Wdrożenie i opieka: MimasTech
Szokujące newsy!

Harmony

Jeśli kiedykolwiek przyjdzie Wam do głowy, żeby iść do więzienia, zadbajcie o to, żeby było to koreańskie więzienie dla kobiet. Warunki tam panujące przypominają sporej klasy hotel, a czyściej tam niż pewnie u niejednego z Was w domu. Tylko małe zastrzeżenie – trafiają tam tylko kobiety, które kogoś zabiły. Nie wiem, gdzie zamykają babki, które popełniły lżejsze przestępstwa, ale podejrzewam, że wysyłają je na Kanary… No dobra, przesadzam trochę. Były tam ze dwie za handlowanie metaamfetaminą czy za złodziejstwo, ale podejrzewam, że po prostu spóźniły się na samolot.

Więźniarki z kobiecego więzienia pod wpływem występu żeńskiego chóru w ich świetlicy postanawiają założyć swój własny, więzienny chór. Oporów większych nie ma, więc jak postanawiają, tak robią. Mają szczęście, bo wśród nich jest nauczycielka śpiewu, ale mają też i pecha, bo sporo z nich nie potrafi śpiewać.

Miło całej mojej sympatii do południowokoreańskiego kina nie jestem w stanie napisać, że jest to film dobry. Nie jest to też film zły, ale to nie znaczy, że jest przeciętny i każdy może spróbować go obejrzeć. Jest przeciętny inaczej i raczej uważam go za stratę czasu. Choć nie z gatunku tych żenujących i nudnych strat czasów, których w kinie multum. W zasadzie poza schematycznością trudno mu coś konkretnego zarzucić, a mimo to po prostu szybko nudzi.

Lostowa Sun w Korei nie ma szczęścia. Jej „Seven Days” wytrzymałem jakieś 20 minut, a teraz to. Choć jej to pewnie nie przeszkadza, bo choć u mnie szczęścia nie ma, to w Korei na ten film poleciało coś około trzech milionów widzów sprawiając, że stał się z miejsca jednym z bardziej kasowych filmów w 2010 roku. Mnie to dziwi. Sympatii do Yunjin Kim jednak nie tracę i może w końcu zagra w czymś, co i mnie przypadnie do gustu. Nie będzie to być może „Heartbeat”, który niedawno wszedł do kin i w którym trzeci raz z kolei zagrała matkę (ciężko jej się przerzucić po Loście?), ale potem jest szansa, bo aktorka zapowiedziała, że póki co kończy z rolami matek. Oby tylko nie zagrała ojca…

Wspomniałem wyżej o schematyczności „Harmony” no i znów wspominam, bo to największy ból tego filmu. Jest wzruszający, fakt, ale w taki nachalny sposób, że łatwiej mruczeć pod nosem „kaamaaan” niż się wzruszać. Podobno jest też dowcipny… No cóż, nigdy nie kupowałem azjatyckiego poczucia humoru i choć tutaj występuje w wersji złagodzonej (nie ma idiotów próbujących rozśmieszyć widownię przewracaniem oczu), to mimo wszystko śmiać się z czego nie ma. No i to rysuje obraz tego filmu, który choć niby jest wzruszająco-dowcipny, to jednak taki nie jest. Akcja jest przewidywalna, filmowych klisz jest pełno… Zawsze twierdziłem, że jeśli szuka się jakichś miłych ludzi, to powinno się zajrzeć do filmowego więzienia – tam jest takich na pęczki! „Harmony” to potwierdza. Jest tu też oczywiście zła strażniczka, rodziny, które nie chcą się odzywać do sympatycznych staruszek-morderczyń itd. itd. itd.

Reasumując – jeśli chcecie obejrzeć dobry film o chórze, to obejrzyjcie „As It Is in Heaven„. Jeśli chcecie obejrzeć dobry film o śpiewających więźniarkach to obejrzyjcie „Bandits”. Jeśli zaś chcecie przekonać się, że południowokoreańskie kino to nic takiego i nie warto się dla niego zabijać – obejrzyjcie „Harmony”. 4(10)
(1072)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.