Les Miserables

Zacznijmy jednak nie na temat. Dzisiaj w nocy ceremonia rozdania Oscarów. Tradycyjnie od wielu lat spędzałem ją w necie, ale dzisiaj cały dzień biję się z myślami, czy zarywać nockę i jutro być zombie’em, czy może jutro na spokojnie sobie wszystko z odtworzenia obejrzeć i skomentować. Transmisji mi tak nie żal nawet, co możliwości blogowania na żywo i tradycyjnego IRC-a pl.rec.filmu. I tak cała niedziela mija mi na: oglądać, nie oglądać, oglądać, nie oglądać… Co pół godziny inna opcja jest na wierzchu, ale myślę, że wybiorę błogi sen i powtórkę jutro. A przecie i z oglądania z odtworzenia można sobie poblogować (kogo ja oszukuję? :) ).

Niezależnie od tego, co będzie górą – oscarowe komentarze i pewnie inne filmowe pierdoły z nimi związane – już od jutra na Q-Blogu. Czy to od jutra drugiej w nocy, czy od jutra w środku dnia. Z trzeźwym umysłem. A teraz do konkretów.

Jak już pisałem w piątek – w weekend się ukulturalniałem vel odchamiałem. W programie oprócz „Les Mis” w TM Roma była jeszcze wizyta w Muzeum Narodowym na wystawie stołków i garnków z lat 50-60. Jak się ukulturalniać to na całego! Zaczęło się od solidnej porcji muzyki w piątkowy wieczór. A jak się skończyło?

– I jak ci się podobało? – spytała Asiek.
– Spoko – odparłem.
– Kurde! gdzie nie pójdziemy i cię potem zapytam, czy ci się podobało, to zawsze mówisz „spoko”! – zaperzyła się.
– O przepraszam! Po „Personie Marylin” nie było „spoko”! – zauważyłem zgodnie z prawdą.
– No tak, ale mógłbyś czasem coś więcej powiedzieć niż spoko.
– No kurczę, ale spoko było. Wiedziałem, że mi się spodoba i mi się podobało. Ale dupy mi nie urwało.

No i rzeczywiście – dupy mi nie urwało, ale też nie mam zielonego pojęcia, co by się musiało wydarzyć, żeby mi ten tyłek urwało. I chyba o to w tym wszystkim chodzi – nie spodziewasz się i nagle łup. A w przypadku „Les Mis” spodziewałem się kawała dobrej roboty i go dostałem. Przez trzy godziny trwania spektaklu się nie nudziłem ani przez chwilę, ale też nie zakładałem innej możliwości. I może dlatego nie wykrzesałem z siebie więcej niż „spoko”, skoro nie dostałem nic więcej ponad to, czego się spodziewałem. A spodziewałem się dużo – żeby nie było wątpliwości.

Jeśli więc jeszcze złapiecie „Les Miserables” w TM Roma, to śmiało wbijajcie się na widownię, choć łatwo o bilety może nie być, bo grają to przy pełnych salach już od września, a kolejne przedstawienia już w większości od dawna są zaklepane. Nie jest jednak misją niemożliwą, żeby dostać wejściówki. Myśmy je z Aśkiem dwa razy kupowali bez nie wiadomo jakiego trudu. Raz przepadły (odsprzedały się uff), bo wywinąłem orła, a za drugim razem to zaatakowaliśmy nawet pierwszy rząd (no zerowy). Wszystko więc widać było jak na dłoni (łącznie z orkiestrą – pozdrowienia dla pani w ciąży, która cały czas czytała gazetę i wysyłała sms-y; zastanawialiśmy się przez dwie godziny, co ona tam we wnęce dla orkiestry robi, aż w końcu wzięła mikrofon i dwa razy wspomogła głosem chórki :) ) i można było się napatrzeć na wszystko. Jedyne minusy siedzenia tak blisko, to fakt, że trudność w ogarnięciu całej sceny sprawiała, że trzeba było wybrać na co chce się patrzeć, no i mały prywatny Ypres. Otóż w jednym z numerów na scenie wpuszczono sztuczny dym, który robił za mgłę nad rzeką. Dym ten za chwilę spłynął ze sceny na widownię i przez dobre parę minut atakował układy oddechowe widzów, co w efekcie skończyło się dwojako: jedni zaczęli kaszleć, a drudzy śmiać się z całej sytuacji :) Trochę głupio, bo scena była poważna akurat.

Bez dwóch zdań, „Les Mis” to przedstawienie światowej klasy (powiedział Q, który ostatnio na musicalu był w podstawówce – „Evita” z Pawłem Kukizem w chorzowskim Teatrze Rozrywki). Nowoczesna technika pozwoliła sprostać rozmachowi inscenizacyjnemu, który był w tym przypadku wymagany. Oryginalne (w sensie londyńskie, które było pierwowzorem tego warszawskiego; bo takie oryginalne oryginalne to było paryskie) przedstawienie napisane na obrotową scenę ułatwiało zmiany dekoracji – tutaj trzeba było posłużyć się laserowo sterowanymi platformami, które bezgłośnie pojawiały się i znikały zapewniając płynność przedstawienia. Fakt, trochę było dziwnie, gdy podczas jednej ze scen śmierci nagle bez ostrzeżenia odjeżdżał stolik, ale to szczegół, który nijak nie wpływa na całość przedsięwzięcia, którego akcja dzieje się w kilkunastu lokacjach w kilku miastach Francji. A w tych lokacjach też wiele do pokazania, bo i kanały i uliczki Paryża i barykada z ostrą strzelaniną i armatnimi wybuchami – działo się). W oryginale dali radę wystawić całość bez ani jednej przerwy – u nas też by dali radę, ale mój pęcherz cieszy się, że nie próbowali :)

Szczęśliwie udało nam się załapać na pierwszą obsadę, czyli na Janusza Krucińskiego w roli Jeana Valjeana, Edytę Krzemień (Fantine), Marcina Mrozińskiego (Marius), Łukasza Dziedzica (Javert), Ewę Lachowicz (Eponine), Paulinę Janczak (Cosette) i Łukasza Zagrobelnego (Enjolras). Jedni podobali mi się bardziej inni mniej, ale nie jestem autorytetem w dziedzinie śpiewu, więc daruję sobie swoje uwagi. Ważne, że nikt z obsady nie śpiewał słabo, ale po musicalowych wyjadaczach chyba spokojnie można było tego wymagać.

Czy coś mi się nie podobało? Nie. Jeśli mam jakieś zastrzeżenia to może trochę do opowiadanej (śpiewanej) historii. Choć trzygodzinna to bardzo uproszczona i moim zdaniem w niektórych momentach niedopracowana. Ale chodzi o szczegóły typu: „kurde, męczy się z tym wozem zamiast najpierw beczki z niego ściągnąć byłby lżejszy”. Albo: „kurde, po co się przyznał, że jest Valjeanem? niby mają kogoś, o kim myślą, że to Valjean, ale przecież chyba nie ma tego numeru na piersi, więc nic mu nie zrobią”. Albo: „rany, to już nie miała gdzie tego wisiorka sprzedać tylko w burdelu?”. Albo: „jej, jaki farciarz ten Javert; nic nie robi, Valjean sam mu się pod nos podstawia co trochę, a mimo to wyśpiewuje jak to go latami tropi”. I jeszcze parę innych „albo”. No i generalnie ten Valjean to w ogóle straszny pesymista i maruda. Wcale takiego ciężkiego życia nie miał, jak nam próbuje wmówić (wśpiewać).

No ale to musical. O muzykę chodzi, o piosenki, o śpiew – a historia może sobie na drugim planie leżeć i momentami nie trzymać się kupy. Co do oprawy muzycznej nie mam żadnych zastrzeżeń – hity, które znałem zabrzmiały tak jak miały zabrzmieć, a spośród tych, których nie znałem „Do you hear the people sing?” nucę do tej pory…

…i nawet keyboard odkurzyłem i rozpracowałem jak to zagrać. Może brakowało mi tylko trochę chóralnych pieśni na kilka głosów. Było ich troszkę, ale zdecydowanie prym wiodły tutaj popisy solowe. No i tłumaczenie „On My Own” mogłoby być lepsze. O takie konkretnie mam na myśli:

Tak czy siak: polecam.

Natomiast jeśli chodzi o wystawę stołków i garnków to nie polecam. Największą atrakcją wystawy był podświetlony znak CPN-u – wystarczająco się na niego w młodości napatrzyłem, żeby jeszcze był dla mnie sztuką :) Na szczęście w Muzeum Narodowym byłem chyba pierwszy raz, więc niepowodzenie zastawo-stołowe zadośćuczyniłem sobie pooglądaniem ładnych obrazów.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.