Essential Killing

Czuję się zawiedziony. Miał być marny film, który z przyjemnością sobie obsmaruję. A nie był. Mieli nie powiedzieć w tym filmie ani jednego słowa. A gadali jak najęci (choć tu pewnie sam jestem sobie winien, bo nie doczytałem, że to tylko Gallo miał nic nie mówić, a nie że wszyscy). Miałem gotowy tekst tej recki jeszcze przed obejrzeniem filmu. Muszę wymyślić jakiś nowy.

Dzielni amerykańscy żołnierze łapią groźnego Taliba, który strzałem z granatnika zabił ich trzech kolegów. Talib zostaje wywieziony do ojczyzny polarnych niedźwiedzi – Polski – gdzie z pewnością uda się wydusić z niego, gdzie się ukrywa Osama i w którym miejscu kokpitu siedział, gdy samolot ładował w Dwie Wieże. Niestety, zanim udaje im się dowieźć więźnia do tajnej placówki CIA na zadupiu, więzień daje nogę i zmuszony jest poradzić sobie w otoczeniu skrajnie różnym od tego, w którym się wychował.

W zasadzie jedyną kontrowersyjną rzeczą związaną z tym filmem jest to, czy zasłużył on na te wszystkie nagrody, które zgarnął. Estymę w Wenecji w sumie jeszcze rozumiem, bo film trafił z tematem w odpowiedni czas i jego wyróżnienia to coś na obraz i podobieństwo dobrych wyników Edzi Górniak i Anety Kręglickiej na Eurowizji i wyborach Miss Świata (wspólny mianownik, co by nie było niedomówień: trafienie w odpowiedni czas, ale też prezentowanie przez siebie odpowiedniego poziomu). Natomiast co do zwycięstwa w Gdyni… Well, bez znajomości innych konkurentów trudno mi wydawać jakieś opinie, ale myślę, że jego sukces to raczej zasługa nie samego filmu, a jakości konkurencji w szrankach. Bo „Essential Killing” nie jest filmem wybitnym, genialnym i innoprzymiotnikowym. Ale na pewno jest filmem dobrym i wyróżniającym się na tle produkowanej na okrągło masówki. Choć nie jest filmem łatwym do oglądania i oczywiście trzeba mieć sporo samozaparcia, żeby obserwować jak Vincent Gallo (a tak na marginesie – całkiem normalny to film jak na produkcje z Vincentem Gallo) wspina się na wzgórze przez pięć minut.

Jednocześnie, mimo scen takich jak wspomniana powyżej, wydaje mi się, że brak w filmie Skolimowskiego scen niepotrzebnych. Patrząc pod kątem sposobu opowiedzenia tej prościutkiej historii wszystko jest tu na swoim miejscu. Wychowany na pustyni facet trafia do krainy lodu, w której wszystko jest inne od tego, co znał do tej pory. Musi jakoś przeżyć. A że trafił w dzicz, to musi sobie radzić w dziczy. To nie film o tym, jak sprytny kolo wymanewrował w wielkim mieście agentów specjalnych trenowanych w Langley i zaopatrzonych w przenośną satelitę w walizce. To film o przetrwaniu. I o niczym więcej, bo moralnych zagwózdek nie ma tu żadnych. Bohater jest mordercą i raczej trudno go usprawiedliwiać (choć na siłę można by to było zrobić).

Ja jestem widzem prostym i przeważnie leniwym. Nie chce mi się odszukiwać ukrytych w niebieskiej szmatce płynącej po wodzie metafor. Pewnie gdzieś tam i nie tylko się one kryją i tylko czekają, żeby wziąć się za ich interpretację. Tu się nie doczekają. Dla mnie „Essential…” to taki survival horror bez zjaw i innych straszydeł. I przez taki pryzmat na niego patrzę. Dlatego bardziej podobała mi się pierwsza połowa filmu. Natomiast druga już nie tak bardzo, choć potrafię zrozumieć, że kiedy bohaterowi zaczęło się już mieszać w głowie, to i reżyser mógł odstawić realizm na bok i naładować do filmu „Matkę Boską”, szmatkę, sfory identycznych psów itd. Jednakowoż nie chce mi się podążać tymi tropami, bo sądzę, że to jak z wierszem – każdy czytelnik rozumie go po swojemu, ale jednej właściwej interpretacji i tak się nie znajdzie. Brawo dla Skolimowskiego, że udało mu się wepchać do tego krótkiego filmu trochę poezji, ale mnie ona nie rusza. Cóż. Jak już wspomniałem – prosty jestem i parę razy parsknąłem podczas seansu śmiechem. Wolę jednak zostawić analizy i interpretacje tym, którzy je lubią. W „Essential Killing” znajdą sporo dla siebie i sądzę, że to jeden z głównych powodów zdobycia przez niego nagród tu i tam.

Ale nie tylko. Film Skolimowskiego to po prostu dobry film. Z ekranu wieje chłodem, łatwo wczuć się w to, co przeżywa bohater, postaci nie gadają o dupie maryni i nie ma tu żadnej nudy wynikającej z niepotrzebnego odbiegania od tematu (i też dlatego film jest taki krótki), aktorzy zostawiają pole do popisu Vincentowi i mu się nie wpieprzają w paradę, opowiadana historia jest surowa, brutalna i zimna. A wisienką na torcie jest zimowy krajobraz Norwegii – bardzo ładnie sfotografowany i skadrowany.

Aczkolwiek płyty z soundtrackiem z tego filmu bym sobie nie kupił 😉 7/10
(1167)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.