Projekt 2000 (Część 35)

“Rambo” [“First Blood”]

Była sobie kiedyś taka telewizja TV Rondo (ciekawa rzecz do poczytania), a w niej taki program, który zwał się „Videopiraci”. Pewnego dnia mieli tam wyemitować „Rambo”. Człowiek podekscytowany czekał od rana, aż w końcu się doczekał. I rzeczywiście – zgodnie z zapowiedzią – o podanej godzinie ruszył film. Niestety, nagle przestał iść, wyemitowany został jakiś jugosłowiański actioner, i dopiero po jego zakończeniu wyemitowano napisy z „Rambo”…

Film obejrzałem dopiero jakiś czas potem.

Weteran wojny w Wietnamie przybywa z odwiedzinami do swojego kolegi z wojska. Na miejscu dowiaduje się, że kolega był wyzionął ducha. John Rambo rusza więc w dalszą drogę docierając do miasteczka, w którym jego szeryf daje mu do zrozumienia, że weterani nie są tu mile widziani.

Pierwszy „Rambo” i w ogóle Sylvester Stallone stali się niezasłużonymi ofiarami wizerunku aktora z lat 80. Coś za coś – wizerunek ów przyniósł mu status wielkiej gwiazdy, ale równocześnie strącono Sly’a do przegródki z aktorami, którzy grają w prostych filmach i niewiele potrafią. Sam biedny stał się ofiara wojny, którą na ekranie chciał wygrać Ronald Reagan.

Tymczasem takie filmy jak pierwsze części „Rambo” i „Rocky’ego” to kino zupełnie inne niż ich kolejne odsłony. Wbrew plakatom jedynki, na których John prężył muskuły z granatnikiem w ręku, to tak naprawdę był to dramat obyczajowy z akcją w tle. Nakręcony na podstawie powieści Davida Morrella (pierwszy raz w życiu widziałem w niej napisane w jakiejś książce słowo „chuj” i nadziwić się nie mogłem :) ) miał podstawy o wiele lepsze do ubiegania się o miano porządnego filmu niż jakiekolwiek dzieło z Dolphem Lundgrenem itp. A tymczasem często jest stawiany na jednej półce, co uważam za wielce niesprawiedliwe.

OK, Sly miał naoliwione muskuły, opaskę i niekończące się naboje w magazynku, ale też pisał i reżyserował dobre filmy, które po dziś dzień ogląda się tak samo fajnie. A o klasie sly’owych onelinerów każdy dzisiejszy gwiazdor mógłby tylko pomarzyć.

Tak czy siak dla wszystkich części „Rambo” i tak 10/10.

***

“Rambo 2” [“Rambo: First Blood Part 2”]

Dwójkę ze wszystkich rambów widziałem ostatnią (najpierw trójkę). Zupełnym przypadkiem u kumpla na wideo. Oglądając jechałem sobie na treningiowym rowerku. Ojciec kumpla siedział w Stanach i zarówno kasety wideo jak i treningowe rowerki były dla mnie zupełnie egzotyczne :)

Zapomniałem dodać przy jedynce pewnej anegdotki, którą pewnie już kiedyś tu pisałem (standard). To dodam ją tutaj, bo dotyczy i sequela. Spytałem kiedyś ojca, czemu u nas nie grają w kinach kolejnych części „Rambo”. Odparł, że nie grają i nigdy nie zagrają, bo „to są filmy polityczne”… Wiele od tego czasu się zmieniło.

No ale rzeczywiście film był wyjątkowo polityczny, bo raz – choć jego akcja osadzona była w Wietnamie – to głównymi badgajami byli ruscy, a wśród nich Jaszyn Wazmij A Nosz (w sumie nigdy nie sprawdzałem – ruscy w ogóle pchali się do Wietnamu, czy to był tylko wymysł proreaganowskiego scenarzysty?). No i Murdock (nie mylić z Murtaughiem), po którego Rambo w końcu przyszedł. A dwa, bo filmowy prezydent (a to nie metafora) postawił na kino, w którym twórcy mieli pokazywać światu, że w usiech są najlepsi żołnierze i najlepszy sprzęt.

Rambo rusza z misją sprawdzenia czy w Wietnamie są jeszcze jeńcy wojenni. Są. Ale ww. Murdock nie pozwala Rambu przywieźć ich z powrotem do Stanów…

Bodajże najbardziej krwawy film w historii wszechświata (najwięcej trupów) do czasu „Hot Shots! 2”. Ogląda się go znakomicie.

***

“Młode strzelby” [“Young Guns”]

Nigdy mi się nie podobały. Nie wiem dlaczego. W sumie to nawet nie wiem czy oglądałem to jakoś bardziej uważnie czy nie, bo myślałem, że mam z tym filmem pewne wspomnienie, ale okazało się, że jest to wspomnienie związane z dwójką.

Grupa młodocianych rewolwerowców pod wodzą Billy’ego Kida szuka zemsty za zabicie ich opiekuna, dzięki któremu wyszli na ludzi. No na rewolwerowców, ale ludzi.

Nie widzę powodu, dla którego miałby mi się ten film nie podobać, a jednak – nie potrafię o nim nic ciepłego napisać. No może tyle, że nic zimnego też nie potrafię.

No ale obsada zacna – Emilio Estevez, Kiefer Sutherland, Lou Diamond Phillips, Charlie Sheen, Dermot Mulroney, Casey Siemiaszko… Któż mógłby przypuszczać, że w 2011 roku najbardziej będzie znany towarzyszący im wtedy Terry O’Quinn? lostowy John Locke.

***

“Candyman” [“Candyman”]

Nigdy nie pamiętam ile razy trzeba powtórzyć do lustra imię Candymana – trzy albo pięć – ale tak czy siak nigdy nie odważyłem się, ani nie odważyłbym się tego zrobić. Nazwijcie mnie dziwnym, whatever :)

Pięć razy.

Pewna studentka, Virginia siostra Michaela Madsena, który nie obejrzał ani jednego filmu, w którym jego siostra występuje nago – kolejna gwiazda, która przepadła z czasem, postanawia napisać magisterkę o lokalnych przesądach. Wybiera się więc wśród ludzi, by wypytać o ich zdanie na temat mitycznego Candymana – faceta, który paraduje po zaświatach z hakiem zamiast dłoni. W świetle średniego materiału do analizy, nasza studentka postanawia zwiększyć swoje szanse i przyzywa Candymana.

Po prostu – jeden z najlepszych horrorów, jakie powstały. 10/10

***

“Powrót żywych trupów 3” [“Return of the Living Dead 3”]

Próbuję sobie przypomnieć, czy to jest moja ulubiona część „Powrotów…” czy nie? Ale chyba nie. Ale nie jest to też część, którą lubię najmniej. Nie jest więc źle.

Dobrze pamiętam? To tutaj jednemu z bohaterów wyrwali głowę razem z kręgosłupem? Jeśli tak, to nie może być źle.

Dziewczyna ginie w wypadku motocyklowym. Jej chłopak zabiera jej do tajnego laboratorium wojskowego i tam przywraca jej życie. Niestety, wraz z nowym życiem dziewczyna dostaje w prezencie apetyt na ludzkie mięso.

Zombie’owa love story wyreżyserowana przez Briana Yuznę. Kontynuacja spin-offu zapoczątkowanego przez samego Dana O’Bannona czyli faceta od „Alien”.

Dużo krwi z komediowym backgroundem. Tylko tyle i aż tyle.

***

Popisałbym jeszcze trochę, ale mnie maksymalna liczba tagów (7) ogranicza 😛
(1216)

Odpowiedź

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.