Dla niej wszystko [Pour elle feat. The Next Three Days]

Wydaje mi się, że przynajmniej dwie rzeczy bardzo łatwo zrobić w przypadku robienia remake’u. Bardzo łatwo coś poprawić w stosunku do oryginału i bardzo łatwo coś zepsuć w stosunku do oryginału takowoż. Łatwo coś poprawić czy ulepszyć, bo dostajemy do ręki gotowy materiał, nad którym nie musimy ślęczeć od początku i go dopracowywać. Ktoś inny zrobił to za nas. Ślęczał, kombinował, unikał plotholi, robił risercz, wymyślał itd. A my dostaliśmy efekt finalny i ewentualnie możemy poszukać, gdzie nam coś nie gra, albo gdzie można by coś zaskakującego dorzucić, o czym nie pomyślał twórca oryginału. Pomaga też to, że patrzymy na dany materiał świeżym okiem, o które autorowi oryginału trudno, jeśli pracuje przez ostatnie miesiące nad swoim dziełem. Przychodzimy my, twórcy remake’u, i jesteśmy mądrzy, że tu by można tak, tu tak, a tu srak… To tak jak z pisaniem recki – widzisz, gdzie trzeszczy w szwach i się z tego śmiejesz 😉 Ktoś robił pół roku film, a tu mądrala w fotelu pisze, że coś jest głupie – podobna zależność. Nie ma jednak tak dobrze, żeby nie było zagrożenia przed tym, że gotowy materiał spieprzymy, czyli zrobimy drugą z bardzo łatwych rzeczy, jakie można zrobić przy robieniu remake’u. W końcu wymaga się od nas trochę inwencji twórczej i choćbyśmy fabułę opowiadali toczka w toczkę, to coś od siebie dodać trzeba. Van Sant nic nie dodał w przypadku „Psychola” (no nie licząc onanizmu) i przepadł – od tej pory już chyba nikt nie odważył się niczego w scenariuszu nie zmienić – zawsze coś trzeba było przeinaczyć. Licho tam, gdy przerabiamy marny film (choć wiadomo, że marnych filmów się nie przerabia – spokojnie można tak założyć, a wszelkie przykłady na opak to potwierdzenie reguły), gorzej gdy przerabiamy dobry film. No dlatego jest dobry, bo jest jak najbliższy ideału (przy czym bliska ideału może być zarówno operowa aria jak i piosenka disco polo – tylko ideał, do którego dążą jest inny), a jak się usilnie chce poprawić coś, co jest dobre, to przeważnie efekt jest mizerny… Dlatego uważam, że przy robieniu remake’u te dwie rzeczy łatwo zrobić – a „Dla niej wszystko” jest bardzo dobrym potwierdzeniem tej teorii. Przy czym o wiele więcej tu zepsuto niż naprawiono.

Dla tych, co no habla – najpierw był francuski oryginał „Pour elle”, a niedawno w holiłudzie zrobili remake „The Next Three Days”.

Spokój szczęśliwej rodziny przerywa nad ranem pukanie do drzwi. Okazuje się, że oto w progu domu pojawiła się policja, która bez ceregieli zabiera się za aresztowanie pani domu. Mąż jest w ciężkim szoku, pani domu zresztą też – szok się pogłębia, gdy dowiadują się, że kobieta jest oskarżona o morderstwo. To nie koniec koszmaru – kobieta zostaje uznana za winną zbrodni (nie od razu w domu :P) i osadzona w areszcie. Mijają trzy lata – wszyscy w napięciu czekają na wynik apelacji.

Zanim zaczniemy się znęcać nad głupotami remake’u (najprzyjemniejsza część pisania recek z pozycji mądrali w fotelu), napiszmy dwa słowa ogólnie o filmach. Zacznijmy od francuskiego oryginału, który jak najbardziej przypadł mi do gustu i znów rzucił dobre światło na francuską kinematografię, której nie cierpię, co na każdym kroku tu powtarzam tak jakby kogoś to obchodziło. To sprawnie zrealizowany thriller bez przynudzania, który biegnie wartkim strumieniem do finału. Jest pomysł na film, który konsekwentnie zostaje zrealizowany i co najważniejsze – pomysł ten wciąga widza od samego początku i do końca trzyma w ciekawości tego, jak też się to wszystko skończy. 8(10). Jeśli zaś chodzi o amerykański remake to ma on podobne zalety, co nie dziwi biorąc pod uwagę fakt, że wszystko co najlepsze czerpie z dobrego źródła. Sedno historii jest tu niezmienione nic a nic, a zatem i ten film ogląda się sprawnie i bez ziewania. I z ciekawością, jeśli nie znało się francuskiego oryginału. Ja remake oglądałem najpierw i całość wyszła mi na 7(10), choć myślę, że nie byłoby tak różowo, gdyby nie to, że remake oglądałem jako drugi z kolei.

Jak więc słusznie wnioskujecie – lepiej obejrzeć francuski oryginał. Jest po prostu lepszy. Trwa półtorej godziny i tyle wystarczyło, żeby solidnie opowiedzieć tę prostą przecież historię. W Hollywood dodali jeszcze z pół godziny filmu i nikomu ten dodatkowy runtime do szczęścia potrzebny raczej nie jest. No ale chcieli być mądrzejsi – jak to w Hollywood – i dodać coś od siebie. Jeśli jednak zdecydujecie się oglądać remake, to wymagane do jego przebrnięcia jest całkowite niezwracanie uwagi na bzdury, którymi poprzetykana jest ta wersja. Ogląda się go fajnie, znani aktorzy dobrze zrobili swoje, nudy raczej tu większej nie ma – ale jeśli denerwują Was bzdury, to wartkie tempo i sensacyjna akcja na nic się zdadzą. Nie przełkniecie całości.

Jak napisałem wcześniej – ze dwie czy trzy rzeczy w remake’u dodali fajne i sprawiły one, że w całej historii pojawiły się dodatkowe twisty (a co wynika z natury twista – nie będę spoilerował wdając się w szczegóły). Niestety o wiele więcej pojawiło się tu rzeczy, które zadziałały w odwrotną stronę. W oryginale nie poświęcili szczegółom zbyt wiele czasu, a co za tym idzie mniej było okazji do tego, żeby spokojnie zobaczyć, że cały misterny plan ma sporo dziur i niedomówień. Przez to o wiele łatwiej było uwierzyć w to, co oglądamy. Tymczasem w remake’u postanowiono wytłumaczyć parę rzeczy i poświęcić im wiekszą uwagę. A że dodano trochę od siebie – całość wyszła lekko bzdurna, bo trudno inaczej potraktować tę całą naukę z internetu połączoną z obsługą Photoshopa. W wersji francuskiej pewne rzeczy po prostu były i widz sam sobie mógł odpowiedzieć na to, czy na inne pytanie. W remake’u na pytania odpowiedział scenarzysta i wyszło to słabo (żeby choć główny bohater na YT znalazł fragment „Psów 2”, to by był powód do patriotycznych zachwytów). Każda odpowiedź wymuszała reakcję zwrotną w postaci „rany, ale to głupie”. No i chyba właśnie ten brak przywiązania do szczegółów sprawił, że z grubsza wszystko w oryginale było do przełknięcia – począwszy od rzeczy mniej ważnych, jak epizod z breakout kingiem, a skończywszy na zdjęciach, które w dobie Internetu, MMS-ów i innych tego typu rzeczy powinny się znaleźć wszędzie w ułamku sekundy. Nie mówiąc już o zmianach kosmetycznych, które rozbawiły mnie najbardziej. Szczególnie ten głuchy od załatwiania dokumentów. Prawdziwy ROTFL – wymyślił sobie scenarzysta amerykański, że będzie to chłopak głuchy, który czyta z ruchu warg. No i podjeżdża on wieczorem pod dom bohatera i gada z nim na podwórku podniesionym (jak to u głuchego) głosem – HEJ! MOGĘ CI ZAŁATWIĆ DOKUMENTY! 1500!… Z pewnością nie wzbudził niczyich podejrzeń. Albo ten myk z zapisanymi na ręku minutami (potomek Michaela Scofielda, który dla pewności wytatuował sobie na klacie imię matki, bo może by je zapomniał i co wtedy? :) ). Jak 15 to 15. Nie ma wątpliwości, że gdyby uwinęli się w 13 minut to by poczekali aż minie kwadrans.

W remake’u do głosu doszli też funkcjonariusze prawa, którzy o wiele wcześniej wkroczyli do akcji wydłużając film o dodatkowe parę minut wątków. W ogóle większą uwagę położono na sprawy bezpieczeństwa – nie wiem, może chcieli podkreślić, że bohater filmu porywa się na jeszcze większe wyzwanie, a za przeciwnika ma nie tylko policję, ale i cały Kraj, który poziom bezpieczeństwa wzmocnił do takich wyżyn, że drugie 9/11 się nie powtórzy! Niestety, to też wyszło słabo, bo stróże prawa są tutaj wyjątkowo niemili i wydaje się, że aby rozpocząć służbę na straży demokracji trzeba być opryskliwym chamem. Co pięć minut mamy więc w remake’u jakiś przykład takiego zachowania. A to policjant na dzień dobry mówi, że jak go bohater jeszcze raz dotknie, to wyląduje w pace na dożywocie, a to klawisz w więzieniu gotów jest zabić dzieciaka, bo chciał przenieść przez bramkę resoraka, a to pracownik lotniska ma pretenchę, że mu grzecznie chcą pomóc w wykonywaniu jego pracy itd. Oczywiście wyolbrzymiam nieco, ale strasznie to irytujące było.

Zatem – w remake’u prosta historia nabrała szczegółów, co filmowi na poziomie opowiadanej historii zdecydowanie na dobre nie wyszło. Akcja i napięcie na tym wiele nie ucierpiało, ale jak już pisałem – kto nie lubi bzdur ten filmu nie przełknie. Zdecydowanie lepiej pod tym względem jest w oryginale, bo i historia ma więcej sensu i logiki i akcja i napięcie też są.
(1102)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.
www.VD.pl