Polowanie na czarownice [Season of the Witch]

OT: Słyszeliście o czymś takim jak wiosenna depresja? Ja znałem tylko jesienną, ale może i wiosenną odmianę to ma, bo ja właśnie cierpię na coś takiego. Może nie na depresję od razu, ale na wyjątkowe, większe niż zwykle nicsięniechcenie. A już na pisanie czegokolwiek dłuższego niż akapit to w ogóle. EOT.

OT2: Z góry sorry za ewentualne zjedzone ogonki, ale cierpię też na ból dłoni i jakoś koślawo mi idzie stukanie w klawiaturę. A zwykle nie czytam tego, co już napisałem, to i nie poprawiam, jak nie zauważę od razu. EOT2.

Bóg mi świadkiem, że jestem wyjątkowo cierpliwy, jeśli chodzi o Nicolasa Cage’a. Przetrwałem jego okres Miny Zbitego Cockera Spaniela, który przez pewien czas nasilał się ponad miarę (trwa w zasadzie przez całą jego karierę, ale w okolicach „Windtalkers” i później był wyjątkowo nieznośny i przewlekły), przetrwałem okres słabych filmów i jakichś pierdów typu „Ghost Rider”. O dziwo bawiąc się nawet na „Bangkok coś tam” i nie skreślając Klatki doczekałem do aktualnego momentu, w którym jego kariera odżyła (w okolicach „Bangkok coś tam” wydawało się, że już po Nicku). I nawet ucieszyłem się, bo lubię Nicka i jego filmy niezależnie od tego czy chwilowo są gorsze, czy nawet całkiem beznadziejne. I mimo upływu lat darzę go wciąż sympatią. Ale ta moja sympatia, która jak widać wyżej przetrwała już wiele, to za mało, żebym dobrze napisał o „Polowaniu na czarownice” (marny i nieadekwatny polski tytuł, kolejny do kolekcji).

Dwóch dzielnych rycerzy (Cage, Perlman) wypina się na świętą krucjatę widząc, że pod przykrywką walki z pogaństwem tak naprawdę wycina się wszystkich, którzy podejdą pod miecz niezależnie od wieku i płci. Postanawiają zdezerterować. Nie udaje im się jednak wtopić w tłum, bo pomimo braku internetu, fotografii itp. bardzo szybko w odległym mieście udaje się ich zdemaskować i wtrącić do lochu za dezercję. Przed niechybną śmiercią ratuje ich misja, którą proponuje im ciężko chory kardynał (Christopher „tak, jestem chory :)” Lee). Otóż w sąsiednim lochu gnije dziewczyna oskarżana o czary i o to, że na bogobojną krainę sprowadziła niszczącą wszystko i wszystkich zarazę. Dziewczynę trza odwieźć do położonego hen hen opactwa, w którym mądrzy mnisi zdecydują, czy rzeczywiście jest czarownicą. Nasi rycerze z początku niechętni misji, postanawiają ruszyć w drogę.

Przykro mi, opowiedziałem Wam całą lepszą część filmu. Co prawda to tylko jakieś 20 minut, ale i tak – potem jest już coraz gorzej. Jak łatwo zauważyć i na początku nie ma żadnych fajerwerków, ale przynajmniej opowiedziane to wszystko zostało z lekkością i dowcipem i przez chwilę wydaje się, że być to może całkiem zabawna komedia. Może nie do końca zamierzona, ale przynajmniej sympatyczna. Poprzetykana machnięciami miecza i onelinerami. A potem robi się poważnie.

No i ta niepotrzebna powaga zabiła do końca rozrywkowo zapowiadający się film. Powaga i to, że tak naprawdę nic się w nim nie dzieje. Jadą i jadą i jadą. Walkę z wilkami i tego typu przygody trudno uznać za emocjonujące, a gdy w końcu dojeżdżają do celu podróży to przychodzi czas na durne rozwiązanie całej historyjki, które trzeszczy w szwach i kupy się nie trzyma (a nawet nie wspominam o śmiechowym szwarccharakterze). Żeby choć zasiali u widza ziarno niepewności co do tytułowych czarownic, ale nie. Od pierwszej sceny wiadomo, że czarownice istnieją i ludzkość może mieć przerąbane. Przy okazji wychodzi kolejna niekonsekwencja, bo choć bohaterowie filmu często próbują nam wmówić, że kościół jest be i krwawy jest i mściwy, to tak naprawdę wychodzi na to, że księża w tym filmie są najbardziej racjonalnie myślącymi bohaterami i wcale a wcale im się nie wydaje, że to wszystko wina czarownic, Żydów i cyklistów.

Ten film powinien być tylko i wyłącznie czystą rozrywką – wtedy pewnie byłoby lepiej. Gdyby twórcy poszli w tym kierunku, to możliwe, że nie byłoby na co narzekać. Niestety, postanowili uderzyć w poważne tony i zafałszowali. Od razu zachciało się ponarzekać na pomieszanie z poplątaniem, jakie nam tu zaserwowali – krucjaty i czarownice, to o ile się nie mylę średnio ta sama czasowo bajka, aczkolwiek historykiem nie jestem – moja histery… historyczka powiedziałaby wręcz przeciwnie, że jestem antyhistorykiem. Przy całkiem rozrywkowym filmie takie poplątanie miałbym w poważaniu. A tak to miałem całe 2/3 filmu na rozmyślania nad tym, czego się czepnąć. Nie pomogły też marne efekty specjalne i wszechobecne grinboksy, które kłuły w oczy i (tutaj 40 minut przerwy na „obejrzenie” końcówki meczu Radwańskiej, więc nie zdziwcie się, jeśli po nawiasie już nie złapię wątku i szybko zakończę) przeszkadzały w oglądaniu. 4/10.
(1103)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.
www.VD.pl