tylko wyszło na dobre. Śmieszne teksty śmiesznymi tekstami, ale przesadzać nie wolno, to nie serial komediowy. Tak samo jak nie ma co przesadzać z przewrotkami, bo tych też trochę za dużo i za oczywiste. Przewrotki, no wiecie, wydaje się, że Dex mówi o zabijaniu, a tu mówi o kąpieli dzieciaka. Wydaje się, że Mos Def kogoś zabił i wpakował do bagażnika… Ktoś się w ogóle przez chwilę łudził, że naprawdę widzimy to co widzimy? Tylko Dex był zdziwiony.

Masuka ma sporą wyobraźnię, żeby limeryk o dupie Deb napisać. Szczególnie, że wciąż nie spotkano nikogo, kto by ten tyłek Deb widział na własne oczy 😛

Tak czy srak zapowiada się apokaliptyczna konfrontacja. Zdechłe ptaki, koniec świata… Mnie się podoba.

***

Prime Suspect, 1×02-03

Wiem już na pewno, że nie przepadam za serialami, w których każdy odcinek jest osobną historią. I to w przypadku „Prmie Suspect” spory zawód, bo naprawdę myślałem, że serial skupi się na jednej sprawie przez cały sezon (przeczucie niezwiązane z żadnymi racjonalnymi przesłankami).

Ale z drugiej strony naprawdę sympatycznie oglądało mi się te dwa odcinki i mam ochotę na kolejne (w przeciwieństwie do „Person of Interest”, którego nie ruszyłem dalej i chyba będzie cancel bez oglądania drugiego odcinka). Prowadzone w nich sprawy jak to sprawy – co tydzień w policyjnych serialach jest ich po kilka. Ale co najważniejsze polubiłem bohaterów i uważam, że serial jest całkiem sprytnie napisany z dobrą równowagą między tym co dramatyczne, a co śmieszne. Oczywiście bohaterowie są zbyt nonszalanccy jak na poważnych policjantów, ale to serial, a nie rzeczywistość. Ważne, że ich podśmiechujki i przytyki ogląda się sympatycznie.

Nie przesądzam czy dotrwam do końca sezonu, ale jak na razie nic nie wskazuje radykalnych cięć w tej kwestii.

***

Sons of Anarchy, 4×06

Gdybym był Prospectem w takim SAMCRO to po dzisiejszym odcinku zwinąłbym dupę w troki i założył sobie swój własny klub. Bycie popychadłem to jedna sprawa, ale są jakieś granice, które zostały przekroczone. I skoro z miejsca tych dwóch biedaków nie wzięli do klubu na stałe, to powinni im wszystkim nacharchać w pysk jak Jax kurwie (nie mogłem się powstrzymać przed napisaniem tego zdania 😉 ) i sobie pójść. Niech Clay łapami z niedowładem sam sobie groby kopie.

I to właściwie moje główne przemyślenia po tym odcinku :) Znów bardzo fajnie mi się go oglądało i znów znalazłem potwierdzenie tego, że s4 jest o niebo lepszy od s3. W SAMCRO na ten odcinek akurat panuje względny spokój, ale znów rozdane zostały kolejne karty, które powinny sprawić, że jeszcze parę odcinków i wszystko się totalnie rozpiździ, a jeden będzie chciał zabić drugiego i vice versalka.

Choć niestety nie ma się chyba co spodziewać, że zginie więcej niż jeden member. No ale takie prawa seriali – nie zabija się bohaterów, którzy mogą ciągnąć serial dalej. Jak na razie chyba tylko we „Friday Night Lights” udało się perfekcyjnie zmienić niemal całą obsadę w połowie serialu.

***

Zmęczyłem się.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.