Inwazja: Bitwa o Los Angeles [2011 Battle: Los Angeles]

Garret Brown musi się nieźle wkurzać oglądając takie filmy jak „Inwazja”. Biegał po łąkach i kombinował, żeby wynaleźć Steadicam i co? I w du go mają, bo teraz modne jest, żeby obraz się trząsł, a widz nabawiał się epilepsji. Nie ma sprawiedliwości na tym świecie.

A teraz czas na garść standardowych banałów (chyba nie ma niestandardowych banałów, ale pewności nie mam). Idąc do kina na „Inwazję” wiedziałem, czego się spodziewam. W ogóle chodząc na takie filmy chyba już nikt nie spodziewa się czegoś innego, a jeśli tak, to do siebie powinien mieć tylko pretensje, a nie do filmu. Miała więc być rozpierducha robiąca wrażenie na dużym ekranie, a oprócz tego… Żartuję, nie miało być już nic więcej oprócz rozpierduchy. Logika i sens na bok, patos do pierwszego szeregu (osobiście uważam, że patos w tym filmie był w ilościach znośnych, ale nie wszyscy podzielają mój pogląd :) ), KAMERA, AKCJA, ROZPIERDUCHA.

I właśnie dlatego „Inwazja” dostaje ode mnie 5/10 (powiadają niektórzy, że jestem łaskawy), bo tej rozpierduchy w tym filmie nie było. Ale tak naprawdę. Jakichś monumentalnych rozpierduch robiących wrażenie tu nie stwierdziłem. W końcówce trochę dali po garach, ale jak na produkcję, która miała stać rozpierduchą, to za mało. Szczególnie, że przez pierwszą godzinę nic ale tak naprawdę nic wymagającego dużego ekranu nie było. Podczas gdy w „Dniu niepodległości” kosmici przez ten czas zdążyli rozpieprzyć parę znanych budynków, to w „Inwazji” nasi bohaterowie biegali w gęstym dymie i praktycznie nic nie było widać. Cóż za zawód, gdy poszło się do kina na rozpierduchę.

Ja rozumiem, cel ambitny – porozwalać się po Los Angeles tak, żeby nie rozwalić Los Angeles. Ale trzeba pamiętać, że widz też ma swoje wymagania. Niestety, wymagania te przegrały w zestawieniu z koniecznością rozwalania Los Angeles bez Los Angeles. W związku z tym obraz trząsł, co by nie było za dużo widać, z kadrów dominowały zbliżenia, a miasto (jakiś teren z domami, równie dobrze Belfast czy Rzeszów) zasnuwał dym. Wszystko to złożyło się na moje zniechęcenie, którego już do końca filmu nie dało się zniwelować. Bo i nie było czym zważywszy, że im dalej tym film był coraz głupszy.

I to też paradoks, bo JAK NA TAKI FILM, „Inwazja” wcale taka głupia nie była. OK, OK, to film o napaści kosmitów, więc cóż tu mówić o logice i sensie? Ale jak już trzeba koniecznie nosem kręcić to standardowo – kolejni kosmici przylecieli do nas bez żadnej dobrej taktyki na podbój. I to było durne, ale tak poza tym to nie było źle. Oczywiście scenariusza ten film nie ma, ale nie ma też katastrofalnych bzdur. JAK NA TAKI FILM. A przynajmniej ta jego pierwsza godzina nieszczęsna. A potem zwrot – film robi się bardziej efektowny i coraz bardziej głupi. Wyżywać się nie będę, bo by mi to nie przeszkadzało, gdyby wizualnie ryło beret.

A mogło być tak pięknie. Rozwalane budynki, walące się drapacze chmur, kosmita sikający na napis HOLLYWOOD, rozpierducha wesołego miasteczka z rekinem, rozrywane na kawałki trupy i krew sikająca na Sunset Boulevard. Kto by wtedy na kałową taktykę bojową alienów nosem kręcił? Na pewno nie ja. Ale nie, w zamian dostaliśmy strzelaniny w dymie (na dobrą sprawę chyba tylko dlatego ten film jest o kosmitach, bo mógłby co prawda być o ludziach napadających na LA, ale wtedy musieliby oni krwawić i od razu by jakieś R przynajmniej film dostał) i strzelaniny w ruinach, które mogłyby równie dobrze być Rzeszowem.
(1113)

PS. Ale chyba tym razem fabuły nie musiałem streszczać, nie? Zawarta jest w tytule filmu.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.
www.VD.pl