Robot, Chłopak znikąd, Ostatni władca wiatru

Wstęp organizacyjny – Filmy, które oglądam i ich oceny na bieżąco znajdziecie na fejsie Q-Bloga. Większość z nich wcześniej czy później doczeka się recenzji, ale nie wszystkie mogą na to liczyć w miarę szybko. A gdy minie jakiś czas, to już mogą co najwyżej liczyć na kilka zdań w zbiorczej recce. To jest taka właśnie recka (minus recki filmów koreańskich, które czekają na osobną, pełnoprawną reckę).

[Endhiran aka Robot]

Dziesięciominutowy klip z tego filmu robił ostatnio spóźnioną karierę. Gdzie nie wlazłem wszyscy podniecali się jego indyjskim rozmachem cmokając z ironicznym uznaniem dla kina z Bollywood. Oczywiście nikt pojęcia nie miał, że to Kollywood, ale co to przeszkadzało w cmokaniu. Ów filmik, który już pewnie widzieliście to ten filmik:

No i wszystko fajnie, ale problem jest taki, że zanim sceny z tego filmiku, to trzeba przeżyć ponad dwie godziny filmu, podczas których moja skromna osoba przysnęła cztery razy i nawet ma fotki z tego jak śpi. Laicy (phy phy) mogą się po czasie filmikiem zachwycać, laicy trochę mniejsi (czyt. ja) widzieli cały film dużo wcześniej (no bo jak przegapić film z Rajinim i Aish?) i powiadają przeto, że film jest nudny i z pewnością nie jest najlepszym, co dała światu kinematografia z Czenaju.

Sam film to zlepek siedmiu milionów przeróżnych hollywoodzkich filmów (w założeniu miał być „remakiem” „I Robot” z tego co pamiętam – ze względu na obsadę i wielki budżet o filmie było głośno na długo przed jego premierą). Oto megamózg profesor z Indii tworzy robota, którego umiejętności mogliście podziwiać na filmiku wyżej. Niestety jak to w życiu bywa – nic nie może być łatwe i proste. Robot zakochuje się w dziewczynie profesora, a na dodatek pojawiają się wredni niemieccy terroryści, którzy wypytują was ist das mit dem roboten czy jakoś tak. A odpowiedzi na to pytanie musi udzielić wredny profesorek, który planuje zapanować nad światem.

Brzmi smacznie, ale rozwleczone do trzech godzin niestety usypia. Choć scenom akcji nie można odmówić uroku i pomysłowości, to jednak 4/10 – inaczej się nie da.

Chłopak znikąd [Nowhere Boy]

Czekałem na ten film dość mocno i gdy tylko dorwałem w łapy to go obejrzałem. I też bym przysnął, gdyby nie fakt, że cholernie rozbolał mnie ząb i… O kurczę, a może to był ten słynny film „tak zły, że aż zęby bolą”??? Nie, chyba jednak nie, bo aż tak zły nie był, ale też dobry wcale.

Tak czy siak poznaliśmy w nim młode lata tytułowego nowhere boya – Johna Lennona (z tych Lennonów). Kto nie wiedział mógł się dowiedzieć o jego trudnym dzieciństwie, które z pewnością wpłynęło na ironiczny i olewający charakter młodego Johna. Ale i na charakter uparty, który sprawił, że świat w końcu poznał Beatlesów.

No ale tutaj nie ma jeszcze Beatlesów. Jest inny zespół – The Quarrymen, który potem parę razy zmieni skład i ewoluuje. Poznajemy jego członków na czele z Paulem McCartneyem, jesteśmy świadkami nauki gry na gitarze przez Johna i kilku epizodów z młodości, które znamy dzięki zachowanym fotkom z tamtego okresu. Dla lennonomanów z pewnością jest tam też dużo więcej smaczków, ale dla zwykłego widza jest tam w sumie tylko kilka fajnych kreacji aktorskich i jedna, jedyna rzecz, dla której warto zobaczyć ten film:

No i można też obejrzeć „Nowhere Boy” jako przystawkę do o niebo lepszego „Backbeat”, który zaczyna się mniej więcej tam, gdzie NB się kończy. 5/10.

Ostatni władca wiatru [The Last Airbender]

Szczerze zmuszony jestem przyznać, że w miarę ów film mi się podobał. Tak na 6/10 nie więcej, ale spodziewałem się ogromniastej kupy, czego wyraz dawałem w trailerowych przewidywaniach. Baja dla dzieci, Shyamalan, który się zgubił i do dzisiaj nie odnalazł, jakiś łysek w roli głównej i reszta smarkaczy… To nie mogło być nic dobrego. Na szczęście kreskówki(?) na podstawie której powstał film nie znałem, więc przynajmniej odpadało mi psioczenie na jej profanację. A że oczekiwania miałem bliskie dna, to pewnie też pomogło w tym, że niniejszym nie mam zamiaru gnoić tu tego filmu.

Oto tajemnicza kraina, na której mieszkają ludy Wody, Ognia, Ziemi i Powietrza. Żyją w zgodzie dzięki kolesiowi z gatunku dalajlamowego – Awatarowi – który jest w stanie utrzymywać między owymi ludami święty spokój. Aż tu pewnego dnia Awatar znika bez śladu i krainie grozi wejście w panowanie okrutnego Ludu Ognia, który ma w dupie równowagę między żywiołami i powietrze spalinami swoich machin wojennych truje. Niszcząc przy okazji magów zdolnych do panowania nad żywiołami. No ale w końcu Awatar wraca z wyskoku po fajki i zaczyna działać. Szkoda tylko, że do pełni szczęścia brakuje mu sporo umiejętności. Dobrze, że choć ma kosmatego kolegę, na którym sobie lata.

Szczerze powiedziawszy nie wiem, co sprawiło, że hit z tego nie wyszedł. Plany były chyba spore, a kontynuacja zaplanowana z góry, ale jakoś nie sądzę, żeby ktoś dał na nią kasę. I z jednej strony trochę szkoda, ale też nie za bardzo. Cóż, „Willow” toto nie był, choć pewnie gdyby powstał te dziesiąt lat wcześniej to dzisiaj byłby wśród kanonu kina baśniowo-młodzieżowego. Bo miał ku temu wszelkie potrzebne składniki (nawet latający lemur był fajny), które niestety nie zagrały do końca tak jakby sobie tego życzyli producenci i widzowie. Wygląda na to, że taki „Harry Potter” trafia się tylko jeden na pokolenie.

Zatem obejrzeć można nie zważając na złe opinie, jakie o filmie fruwają tu i ówdzie. No i nie należy się nastawiać na „film Shyamalana”, bo to bajka dla dzieci jest. Z kiepskimi aktorami (największy wg mnie minus filmu – ten cały starszy brat z permanentnym wytrzeszczem oczu – koszmar; Dev Patel, niestety, wyrasta na aktora jednego filmu; itd.) i z naprawdę fajnymi efektami specjalnymi.
(1088)

***

Dobra, standardowo sporo wyszło, więc na dzisiaj starczy.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.