Projekt 2000 (Część 26)

Zawrócony

Krzysztof Kazimierz Kutz dawno żadnego filmu nie zrobił, zaczął się bawić w politykę, a ostatnio rzuca ostre i bzdurne sądy na temat polskiego kina. I nikt nie mówi, że polskie kino jest cudowne, ale porównywanie go do dziwki przez pierdzącego w fotel dziadka delikatnie rzecz biorąc jest niesmaczne. Szczególnie, że na dzień dobry przy wstępie do tej krytyki zaznaczył, że cieszy się, że już polskich filmów nie ogląda. No to, jakie ma podstawy do krytyki? Wzorem mistrzów krytykanckiego pióra nie potrzebuje filmu obejrzeć, żeby go zgnoić?

To wszystko nie zmienia jednak faktu, że „Zawrócony” bardzo dobrze mu wyszedł i natenczas był to chyba jedyny (albo jeden z niewielu) promyk nadziei, że u nas jeszcze jakiś dobry film nakręcą.

Gorzka satyra o Ślązaku, który całkiem przypadkiem wpadł w łapy UB (szczegóły mogę mylić, oglądałem go chyba tylko raz podczas telewizyjnej premiery) autentycznie śmieszyła przez łzy, a „żem sobie pobiegoł” można było bez wstydu powtarzać jako tzw. „łoo, jaki zajebisty tekst!”. Teraz pewnie też warto go obejrzeć, żeby przypomnieć sobie jak to jeszcze niedawno było i po raz kolejny dzięki Kutzowi wybrać się na filmową podróż po Ślunsku. I przekonać się, że jak ktoś potrafi robić filmy, to nie powinien bawić się w innych piaskownicach tylko pozostać przy tym, co się potrafi.

A u mnie osobiście „Zawrócony” należy do tej grupy filmów, które z czymś mi się kojarzą. Było już w „Projekcie…” przynajmniej kilka. „Zawrócony” mianowicie kojarzy mi się tak sobie, bo pamiętam, że puścili go w TV w ostatni dzień świąt wielkanocnych (hmm, a może we wtorek?) i na następny dzień trzeba było iść do szkoły. Strasznie mi się to nie podobało 😛

Pluton [Platoon]

Zaczęło się od opowieści szanownego ojca, który „Pluton” zobaczył w kinie i potem działał mi na nerwy opowiadając, jaki to fajny film (na zmianę z „Czasem apokalipsy”, ale akurat w stosunku do tego drugiego to kłamał 😛 ), a ja nie miałem go gdzie obejrzeć (ani chyba bym nawet nie mógł)… Stare dzieje. Dzisiaj jestem już po kilkunastu seansach i nawet po przeczytaniu tej cieniutkiej książeczki Dale’a A. Dye’a, który ostatnio przypomniał się w „Wybuchowej parze” (podobnie jak dziadek Kutz teraz pierdzi w fotel).

Nie jestem do końca pewien, czy od początku „Pluton” trafił w moje gusta, bo trzeba pamiętać, że gdy go oglądałem, to raz że wiele na karku wiosen nie miałem, a dwa że były to czasy, gdy „film o Wietnamie” kojarzył się z zupełnie czymś innym. Niepokonani G.I.Joe’owie rozwalający wszystko, co ma kolor żółty, M-60 siejące z helikopterów i sprytnie pozastawiane przez charlich pułapki z kawałka sznurka i zaostrzonego kijaszka. A tu nagle wkroczył Oliver Stone i jego moralnie niepokojący bohaterowie.

Oto Charlie Sheen w wersji sierota z midwestu trafia w sam środek wojny w Wietnamie. W jego oddziale toczy się przy okazji jeszcze jedna wojna pomiędzy służbistą i kawałem skurwysyna Tomem Berengerem i dobrodusznym Willemem Dafoe, który i wódeczki się z szeregowcem napije i jointa wypali. Wobec koszmarów prawdziwej wojny właściwszy wydaje się drugi sposób bycia – alkohol i narkotyki pozwalają zapomnieć o rzeczywistości – ale służbista skurwysyn jeszcze nie powiedział ostatniego słowa.

Stone na swój sposób rozprawia się z wietnamską wojną, która w jego oczach wcale nie jest okazją do zdobycia chwały, postrzelania i zdobycia kilku fajnych historyjek do opowiadania na starość. Widziana oczami młodego żołnierza jest taka, jak prawdopodobnie jest właśnie wojna (nigdy nie byłem, nie wiem) – bezsensowna, beznadziejna i zabierająca o wiele więcej niż może dać.

Klasyka kina, w której w tle pojawia się kilka znanych twarzy na czele z Johnym Deppem i synem Anthony’ego Quinna (o tym, jaką karierę zrobił niech świadczy właśnie to „syn Anthony’ego Quinna). Jest też John C. McGinley, który dość długo znajdował się na liście moich ulubionych aktorów, no i sam Oliver Stone, który wziął i w tym filmie wybuchł. 10/10 (oceny filmom z „Projektów” wystawiam tylko tym zasługującym od 10 w górę – jeśli nawet tak do tej pory nie było, to od teraz tak właśnie będzie ;P)

Czas patriotów [Patriot Games]

Takich filmów już nie kręcą. Choć tak po prawdzie nigdy ich za wiele nie kręcili.

Ekranizacja powieści Toma Clancy’ego, który już od początku kombinował z chronologią wydarzeń (choć to i tak pikuś w porównaniu z mykiem wymyślonym na potrzeby „Sumy wszystkich strachów”). Albowiem akcja „Czasu patriotów” dzieje się przed wydarzeniami z wydanego wcześniej „Polowania na Czerwony Październik” (moja ulubiona książka tak BTW; ona albo „To” Kinga – nigdy nie wiem :) ). Oto amerykański wykładowca na Akademii Marynarki Wojennej bodajże jedzie sobie z rodziną do Wielkiej Brytanii. Tak się składa, że udaje mu się uratować członka rodziny królewskiej przed zamachem zorganizowanym przez jakieś tam irlandzkie ugrupowanie wolnościowe. W wyniku tego ratunku zabija brata Seana Beana (początek ładnej kariery), który postanawia się zemścić.

Jestem skromnego zdania, że filmy o przygodach Jacka Ryana powinny doczekać się własnej przegródki gatunkowej pod tytułem „filmy o przygodach Jacka Ryana”. Szczególnie wrzuciłbym do nich te, w których główną rolę zagrał Harrison Ford. A to dlatego, że chyba nie potrafiłbym sobie wyobrazić żadnego innego filmu, który mógłbym polecać jako „taki sam jak te z Fordem”. Z mojego punktu widzenia jest to kino od początku do końca niepowtarzalne i ogląda się go jednym tchem bez chwili na znużenie. Wymyślona przez Clancy’ego mieszanka sensacji, humoru, potyczek wywiadów i korytarzy w siedzibie CIA w Langley na ekranie ożyła we wspaniałych widowiskach, które prawdopodobnie nigdy się nie zestarzeją. 10/10

Pół na pół [Fifty/Fifty]

Takie sytuacje jak ta, z biegiem mojej listy na podstawie której piszę te projekty – będzie powtarzała się częściej. Oto jakiś film, o którym nie mam pojęcia, co to w ogóle jest. Było już kilka takich sytuacji i mógłbym je omijać, ale skoro mam pisać o wszystkim bez wyjątku to piszę.

Na widok tytułu „Pół na pół” w mózgu pojawił mi się tylko i wyłącznie odkurzony niedawno w „Dexterze” Robocop – Peter Weller. Rzut oka w obsadę przypomniał mi też, że to zdaje się jakiś typowy buddy movie, w którym buddym Wellera jest Robert Hays. Obaj dość popularni w ZEV. Więcej grzechów nie pamiętam, dlatego nie będę się wysilał tylko wkleję zwiastun:

No teraz lepiej mi się kojarzy. Na zwiastunach pamiętam wyglądało na hit i polowałem na to w wypożyczalni. A jak upolowałem to się wkurzyłem, bo to zdaje się Imperial wydał i ciężko było przegrać 😛 W każdym bądź razie wygląda fajnie – trzeba sobie przypomnieć.

Poślubiona mafii [Married to the Mob]

Widzę, że seria filmów, o których nie mam wiele do powiedzenia będzie dłuższa. W tym przypadku powodem mojej małomówności będzie jednak to, że po prostu „Poślubiona mafii” ani mi się nie podobała, ani mnie nie śmieszyła.

Co ciekawe nie dalej niż w zeszłym tygodniu miałem do czynienia z tym filmem podczas oglądania… dodatków do „Milczenia owiec”. Ciężko uwierzyć, że następnym filmem Demme’a po „Poślubionej…” było właśnie „Milczenie…”. Zdążył dojrzeć przez te trzy lata dzielących oba filmy. No i udało mu się, że Gene Hackman zrezygnował z reżyserii.

No ale odbiegam od tematu. Oto agent FBI zakochuje się w młodej wdowie po mafijnym gangsterze. W ten sposób chce upiec na jednym ogniu dwie pieczenie – znaleźć sobie drugą połówkę i zapolować na mafiozów.

Film w mej pamięci już na zawsze pozostanie jako podwójna porażka (no porażeczka, w końcu to komedia, więc nie można być aż tak surowym). Po pierwsze z powodu swojej jakości komediowej, a po drugie z powodu Michelle Pfeiffer, która po raz pińcetny tak się rozbierała, żeby się nie rozebrać.

Na fali [Point Break]

Bez wątpienia kino mojej młodości i jeden z moich ulubionych filmów w ogóle. Myśląc o nim mam przed oczami właściwie same pozytywy i gdyby ktoś mnie zapytał, jak powinno wyglądać kino sensacyjne, to powiem, że tak i pokażę „Na fali”. Keanu Reeves, Patrick Swayze, Gary Busey (żal go teraz oglądać w Celebrity Rehab), Lori Petty, John C. McGinley ;). Akcja!

Młody agent FBI przenika w struktury zorganizowanej surferowości. Istnieją podejrzenia, że za serią napadów na banki stoi właśnie gang surferów, więc nasz agent postanawia rozwikłać łamigłówkę. I choć o surfingu nie ma pojęcia, to wkrótce pod wpływem charyzmatycznego blondaska zaczyna czuć surfingowego bluesa. A sprawę komplikuje pojawiająca się bez ostrzeżenia męska przyjaźń.

Zdaje się, że to po prostu kolejny film z gatunku „takich filmów się już nie robi”. Ale i takich aktorów chyba już nie ma. Reeves się posunął, Swayze R.I.P., a gdy wyobrażam sobie jakichś dzisiejszych młodzików w podobnych rolach w podobnym filmie to cóż, nie wyobrażam sobie żadnego z nich.

I to chyba tyle w temacie tego filmu, bo nie przypominam sobie żadnego powodu na kręcenie nosem względem niego, a pozytywów jest tyle, że rozpisywać się też nie ma co. Po prostu – wystrzałowe kino sensacyjne z wszystkimi elementami na swoim miejscu, nastawione nie tylko na pościgi, strzelaniny i mordobicia, ale i na fabułę, która nie pozostawia widza obojętnym. 10/10
(1096)

Odpowiedź

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.