Wdrożenie i opieka: MimasTech
Szokujące newsy!

Falling Skies

Na początek dwa… no szesnaście słów wyjaśnienia odnośnie wczorajszej wyglądającej na z dupy sondy. Otóż piszę Takie Coś Gdzieś tam i w tymże czymś wspomniałem o Batmobilu. Ani nie było to ważne, ani kluczowe dla czegokolwiek, ot mała dygresja. Tym bardziej zdziwiłem się, że wywiązała się z tego dyskusja na temat „a co to Batmobil? serio? wszyscy znają Batmobil? a może zmieńmy na Bentleya. Bentleya zna każdy”.  WOW. Nigdy bym się nie spodziewał, że ten mało ważny detal wzbudzi jakąkolwiek konsternację, szczególnie że w swojej małości nawet, gdyby ktoś nie wiedział co to Batmobil, to nic wielkiego by się nie stało. Wniosek z tego taki, że to nie miliard ludzi obejrzało w kinach ostatniego Batmana, ale raczej że cztery (a może już pięć?) miliardów go nie widziało…

A teraz do rzeczy.

Mowa będzie o nowym serialu, który niecałe dwa tygodnie temu pojawił się w telewizji i któremu z braku lepszych seriali do wyboru (nowych :P) dałem szansę. Szczególnie, że krzyczał z ekranu nazwiskami takimi jak Spielberg, Rodat, Yost. WOW! Szansę dałem i nie żałuję, aczkolwiek po raz nie wiem już który wypada zaznaczyć, że jednak nowa produkcja dupy nie urywa i gdyby nagle zadecydowano o daniu mu cancela to bym za nim nie płakał. A co za tym idzie nie wiem już czy założeniem twórców było zapchać letnią przerwę (choć o jakiej my tu przerwie mówimy, gdy seriali multum, a już za trzy tygodnie rusza nowy „Breaking Bad„), czy może stworzyć coś, co ulubieniem przez widzów sięgnie największych klasyków serialowego gatunku. Z jednej strony Spielberg daje nadzieję na więcej (1. wiem, że to tylko nazwisko w creditsach, 2. stary Spielberg by taką nadzieję prędzej mógł dawać), a z drugiej nie widzę w „Falling Skies” czegoś, co mógłby swoim nazwiskiem firmować. Ot serial wyróżniający się, ale jednak jakich wiele.

Choć skłamałbym, gdybym napisał, że nie ogląda się go przyjemnie. Oto przed państwem skrzyżowanie „Jericho” z „V” (ciągle nie obejrzałem drugiego sezonu, co mnie dziwi, bo „V” lubię). Pewnego dnia przylatują kosmici, puszczają impulsa, smażą elektroniczne rzeczy i właściwie to wszystko, czego potrzeba do pokonania ludzkiej rasy. Jak to zwykle w takich sytuacjach bywa, inwazję przeżywa spora grupka ludzi, która formuje ruch oporu przeciwko najeźdźcy. Najeźdźcy, który po ulicach miasta pełza robactwem wielkości dużej i kroczy mechami wielkości jeszcze większej. A na dodatek łapie dzieci, zakłada im uprzęże i tym samym zamienia je w żywe rośliny do noszenia kawałków metalu.

Pierwsze trzy odcinki podążają w zadowalającym kierunku i mam nadzieję, że tak już pozostanie. Nie chciałbym, żeby powtórzyła się sytuacja z „Jericho”, w którym tak naprawdę choć wybuchła bomba atomowa, to nic wielkiego w życiu bohaterów się nie zmieniło (przynajmniej póki oglądałem). Czyli wyszedł serial rodzinny z apokalipsą w dalekim tle. W „Falling Skies” choć spora dawka codzienności jest, to jednak cały czas na pierwszym planie jest apokalipsa. Bohaterowie biegają z kałachami, wysadzają w powietrze różne rzeczy i walczą z kosmitami (to serial tv, więc kręcenie nosem na efekty uważam za nieuzasadnione – oczywiście, gdyby ktoś miał ochotę kręcić, ja nie mam). Jednym słowem dzieje się sporo, choć nie mogę powiedzieć, żeby udało się twórcom (nie lubię, kurde, tego słowa) zaserwować cokolwiek niespodziewanego. Fabuła jest przewidywalna i to chyba główny powód dla którego widz (ja) nie ma ochoty rzucać się na kolejny odcinek zaraz jak tylko się pokaże. Owszem, ciekaw jestem co dalej, ale jak pisałem – przeżyję bez tej wiedzy.

Jeśli więc ktoś ma ochotę na serial wojenny (to nic, że agresorem są robaki), to śmiało może zarzucać. Wielkiej jatki niech się jednak nie spodziewa (w końcu serial od lat 14), a i fabuła nie powinna niczym go zaskoczyć. Ot przylecieli, podbili, uczymy się ich wykopać. Ale ogląda się to wszystko fajnie i bez bólu, a po ekranie przewija się sporo znanych twarzy. Prosto z innej apokalipsy zawitała tutaj Moon Bloodgood, ze szpitala w przebraniu historyka zameldował się Noah Wyle, a wesołe „Skrzydła” reprezentuje tu Steven Weber. Jest też Will „to nie komiwojażer, to twój tata” Patton oraz obowiązkowy jeszcze kilka lat temu we wszystkich produkcjach wojennych Dale A. Dye. Jeśli zaś chodzi o nowe pyski (przynajmniej dla mnie) to szansę na zapamiętanie mają też Colin Cunningham oraz Peter Shinkoda, który jednak w trzecim odcinku stracił trochę powera.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.