Żona na niby [Just Go With It]

Parę dni temu gambit (dawno o Nim nie było) wysłał mi sms-a, w którym napisał, że odkrył tajemnicę Adama Sandlera. Otóż wg gambita, gdy przychodzi czas na nakręcenie nowego filmu, to Sandler zwołuje do siebie swoich kumpli, włączają kamery, improwizują bez scenariusza i w ten sposób powstaje następny film. Nie napisał, po jakim filmie doszedł do takich refleksji, ale myślę, że wywołała je „Żona na niby”. A nawet jeśli nie, to właśnie ten film potwierdza tę jego śmiałą teorię.

Wyrachowany chirurg plastyczny odkrywa moc, jaką niesie ze sobą ślubna obrączka. Wystarczy błysnąć nią na palcu, by kobiety lgnęły do niego jak muchy do… jak misie do miodu (do tej pory wystarczał sam fakt bycia chirurgiem plastycznym – czasy się zmieniają). Wykorzystuje więc tę moc i skacze z łóżka do łóżka. Oczywiście pewnego dnia wpada jak śliwka w kompot i zakochuje się. Ma jednak problem, bo wybranka jego serca koniecznie chce poznać heterę, z którą chirurg rzekomo się rozwodzi. Bidulek prosi więc swoją asystentkę, aby trochę poudawała.

Przez jakiś czas wróble tu i tam ćwierkały, że nowy film Sandlera to pierwszy w historii zagraniczny remake bollywoodzkiego filmu, ale chyba skończyło się tak samo jak w przypadku poprzedniego rzekomego remake’u Bollywooda „Leap Year” – wróble ćwierkanie nie przekładało się na rzeczywistość (piszę „chyba”, bo nie widziałem rzekomego oryginału, ale też nie słyszałem nigdzie po premierze, żeby przypuszczenia się potwierdziły). Zresztą według napisów końcowych film tak naprawdę jest ekranizacją jakiejś francuskiej sztuki, więc bollywoodzki trop jest tu raczej mylny. Zresztą2 to i tak wszystko psu na budę, bo jak pisałem na początku – scenariusza w tym filmie raczej nie ma. Ktoś pewnie jednym okiem obejrzał rzeczoną sztukę, zgarnął zarys na fabułę i postawił na serię gagów w obowiązkowej rajskiej scenerii, żeby ekipa krewnych i znajomych Sandlera miała udane wakacje.

Najczęściej zdarza się tak, że takie serie luźno powiązanych ze sobą gagów nie wypalają i wychodzi marny film. W przypadku „Żony…” jest inaczej, bo wyszedł film całkiem śmieszny i choć pozbawiony bogatszej fabuły (całość zbudowana jest na zasadzie: poprzednia koncepcja się wyczerpała, więc dodajmy jakąś zwariowaną osobę, żeby ożywić akcję na jakiś czas i zagmatwać wszystko… znów się wyczerpuje, dorzucamy kogoś nowego… i tak do końca), to szczerze powiedziawszy dawno się tak z Aśkiem nie uśmialiśmy z komedii. Nie wiem tylko, ile z tego mojego „uśmiacia” zawdzięczam zaraźliwemu śmiechowi Aśka. Asiek bowiem dosłownie uśmiał się do rozpuku… Tak czy siak to chyba najważniejsze, żeby na komedii się pośmiać. Choć oczywiście wolałbym się przez cały film nie zastanawiać co nasz bohater widzi w takim zupełnym pustaku, który zawładnął jego sercem jak jeszcze nikt dotąd. Poza biustem of koz.

Sandlera lubię i to akurat pewnie pomogło w zaakceptowaniu i tego filmu. Moje lubienie aktora nie jest jednak bezkrytyczne i uważam, że równie dużo filmów Sandlerowi nie wyszło niż na odwrót. Dlatego wydaje mi się, że „Żona…” po prostu jest przyzwoitą komedią sytuacyjno słowną i lubienie Sandlera nie jest potrzebne do jej polubienia. Choć zapewne pomaga.

Jednym z wyznaczników dobrej komedii jest dla mnie brak niesmacznych żartów. Tutaj na upartego można byłoby coś znaleźć, ale bez przesady. Zresztą chyba megaklozetowe żarty już dawno się w ogóle przeżyły i aktualnie „śmieszą” widzów mniej niż jeszcze parę lat temu. Dlatego jeśli nie jesteście na takowe odporni to śmiało możecie zaryzykować „Żonę…”.

Atutem filmu jest też sympatyczna obsada. Sandler i Aniston co prawda grają to co zawsze, ale do pomocy mają fajny drugi plan na czele z utalentowaną filmową córką Aniston. Co jak co, ale genialne dzieciaki to oni potrafią w tej Ameryce hodować odkrywać (choć tu o odkrywaniu nie ma mowy, bo panna ma filmografię długą jak Shah Rukh Khan). Cieszy też fakt, że Dolpha Lundgrena nie zagrał Rob Schneider, bo on w filmach Sandlera mi się już przejadł. A tak to przynajmniej rolę porąbanego kolegi zagrał ktoś mniej opatrzony i od razu zyskał większą sympatię zgarniając przy okazji najlepszy tekst całego filmu. Ale o nim przy okazji kolejnej odsłony NFQ.

Nie mogę tylko rozgryźć co w tym filmie robiła Nicole Kidman. Znaczy podejrzewam, że chciała pokazać wszystkim, że ma dystans do samej siebie i do tego, co się o niej wypisuje (że manekin itd.). Ale hmmm, nie wyszło. Udowodniła tylko, że rzeczywiście jest takim manekinem, który tylko przypomina Nicole Kidman sprzed kilku lat.

Z czystym sumieniem: 8/10.
(1139)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.