Bruce Lee. My Brother, Skrzydlate świnie, Neninthe, Gamyam

Jako że dzisiaj też nic mi się nie chce, to dalej jedziemy z nadrabianiem recek. Trzeba jakoś czas zapełnić do „Conana”.

Gamyam

No dobra, nie zrobię Wam tego, nie zacznę od Tollywood.

Neninthe

No co ja poradzę, że teraz kolej na Tollywoody? Naprawdę nie chciałem od nich zaczynać, bo wiem, że dalej nie będziecie czytać. No ale nie mam wyjścia. Obiecuję, że będzie szybko.

Asystent reżysera pragnie w końcu wyreżyserować swoje własne autorskie dzieło. Nie śpi po nocach, pisze scenariusz i nie w głowie mu miłostki i inne błahostki. Oczywiście praktycznie cały świat jest przeciwko niemu, więc w przerwie między jedną a drugą sceną musi uczyć moresu miejscowych zbirów i takie tam.

Wyróżnić się z tysięcy indyjskich filmów to sztuka. Już samo to zasługuje na uwagę i zwiększa szanse filmu. „Neninthe” choć opowiada o miłości i o cięciu badgajów skalpelem po dupie (czyli standard) to opowiada też o kulisach tollywoodzkiego przemysłu filmowego. A co za tym idzie jest ciekawe (prawda? PRAAWDAA?!). A przynajmniej jest ciekawe w pierwszej połowie filmu, bo druga już przynudza i niechybnie prowadzi do standardowego finału w deszczu.

Ale koniec końcem jest to na pewno jakaś świeższa odmiana od filmów podobnych jeden do drugiego, siedemdziesiątego szóstego, dwieście pięćdziesiątego dziewiątego itd. I takie zaglądanie z kamerą zza kulisy Tollywoodu jest warte przynajmniej 6/10.

***

Gamyam

Obejrzałem ostatnio kilka ollywoodów i spośród nich najlepszy okazał się „Gamyam”. 8/10

Sukces filmu zaskoczył zdaje się wszystkich, gdyż był duży i niespodziewany (wiem, gdyby był spodziewany to by nikogo nie zaskoczył). Można się zastanawiać skąd ten sukces, ale w zasadzie nie trzeba, bo to jasne – to po prostu dobry film.

Rozpuszczony syn milionera wsiada na motocykl i rusza na poszukiwanie swojej miłości, którą ostatni raz widział podczas wypadku samochodowego, w którym oboje uczestniczyli (taki „Znachor” trochę). Poszukiwania prowadzą na prowincję, gdzie nasz bohater poznaje sympatycznego złodziejaszka oraz dowiaduje się, że życie, jakie do tej pory znał różni się od tego hen Tam.

Kino drogi made in Tollywood rozpoczynające się od zrzynki z teledysku A-HA, ale nic złego w tym nie widzę. Szczególnie, że potem zdarzają się dwie rzeczy – mamy do czynienia z dobrym filmem oraz, co ważne, trwającym w rozsądnych granicach, czyli około dwóch godzin.

Jak na ollywood przystało jest tu wszystko. Miłość, akcja, polityka (i trochę niepotrzebny miks akcji z polityką), piosenki (i fajna muza nominowana do NFQ) i przede wszystkim jest tu dużo humoru. I trzeba dodać, że to humor autentycznie śmieszny, co w kinie azjatyckim zdarza się jednak rzadko. Szkoda tylko, że nie powstrzymali się od wepchnięcia Pana Komedii, bo i bez niego wszystko było w porządku, a tak to dodane zostało z 10 minut zupełnie niepotrzebnego pierniczenia o dupie maryni z nieśmiesznym kolesiem.

Film kradnie ww. złodziejaszek, ale nie chce mi się sprawdzać, jak nazywa się koleś, który go gra. Fakt faktem trudno nie miał, bo główny bohater to straszna ziapa, ale niezależnie od tego i tak stanowi główną wartość „Gamyam”.

***

Bruce Lee. My Brother

Lubię filmy biograficzne, stąd nie mam oporów przed wystawieniem temu filmowi 8/10 choć w zasadzie niczym specjalnym się nie wyróżnia. Pardon, wyróżnia się bardzo ładnymi zdjęciami, dbałością o szczegóły scenograficzne i fajnie oddanemu klimatowi „tamtych lat”

Zgodnie z tytułem wraz z filmem śledzimy chińskie lata (czy tam hongkongskie, jak się to kruca odmienia…) młodego Bruce’a Lee. A wszystko to opowiada nam jego brat. W ten sposób wyłgano się, o ile dobrze zrozumiałem, z konieczności płacenia wdowie po gwiazdorze za prawa do „amerykańskiego” życiorysu Bruce’a. Nie wnikałem jednak w szczegóły co komu wolno.

W związku z tym nie jest to opowieść o naparzaniu się na lewo i prawo, a raczej nostalgiczna opowieść o pierwszej miłości i szukaniu swojego miejsca w życiu. Opowieść, która na dobrą sprawę mogłaby dotyczyć każdego z nas. Poznajemy więc Bruce’a od innej strony, a trochę walk i innego fa fu jest tu tylko dodatkiem do całej ferii postaci przewijającej się przez ekran.

I tu dochodzimy do momentu, w którym film oferuje coś fajnego, ale tylko dla osób, którzy siedzą w historii chińskiego kina powojennego. Pojawia się tu bowiem wiele autentycznych postaci związanych z tamtejszym przemysłem filmowym, które na osobach nie mających o nich pojęcia (na mnie np.) nie robią wrażenia, ale domyślam się, że stanowią nie lada smaczek dla tych, którzy ich znają. A dodać trzeba jeszcze do tego fakt, że jesteśmy tu również świadkami kręcenia dwóch czy trzech filmów, które jak znam życie stanowią klasykę kina chińskiego i wypadałoby je znać, żeby w pełni docenić ten smaczek.

***

Oj strasznie mi się chce spać, więc wybaczcie, jeśli jakieś bzdury piszę – nie czytam notek przed opublikowaniem 😉

***

Skrzydlate świnie

7/10

***

Nie no, żartuję, trzeba coś o filmie napisać przecież. To znaczy żartuję, że tylko ocenę wrzucę, a nie że ocena jest żartem.

Małe miasteczko, wielka piłka. Dwóch braci od małego kibicuje miejscowej drużynie rej wodząc ekipie hoolsów. Jak to w polskim futbolu bywa – z ich drużyną źle się dzieje. Tymczasem w sąsiednim mieście bogaty sponsor ładuje miliony w klub odwiecznych rywali naszych braci. Do pełni szczęścia brakuje mu tylko dobrych kibiców. Postanawia ich wyszkolić. W tym celu namawia jednego z braci do przeprowadzenia takiego szkolenia. Grecka tragedia wisi w powietrzu.

Dobry film, który bez żenady można obejrzeć i nie wstydzić się za siebie. Ciekawy wątek obyczajowy osadzony w małomiasteczkowych klimatach oraz nędznie przedstawiony wątek piłkarski. Sztucznością bije z trybun na kilometr i z ulgą żegna się je, by poprzyglądać się małomiasteczkowemu dziadostwu i sympatycznym bohaterom. Uprzedzam – może zaboleć, jeśli ktoś przyzwyczajony jest do amerykańskich filmów sportowych. Tam jak zapełniają widzami jeden sektor i udają, że jest pełny stadion to tego nie widać. Tu na odwrót.

Sorry, świnie, w tym momencie w ogóle skończę, bo jednak spać chce mi się bardziej niż myślałem i myślenie o tym, co napisać, boli. Ale na otarcie łez powtórzę – choć to polski film, to zobaczyć go warto.
(1238)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.