Książę Persji – Piaski czasu [Prince of Persia – The Sands of Time]

Czuję ciężar odpowiedzialności przed napisaniem tej recki. Odpowiedzialności i oczekiwania na nią. A z tym zawsze gorzej mi się pisze… Aczkolwiek jest też dobra wiadomość – ocena filmu z tytułu prawdopodobnie przysłoni dla wielu (choć wiem, że nie dla wszystkich) wszystko, co i jak tu napisane. Dlatego rzucam 8/10 i już mam zupełny luz :)

Oczywiście dramatyczny akapit początkowy to standardowe narzekanie, którego w moich reckach trudno uniknąć. Zapełnianie recki niepotrzebną do niczego treścią i tym podobne rzeczy. I znów skutkuje – prawie nic nie napisałem, a już drugi akapit eksploruję. Ja to umiem… zanudzić Czytelnika 😉

No dobra, bo ja sam wiem, że to drętwe jest… Zatem tak, to prawda, perskiemu księciuniowi wystawiam mocną ósemkę i niniejszym się samokrytykuję z powodu nie zobaczenia tego filmu w kinie. No ale na to nie było raczej szans. Dlaczego? Ano dlatego, i to nada ósemce jeszcze większej wartości, że wszystko co było związane z tym filmem uznałem za co najmniej ryzykowne. Na czele z obsadzeniem w roli głównej Jacka Gyllenhaala, którego szczerze nie znoszę. Oglądam z nim filmy, bo moje antypatie nie stają mi na przeszkodzie do seansu, ale ilekroć go widzę to się krzywię. To silniejsze ode mnie, odruch Pawłowa taki, tyle że bez psa i bez miski. A już obsadzanie go (Gyllenhaala, a nie Pawłowa, a tym bardziej psa) w roli bohatera gry komputerowej, perskiego księcia… szczerze uważałem to za castingowe samobójstwo.

Tymczasem okazało się to strzałem w dziesiątkę i teraz nie wyobrażam sobie nikogo innego w tej roli. No może tylko jakieś ciemne okulary, by mu się przydały, by zakryć te cageowo-spanielowe oczęta).

Jednak Gyllenhaal to nie jedyny ryzykowny ruch, jaki według mnie wykonany został przy tej produkcji. Począwszy od karkołomnego pomysłu przenosin na ekran gry o skaczącym faceciku z mieczem (nie grałem w żadną, więc wybaczcie, jeśli niesprawiedliwie upraszczam), a skończywszy na Benie Kingsleyu z makijażem. Wszystko to sprawiało, że spodziewałem się kiły. Może nie kiły stulecia, bo tu konkurencja mocna, ale po prostu kiły. No i dlatego aż do tego weekendu czekałem z seansem.

Tytułowy Książe Persji – Dastan (po „Om Shanti Om” wiem, że w hindi to „historia” bez jednego „a” :) ) to sierota wyhaczona na ulicy przez potężnego króla Persji. Zaimponowawszy mu zwinnością i odwagą Dastan zostaje zaadoptowany i wychowany po królewsku. Jednak rynsztokowa natura nie daje się tak łatwo stłumić, przeto Dastan to młodzieniec rozrywkowy i porywczy, ale przy okazji skoczny i odważny. Mijają lata. Dastan w towarzystwie dwóch królewiczów przyrodnich braci jedzie podbić piękne miasto i znaleźć tam kuźnię nielegalnej broni (taka heca rodem z Iraku; potem US Army to powtórzyło). Podbój się udaje, ale Dastan wpada w potężne tarapaty, z których wykaraskać go może jedynie pomoc pięknej księżniczki i fikuśny scyzoryk.

„Książe Persji” to dowód na to, że również i z pełnego dziur przeróżnych scenariusza można nakręcić fajny film. Bo nie oszukujmy się, dziur tu więcej niż w szwajcarskim serze. Nie ma nawet co przykładów podawać, bo przecie gdzie tu miejsce dla jakiejkolwiek sensownej fabuły, gdy atakowani są w posiadaniu siły mogącej cofnąć czas. Kaman. Ale akurat scenariusz jest w tym filmie szóstorzędny. Jego autor (czy tam autorzy) skupili się jedynie na dialogach, a historia raczej sama się napisała

Co natomiast jest w tym filmie fajne, to fakt, że jest on znakomitym przykładem świetnego filmu przygodowego, w którym najważniejsza jest wartka akcja, przygoda właśnie, sympatyczni bohaterowie, miłe dla ucha teksty i efektowna akcja. I to wszystko tu znajdziemy okraszone odpowiednio przygodową muzyką. Jeśli ktoś na „Księciu…” się wynudzi(ł) to myślę, że to raczej z nim jest coś nie tak :)

Wszystko to jest bardzo efektowne (śliczne plenery, jeszcze ładniejsza architektura komputerowa) i być może i efekciarskie, ale już po 10 minutach filmu byłem jego i nic mi nie przeszkadzało. Chyba dokładnie w momencie zrobienia drabiny ze strzał już wiedziałem, że do końca będę się dobrze bawił. I tak właśnie było. Przybywało kozackich postaci, fabuła była coraz bardziej idiotyczna, Dastan dokonywał cudów zręczności, a ja patrzyłem na to wszystko z uśmiechem i zadowoleniem. Tego mi było trzeba. I tylko więcej couplingowego Jeffa mi brakowało (Richard Coyle bodajże, ale dla mnie to on zawsze Jeffem będzie), jeśli już muszę na coś ponarzekać.

Innymi słowy – świetne i rozluźniające kino przygodowe, jakiego dawno nie było. Tak się nawet dzisiaj przez 15 sekund zastanawiałem, kiedy ostatnio widziałem równie fajny film przygodowy i mi wyszło, że w kinie na premierze „Robina Hooda: Księcia złodziei„.
(1259)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.