Pozdrowienia z Paryża [From Paris with Love]

Nowy (w miarę) film Bessona (tak, wiem, nie jest jego reżyserem, ale kaman) od początku miał u mnie pod górkę. A wszystko za sprawą plakatów, które w powszechnej opinii były fajne, a w opinii mojej wręcz przeciwnie. Można zatem powiedzieć, że byłem na ostateczny produkt filmowy cięty. Choć nie tak bardzo jak mógłbym być biorąc pod uwagę moją marną opinię o produkcyjnej nadpobudliwości świetnego kiedyś reżysera, który raz za razem rozmienia się w kolejnych sensacyjnych pierdółkach. Wszystko za sprawą świetnej „Uprowadzonej” (wyreżyserowanej zresztą przez Pierre’a Morela – reżysera „From Paris…), która 1. skłoniła mnie ku myśli, że warto zrobić kilka filmów, żeby choć jeden bardzo dobry się wśród nich trafił 2. sprawiła, że przez chwilę miałem nadzieję na to, że przysłowiowa miotła strzeli gola po raz drugi (dla tych co no habla: na to, że Bessonowi wyjdzie drugi bardzo dobry film w krótkim czasie). Aczkolwiek dalej, niezależnie od wszystkiego, nie rozumiem po co oprócz twórców scenariusza w napisach takich filmów umieszcza się też tych, którzy wymyślili „story” filmu. W tym przypadku, a jakże, był to Luc Besson, a pomysł dzięki któremu znalazł się pod „story by” ani chybi musiał brzmieć tak: nonszalancki amerykański agent przyjeżdża do Paryża i tam walczy z terroryzmem. Koniec.

Nie lubię tego, bo szczątkowy opis filmu zwykle załatwia mi cały jeden akapit, a w tym przypadku muszę być niewzruszony i pozostać przy tym jednozdaniowym opisie filmu, bo gdybym dał większy, to podważyłbym tym samym moje zawoalowane słowa o szczątkowości scenariusza. Aczkolwiek zwracam uwagę na to, że całkiem sprytnie ominąłem problem i zamiast jednego akapitu ze streszczeniem filmu, mam jeden akapit z pisaniem o niczym.

Przechodząc do sedna: „From Paris with Love” jest przeciętnym widowiskiem sensacyjnym. Takim, które nie jest ani dobre, ani złe. Nie za bardzo jest w nim co chwalić, ale też nie za bardzo jest co ganić, bo przystępując do oglądania „takiego” filmu godzimy się na pewne rzeczy. Dostajemy trupy i nie pytajmy o szczegóły, bo i tak nie będzie słychać odpowiedzi w huku wystrzałów. Można się zatem jakoś tam podczas seansu tego filmu bawić, ale pytanie podstawowe: czy podobne walory, jakie oferuje „From Paris…” nie oferowało nam już sto pięćdziesiąt innych filmów? Oj tak, proponowało.

Inaczej. Po czym poznać przeciętne widowisko sensacyjne? Po tym, że pomimo akcji niemal non stop, widz przez cały czas trwania filmu zastanawia się, dlaczego Rhys-Meyers zgodził się na taki durny wąsik (pewnie go ktoś przekonał, że to będzie zabawny smaczek) i, co ważniejsze, czy John Travolta nie widział, że śmiesznie wygląda z tym czymś, co mu niechybnie założono na zęby? No chyba, że to tak specjalnie, aczkolwiek wątpię, bo byłoby to jakoś wyraźniej zaakcentowane. A przynajmniej tak mi się wydaje, bo nie grzebałem za wzruszającą historią zębów Travolty, a bez dwóch zdań rozbawiały mnie one w trakcie filmu najbardziej. Tak jak świecący uśmiech Rossa Gellera – pewno ten sam specyfik stosowali.

Reasumując: nie jest źle, nie jest dobrze. Kolejna sensacyjna masówka Bessona ze szczątkowym scenariuszem i troszkę tylko bardziej prawdopodobną akcją niż np. w „Transporterze”. A to dlatego, że głównie postawiono tam na pistoletowe zabijanie badgajów (więc samochody nie fruwają), które przychodzi Travolcie z tak wielką łatwością, że szybko nudzi. Przydałby się tu bez dwóch zdań jakiś zdolny azjatycki reżyser od scen akcji, żeby wyciągnąć sedno z tego sedna całego filmu. A tak ani to efektowne ani jakoś specjalnie cool poza jedną sceną na schodach udowadniająca, że najlepsze jest to, co pozostawimy naszej wyobraźni. A Rhys-Meyers wyjątkowo nie pasował mi do roli idioty noszącego wszędzie wazon. Przydałby się tutaj ktoś bardziej poczciwy. Za to patriotyzm każe mi się cieszyć z solidnego polskiego akcentu aktorskiego i to chyba (ów akcent) największy wabik do tego, żeby spróbować obejrzeć co tam dla nas wysmażono. 6/10. Zabrakło luzu (znaczy się luzu tu była cała masa, ale jakiś taki wymuszony jak dla mnie) i onelinerów.
(1105)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.
www.VD.pl