Piraci z Karaibów: Na nieznanych wodach [Pirates of the Caribbean: On Stranger Tides]

You have chosen… poorly. Czyli „Ostatnia krucjata” była lepsza.

Zwykle w ciągu roku spośród rozgrywek sportowych przeciętny widz śledzi piłkę nożną, siatkówkę, tenisa, lekkoatletykę… Gdy jednak przychodzi olimpiada to wtedy fajnie ogląda się też inne dyscypliny, których pomiędzy olimpiadami nie zaszczyci się swoim wzrokiem. Kajakarstwo, gimnastyka artystyczna, podnoszenie ciężarów, judo. Ale są też takie dyscypliny, których nawet podczas olimpiady się nie ogląda, a relacje z nich ograniczają się do podania wyników i kilki migawek z przebiegu konkurencji. Tak np. jest z żeglarstwem. No przyznajcie się: oglądacie zawody z żeglarstwa na olimpiadzie? Pewnie znajdzie się jakiś wyjątek od reguły, ale myślę, że raczej powiecie, że nawet podnoszenia ciężarów nie oglądacie na olimpiadzie. Dlaczego o tym piszę? Ano dlatego, że najnowsza część „Piratów…:” to właśnie takie zawody w żeglarstwie.

Do wyścigu o puchar Fontanny Wiecznej Młodości stają trzy ekipy. Hiszpańska dowodzona przez faceta z wąsem, który połknął kij od szczotki (choć w przypadku żeglowania powinno się chyba powiedzieć, że połknął maszt), brytyjska dowodzona przez kapitana Barbossę, który pragnie zostać szlachcicem oraz piracka dowodzona przez Czarnobrodego. Kto wygra te regaty? Wiadomo, Jack Sparrow.

Nie mam pretensji do nikogo, że wybuliłem na ten film kupę kasy. Wiedziałem, że szału nie będzie i nie spodziewałem się niczego. Nie szedłbym na to nawet do kina, ale w wyniku demokratycznie przeprowadzonych wyborów przez znajomych, właśnie „Piratów…” przyszło mi obejrzeć. Jedną jedyną pretensję mam w zasadzie tylko do tego nieszczęsnego 3D w związku z którym jedyne moje nadzieje co do tego filmu pokładałem – że będzie na co popatrzeć. Okazały się płonne. Jedyne co trójwymiarowe w tym filmie to były napisy, nic więcej. Spokojnie z 1/5 filmu obejrzałem bez okularów na nosie, bo nie były do szczęścia potrzebne, a przynajmniej obraz był jaśniejszy i oglądanie przyjemniejsze. W przypadku „Piratów…” 3D to jedno wielkie oszustwo, które sprawiło, że bilety na film były droższe i w zasadzie tylko temu służyło. Każdy widz ma się więc prawo czuć oszukany w tym względzie. Szczególnie, że akurat w tym przypadku sądzę, że film w normalnych wymiarach byłby po prostu lepszy. Jaśniejszy, bardziej kolorowy, przejrzysty. 3D zamieniło to wszystko w przyciemnioną szarość. Szkoda gadać.

Jeśli zaś chodzi o sam film to był dokładnie taki, jak myślałem, że będzie i jak o nim się przeważnie pisze tu i ówdzie. Nakręcony tylko i wyłącznie po to, żeby zarobić pieniądze. Tyle się grzmiało po zakończeniu trylogii, że nie ma mowy, by powrócono do pirackiego franczajsu, ale długo nie trzeba było czekać, żeby producenci i inni okazali się zwykłymi sprzedajnymi piiip. Ot takimi Kluzik-Roztkowskimi i innym Arłukowiczami X-Muzy. Dolar nie śmierdzi, a widz jest głupi – zarabiamy. No i zarobili bez wysiłku.

Czwarta część „Piratów…” jest filmem przeciętnym. Lepsze to niż bycie filmem koszmarnie złym, ale nadal powodów do dumy nie ma. To takie kino klasy B, z tą różnicą, że zamiast nieznanych twarzy obsadzono kilku znanych aktorów. A cała reszta pozostała na poziomie przeciętnego filmu klasy B począwszy od nijakich dialogów, skończywszy na marnym scenariuszu zerżniętym w zasadzie z ww. „Ostatniej krucjaty”. Twórcy postanowili wyjść naprzeciw (nigdy nie wiem, jak to się pisze) oczekiwaniom widzów i uprościli maksymalnie fabułę. Rzeczywiście, do zagmatwanych poprzednich epizodów jej daleko, ale i prostotę można spieprzyć. Nie wiadomo przeto na przykład co dokładnie potrafi poszukiwana Fontanna (nie jestem pewien, czy to tylko wina złego tłumaczenia, bo Fountain of Youth to z żadnej strony nie jest Fontanna Wiecznej Młodości, ale też bohaterowie coś tam o życiu wiecznym bajdurzyli – Wiki podaje, że jakaś tam Fontanna Młodości sprawiała, że pijący z niej nigdy nie umierał, ale to raczej jeszcze inna Fontanna, a co za tym idzie mamy fabularny chaos i jak w czeskim filmie nikt nic nie wie), a filmowi Hiszpanie są napisani wręcz koszmarnie. Pojawiają się ze trzy razy w filmie i znikają jak Murzyn na zebrze. Oczywiście zawsze są pięć kroków przed resztą bohaterów i najwyraźniej nie mają żadnych kłopotów po drodze i nie ma co czasu marnować na ich pokazywanie. A skoro mowa o postaciach to kolejną słabizną jest tutaj Angelika Penelopy Cruz. No ale co się dziwić, skoro scenarzyści nie potrafili nawet poradzić sobie z Jackiem, który w czwórce stracił przynajmniej połowę swojego charakteru, który w poprzednich częściach sprawił, że stał się postacią ikoniczną. Dalej jest Jackiem, ale jakimś takim po bromie.

Pierwsza część „Piratów…” bardzo mi się podobała. Druga i trzecia bardzo mi się nie podobały i uważam, że akurat czwórka jest lepsza od dwójki i trójki, ale też nie jest to żaden wielki wyczyn być lepszym od słabego filmu. Dlatego ten przeciętny film nie zasługuje na nic więcej niż 5/10, ale też niższą ocenę uznałbym za niesprawiedliwą.
(1166)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.