Prawdziwe męstwo [True Grit]

Z recenzjami bywa dwojako. Albo siadam i piszę… Sorry, telefon… Już. No więc z recenzjami bywa trojako. Albo siadam i piszę je z przyjemnością, a słowa same sobie lecą spod palców bez wielkiego udziału innych części ciała. I to jest fajne, bo zwykle wtedy wychodzą najlepsze. Co innego, gdy napisanie recenzji z niewiadomych przyczyn przyjmuję jako ból konieczny (sprawa tym dziwniejsza, gdy pisze się je na bloga i nie ma absolutnie żadnego obowiązku, żeby były) i mam wrażenie, że nie jestem w stanie nic mądrego o filmie napisać. Zbieram się godzinami, a wrażenie jest jeszcze silniejsze, ale w końcu z niechęcią siadam przed Notatnikiem i zaczynam pisać. I tu czasem pojawia się trzeci scenariusz – po kilku godzinach zbierania się do pisania stukam pierwsze zdanie i dzwoni telefon, który muszę odebrać. A po rozmowie albo znów trzeba się zbierać godzinami, albo po prostu wziąć i napisać z tym okropnym uczuciem, że wszystko co się napisze jest takie wysilone i po prostu bzdurne. I właśnie jesteście świadkami tej trzeciej możliwości, a piszę o niej dlatego, że uważam iż trzeba właśnie takiego prawdziwego męstwa, żeby zabrać się za pisanie, gdy wie się, że po jego zakończeniu zaprezentuje się opinii publicznej grafomańskiego pierda.

Ideałem byłoby więc zawsze pisać z chęcią i na luzie, ale życie idealne nie jest. Na pocieszenie – opisana wyżej niechęć nie ma wpływu na ocenę filmu, która w każdym z trzech przypadków jest równie miarodajna (choć często subiektywna, ale przecież o to chodzi). Szczególnie teraz, gdy oglądane filmy prawie na pniu oceniam na Facebooku. Ocenę obejrzanych przeze mnie filmów znajdziecie tam zawsze szybciej niż tu pojawi się recenzja. A czasem nawet taką ocenę można znaleźć tylko tam. Dlatego po raz enty zapraszam, gdyby ktoś miał ochotę – Facebook Q-Bloga.

Na wstępie ( 😉 ) chciałbym gorąco podziękować braciom Coen za to, że ich najnowszy film przez cały jego czas trwania nie był równie świetny jak jego pierwsze pół godziny. Dziękuję dlatego, że przez jakiś czas smutno mi było iż będę musiał zmniejszyć ocenę maksymalną do dziewiątki z tak błahego powodu jak ubranie głównej bohaterki. No nie byłbym w stanie dać maksymalnej oceny filmowi, w którym bohaterka po przeprawie przez rzekę w wodzie po szyję wychodzi z niej i jest suchutka. Nie wiem, czemu aż tak głupio to zrobili, może to był jakiś tribute dla oryginału, gdzie nasza bohaterka też w zasadzie sucha wyszła z małą plamą na plecach i wilgotnym kołnierzykiem. No ale tam to przynajmniej wiosna (czy tam wczesna jesień) była, a nie zima jak u Coenów (nie taka jak w Fargo, ale nadal zima). W każdym bądź razie ta pierdoła ubodła mnie najbardziej i naprawdę z wielką ulgą przyjąłem, że w drugiej połowie film nie jest już tak dobry jak w połowie pierwszej i sucha kurtka nie była jego jedyną słabością.

A tak w ogóle to recenzja dwóch filmów na raz. Oryginału z Johnem Wayne’em oraz remake’u (choć to raczej adaptacja tej samej książki niż remake filmu) z Jeffem Bridgesem. Pierwszego, którego wyceniam na 7/10 (aczkolwiek zrobiłem mu krzywdę oglądając go drugiego w kolejności) i drugiego z bardzo mocnym 8/10.

Oto nastoletnia córka (bardzo dobra Hailee Steinfeld, ale cóż się dziwić – widział ktoś w hollywoodzkich filmach źle obsadzone dzieci i młodzież? – wszelkie przykłady znam za potwierdzenie reguły, z góry zastrzegam 😉 ) zastrzelonego farmera pragnie pomścić swojego ojca. W tym celu wynajmuje federalnego marszala Roostera Cogburna (Jeff Bridges), któremu zleca wyprawę za zabójcą hen na terytorium Indian. W zleceniu jest jeszcze jeden kruczek – nasza małolatka ma zamiar towarzyszyć Roosterowi i w przypadku odnalezienia zabójcy ojca sama życzy sobie pociągnąć za spust (o ile sąd nie da rady i nie skarze go na smierć). Do tej specyficznej dwójki dołącza jeszcze teksański ranger (Matt Damon) w stroju rodem z Michaela J. Foxa vel Clinta Eastwooda i nic dziwnego, że jedyne co wzbudza u Roostera to politowanie. Ale to dobrze, bo jadąc przez opustoszałe krainy zasypane śniegiem mają czas, żeby się poprzekomarzać i nie dać widzowi zasnąć.

Jak już wspomniałem, pierwsze pół godziny filmu Coenów to dzieło wybitne niemal (sedno recki dotyczy tego filmu, oryginał załapuje się do niej przy okazji i jeśli nie jest zaznaczone, że piszę o oryginale, to… guess what? nie piszę o nim :P). Od razu wciąga widza w opowiadaną historię i tenże widz chce więcej i więcej. Główna tego zasługa w ironicznie i z humorem napisanych dialogach i postaciach rezolutnej małolaty, która nie daje sobie w kaszę dmuchać, zapijaczonego kowboja, który nigdy nikogo nie zabił (nie licząc tych w świetle prawa bądź w samoobronie) i kogucika Damona dzielnie słuchającego obelg w swoim kierunku – trudno się przyzwyczaić do takich jobów pod adresem jego pochodzenia i formacji, gdy teksański ranger kojarzy nam się od lat z niepokonanym Chuckiem Norrisem). I gdy już się wydaje, że ma się do czynienia z arcydziełem, to z wody wychodzi sucha małolatka, a potem film nieco traci na swojej atrakcyjności choć, broń Boże, ani przez chwilę nie jest nudny.

Nie czytałem książki na podstawie której powstały obydwa filmy, ale z tego co się zorientowałem pierwsza ekranizacja podobno (wolę zaznaczyć, żeby nie było, że jestem tego pewien) była jej bardzo wierna. Wobec czego Coenowie nieco zmienili parę rzeczy, szczególnie w tej drugiej, słabszej połowie. Nie sądzę jednak, żeby te zmiany wpłynęły na ostateczną jakość filmu – ot po prostu jest to opowieść o zemście i po jako takiej trudno spodziewać się nie wiadomo jakich zaskoczeń. Fabuła zresztą jest tutaj tylko pretekstem do prowadzenia zawadiackich dyskusji i możliwości aktorskiego popisu, w którym Bridges bije Wayne’a na głowę. A skoro o Wayne’ie mowa to warto dodać, że w oryginale również wartością samą dla siebie były dobre dialogi, które po przepisaniu przez Coenów w wersji zeszłorocznej nabrały dodatkowego, charakterystycznego dla Coenów blasku. Wprowadzili narratora, podkręcili gdzie się da, pododawali trochę od siebie (politycznie niepoprawny stosunek do Indian, czego w oryginale w ogóle nie ma) i to wystarczyło, żeby kupić widza od pierwszych słów snutych z offu przez naszą bohaterkę. W każdym bądź razie na pewno dobrze jest znać oryginał, żeby móc sobie spokojnie porównać oba filmy i powyłapywać różne smaczki, czasem drobne. Jak np. ten (nawet nie wiem, czy to smaczek, ale wygląda mi na celowy zamysł :) ) z plackami kukurydzianymi. W oryginale Wayne pokazuje, że ma ich ponad setkę, ale potem nic z tego nie wynika. W wersji Coenów nie ma śladu po plackach, które nagle bez ostrzeżenia zamieniają się nie wiadomo skąd i nie wiadomo co to w ogóle w strzelnicze rzutki. Przy okazji nabierają sensu ich posiadania, którego w oryginale poza przyziemnym (bo są do jedzenia, tępy Q!) nie widziałem.

Jednak największa różnica, jaka dzieli obydwa filmy to nie dialogi ani zmieniona nieco fabuła i zakończenie. Różnią się one przede wszystkim sposobem realizacji i pokazania świata, w którym żyją bohaterowie filmu. Wersja z Wayne’em to praktycznie familijny film pełen wiosennych (a może wczesnojesiennych 😉 ) kolorków. Bohaterowie są czyści, ogoleni, mieszkają w sympatycznych osadach i domkach, strumyki wesoło pluskają – generalnie raj na ziemi, gdyby nie te bandy oprychów grasujące tu i ówdzie. Inaczej w filmie Coenów. Przyjaznego obrazu Dzikiego Zachodu szukać tu próżno. Przede wszystkim jest zima, jest szaro, ponuro, w mieście rośnie jeden szkielet drzewa, a spoceni bohaterowie nie widzieli prysznica od Święta Dziękczynienia. Dziki Zachód to w filmie Coenów kraina zimna, niebezpieczna i przeznaczona tylko dla tych najtwardszych. W przeciwieństwie do oryginału Henry’ego Hathawaya, którego akcja dzieje się w świecie prosto z „Domku na prerii”.

Podsumowując (film Coenów) – kawał kina, który zasłużenie dostał nominację do Oscara, choć z pewnością nie jest to niezapomniane arcydzieło. Ale też to samo można powiedzieć chyba o wszystkich nominowanych w tym roku filmach. Konkurencja jest wyrównana i każdy ma szansę, bo żaden z filmów nie wychodzi zdecydowanie przed szereg. I potrafię sobie wyobrazić Oscara za najlepszy film dla „True Grit”, ale np. porównując go do takiego „Tańczącego z wilkami” to porównania nie ma – na korzyść tego drugiego oczywiście. Największym walorem filmu (podobnie jak „The Fighter„, o czym AFAIR zapomniałem wspomnieć w jego recenzji) jest to, że od samego początku nie mamy wątpliwości, że oglądamy świat Dzikiego Zachodu (a w „The Fighter” lata dziewięćdziesiąte – to tak na wypadek, gdyby ktoś lubił się czepiać, a znam takich :) ). Nie dlatego, że po ekranie chodzą ludzie ubrani w kapelusze, ale tak po prostu – w żadnym elemencie obrazka nie zauważamy żadnego fałszu, czy choćby bezczelnej próby wciśnięcia nam, że to XIX wiek. Wydaje mi się, bo przecież na Dzikim Zachodzie nie byłem, że Coenom udało się ten świat pokazać perfekcyjnie i nie zrobili tego przy pomocy tanich sztuczek (o, patrzcie, radiomagnetofon Kasprzak, to na pewno lata osiemdziesiąte, choć ulica wygląda jak dzisiejsze ulice! – tak, Koniu Trojański, do Ciebie piję), ale dzięki do perfekcji opanowanej sztuce filmowej (która paradoksalnie sama w sobie jest sztuczką). Tamten świat, tamte czasy, tamci ludzie – tak to musiało wyglądać, a nie na pocztówce z roku 1969 wysłanej do nas przez reżysera wersji z Johnem Wayne’em.

Tak czy siak – obydwa filmy warto obejrzeć.
(1081)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.