Projekt 2000 (Część 33)

Aligator [Lake Placid]

Kolejny z silnie obsadzonej grupy filmów, o której w zasadzie mogę powiedzieć tylko jedną rzecz w zależności od tego czy mi się podobały czy nie. Ten mi się podobał. Ale skoro nic więcej nie jestem o nim w stanie napisać, to chyba jednak nie był na tyle dobry.

Choć akurat w przypadku „Lake Placid” decydujący był fakt, który często znacząco wpływa na ostateczną ocenę filmów – zasiadając do seansu spodziewałem się rzadkiej kupy, a tymczasem okazało się, że wcale się nią nie okazał. Oczywiście przed dojściem do tego wniosku trzeba być uodpornionym na twisty w postaci wielkiego aligatora na domowym wikcie i opierunku. Ja jestem.

Decydujące znaczenie w takich filmach ma podejście twórców do swojego dzieła. Nie można tego kręcić na poważnie, bo nic dobrego z tego nie wyjdzie. Jeśli jednak uda się włożyć w film cała porcję dystansu do wszystkiego – może wyjść przyjemny seans dla widzów lubiących takie gore z przymrużeniem oka. A właściwie komedię z elementami gore.

Szeryf (Bill Pullman) do spółki z urodziwą panią paleontolog (Bridget Fonda) starają się rozwikłać zagadkę tajemniczej śmierci w miejscowym jeziorze.

Krwawo, śmiesznie, niezobowiązująco uroczo. Mnie się podobało.

A potem powstały dwie marne kontynuacje…

***

Powrót do przyszłości 3 [Back to the Future 3]

Są filmy, które po prostu się kiedyś tam obejrzało. Są też takie, które obejrzało się kilka razy. I takie, z którymi czuje się większą więź niż z pozostałymi, bo przypominają jakieś wydarzenia z przeszłości, które pojawiają się wraz z usłyszeniem danego tytułu.

BTTF3 kojarzy mi się z przywiezioną z giełdy z Katowic kasetą VHS BASF-a, na której był właśnie ten film zachwalany przez pana z giełdy jako najnowsza nowość. Zresztą z tego samego wyjazdu przywiozłem sobie również „Pamięć absolutną”. Czy jest jakakolwiek szansa, żeby jakiś film zdobyty teraz tak bardzo cieszył jak filmy zdobywane dwadzieścia lat temu? Pytanie retoryczne.

Każdy zna, każdy widział po parę razy, każdy lubi. A kto nie lubi ten jest dziwny. I tyle.

Choć po prawdzie trzecią część BTTF pamiętam, że lubiłem kiedyś tam najmniej. Teraz nie odważyłbym się na tworzenie hierarchii ważności w związku z ta trylogią. To wszystko to po prostu „Powrót do przyszłości” bez znaczenia czy 3, czy 1 czy 2. Zresztą dwójka i trójka kręcone były za jednym zamachem, a chyba po raz pierwszy w historii kina po zakończeniu dwójki można było zobaczyć zwiastun trójki (na końcu „Historii świata” był zwiastun dwójki, ale dwójka nigdy nie powstała). Teraz na podobny numer natkniemy się podobno na „Kapitanie Ameryce”, w którym na creditsach zaprezentowany zostanie zwiastun „Avengersów”. Zresztą już wyciekł do sieci.

Jeśli czegoś żałować w przypadku BTTF to tego, że Zemeckis całkowicie już oduczył się robić filmy i nic nie wskazuje na to, że kiedyś mu przejdzie. A za trylogię pomimo mnóstwa dziur oczywiście 10/10.

***

Nietykalni [The Untouchables]

Jakiś taki fragment spisu mi się trafił z samymi nieśmiertelnymi hitami (no z dwoma na razie). Przy okazji z kolejny filmem, którego reżyser zszedł na manowce i do dzisiaj z nich nie powrócił.

Czasy prohibicji. Specjalnie zawiązany oddział policji ma za zadanie udupić wymykającego się szponom sprawiedliwości Ala Capone’a. W tym celu zmuszeni są nacisnąć na kilka odcisków i nic nie wskazuje na to, że wszyscy dożyją momentu zobaczenia gangstera za kratkami.

Klasyka kina z zylionem niezapomnianych scen, których wymieniać nie będę, bo nie znać ich to grzech, więc po co pisać coś, co każdy wie i zna. Chcecie się poczepiać jakiegoś filmu? Znajdźcie sobie inny, bo tu nie ma się czego czepiać. 10/10.

***

Ciemny anioł [Dark Angel aka I Come in Peace]

Choć polski tytuł sugeruje raczej komedię braci Farrelly to nic bardziej błędnego. Oto z kosmosu przybywa w pokoju (a jakże) blond koleś o wyglądzie Matthiasa Huesa. Powalczy z nim klasyczny duet buddy-moviesowy, czyli narwany gliniarz, który regulamin zjadł na śniadanie (Dolph Lundgren) oraz służbista z FBI (Brian Benben).

Klasyka Złotej Ery Video. Potrzebna jeszcze jakaś rekomendacja?

Dolph Lundgren u szczytu kariery u niejednego fana filmów zdobywanych na giełdzie budził słuszne podniecenie. Bo miał coś, czego brakuje często o niebo lepszym od niego aktorom – charyzmę. Bohaterów Lundgrena się lubiło, kibicowało się mu i z radością przyjmowało kolejne sterty trupów, które poległy spod jego lufy (dwuznaczność niezamierzona).

W tym filmie jest wszystko, co powinno być w najlepszych złych filmach ZEV. Akcja, humor, krew, napieprzanki płytami CD. Gwarantują one widzowi dobrze spędzony czas i nic więcej do szczęścia mu nie trzeba.

***

Kobieta w czerwieni [The Woman in Red]

Nigdy nie przepadałem za Gene’em Wilderem i wolałem innych komików od niego. Myślę, że źródło mojego nielubienia było czysto subiektywne, bo obiektywnie nie powinienem mieć do niego ani do jego filmów żadnych zastrzeżeń. „Kobieta w czerwieni” jest chyba moim ulubionym filmem Wildera.

Główny bohater filmu zakochuje się w tajemniczej kobiecie w czerwonej kiecce (Kelly Le Brock – kobieta, a nie kiecka :P), którą zauważa w klasycznym słomiano-wdowcowym ujęciu. Miłość – nic złego. Dopóki nie dowie się o niej jego prywatna żona.

Klasyczna komedia. On jest fajtłapą, ona jest superlaską. On ma na głowie codzienność, ona jest superlaską. On próbuje na niej zrobić wrażenie, ona jest superlaską. Idą razem do łóżka, a reżyser nie przejmuje się, że na ekranie będzie widać cycki. No właśnie, klasyczna komedia.

Film zasłynął też dzięki pewnej piosence:

***

Przeprowadzka [Moving]

A Richarda Pryora z kolei bardzo lubiłem. Przynajmniej za komedię, bo za cięższy repertuar to nie bardzo. A jeszcze bardziej lubiłem Danę Carveya. I to wcale nie za Gartha.

Oto film, który należy do jeszcze jednej mojej sentymentalnej kategorii, a mianowicie – filmów, z których wziąłem sobie jakieś powiedzonko i używam ich po dziś dzień. „Basen zabieramy ze sobą”. Gdzieś tak od ósmej minuty, gdyby ktoś nie wiedział o co chodzi:

Nasz bohater (Pryor) traci pracę, ale szybko znajduje okazję do zatrudnienia się na podobnym stanowisku. Wiąże się ona tylko z jedną niedogodnością – będzie się musiał ze swoją rodziną przenieść do dalekiego Idaho. Niestety, nikomu w rodzinie nie w smak ta przeprowadzka i robią wszystko, żeby jej zapobiec. Zresztą nie są jedynymi osobami, które działają bohaterowi na nerwy.

Kolejna klasyczna komedia, w której gdy się wydaje, że już nie może być zabawniej, to wtedy następuje epicki (jak to się dzisiaj mówi) finał. Pryor, Carvey, Quaid, Dangerfield – więcej do szczęścia nie trzeba.

***

Vice Versa [Vice Versa]

Po filmach, którym nie ma nic do zarzucenia przyszła kolej na serię klasycznych komedii. Oto kolejna, choć spośród wymienionych dzisiaj raczej najsłabsza. W każdym bądź razie ją oglądałem najwcześniej, chyba był to zresztą jeden z pierwszych filmów, jakie widziałem na wideo, stad wrażenie, że jest bardziej kultowa niż powinna. Musiałbym powtórzyć seans, a do tego się nie palę, bo pewnie przekonałbym się, że to film z gatunku „TVN, godz. 14:00, niedziela”.

Choć tak z ciekawości zajrzałem na IMDb i widzę, że film doczekał się paru cięć w UKeju ze względu na przeklinanie i pokazywanie palucha. Straszne.

Za sprawą tajemniczej czaszki Judge Reinhold i Fred Savage (tak, byli kiedyś tacy aktorzy) zamieniają się rolami. Zaniedbywany przez ojca pracoholika syn budzi się w ciele staruszka i vice versa.

Widać po tym krótki opisie z czym mamy do czynienia – klasyczny schemat zamiany osobowości dość często wykorzystywany przez kino. Nic dziwnego, bo daje spore możliwości komediowe. Choć z drugiej strony jak się widziało jeden taki film, to widziało się wszystkie. Zatem „Vice Versa” niech sobie pozostanie miłym reliktem przeszłości, bo teraźniejszość mogłaby mu chyba zaszkodzić.

***

Obcy 3 [Alien 3]

Widziałem w kinie – nie podobało mi się. Do tego stopnia, że potem już nigdy nie udało mi się obejrzeć go jeszcze raz do końca, a Davida Finchera po dziś dzień uważam za mocno przeszacowanego reżysera. A przynajmniej kilka z jego filmów.

O ile mnie pamięć nie myli przed seansem przeczytałem też fotostory z tego filmu w „Bravo”. Tak, były tam kiedyś takie cuda. Przydawały się potem do robienia handmade okładek do filmów z kolekcji :)

Statek z Ripley i ocalałymi z dwójki ląduje na kolonii karnej gdzieś tam far far away we wszechświecie. Lot przeżywa bodajże tylko Ripley. Bishop zostaje wywieziony na śmieci, Newt zostaje potraktowana narzędziem do otwierania klatki piersiowej – czarna tragedia, którą potęgują wszechobecne wszy, z powodu których więźniowie bez wyjątku ogoleni są na łyso. Aliena natomiast golić na łyso nie trzeba, bo on już jest łysy. Bo oczywiście też przetrwał kosmiczny lot.

Przyznaję – bardzo fajny pomysł na trzecią część cyklu. A jednak, wynudziłem się strasznie i teraz, być może niesłusznie, wciąż uważam ten film za nudny. Co więcej, zepsuł mi dwójkę. Teraz ilekroć natknę się w telewizji na „Aliens”, to patrząc na te wszystkie wyczyny by uratować Newt itd. wzdycham tylko do siebie: „i tak umrzesz”.


(1200)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.
www.VD.pl