Wdrożenie i opieka: MimasTech
Szokujące newsy!

Faster, Midnight FM, Due Date, Shaolin, Na igre 1 i 2, Me and Orson Welles

Dawno tu nic nie było, dlatego mam nadzieję, że teraz stuknę grubsza porcję recek w ramach zadośćuczynienia. Aczkolwiek nie obiecuje, bo jakoś topornie mi idzie pisanie (piszę ten mini wstęp po napisaniu pierwszej recki). Jutro będzie prościej, bo wystarczy powrzucać zwiastuny z Super Bowl 😛

Midnight FM

Każdy dobrze wie, że wszystko co złe dzieje się bohaterom filmów w ostatnim okresie ich pracy gdzieś tam. Nie inaczej z prezenterką popularnego show radiowego, która postanawia na jakiś czas wyjechać do Stanów, by tam poddać swoją niemą córkę leczeniu. Noc przed wyjazdem ma do poprowadzenia pożegnalny program, którego motywem przewodnim są, jakże by inaczej, słynne filmowe pożegnania i muzyka z nich. Scenariusz programu szybko się jednak sypie, gdy okazuje się, że do jej mieszkania wtargnął psychopata, który za zakładników wziął jej rodzinę. Od tej chwili o ich życiu zadecyduje dobra pamięć naszej prezenterki, która zostaje zmuszona przez psychopatę do odpowiedzi na pytania związane z jej poprzednimi programami.

Czasem dzieje się tak, że na opinii o jakimś filmie decyduje drobny szczegół. Tak jak przysłowiowa łyżka dziegciu w beczce miodu psuje frajdę z oglądania i nic na to nie poradzisz. Pal licho, gdy film jest na tyle dobry, że można to jakoś wybaczyć – i tak jest w tym przypadku. Aczkolwiek uważam, że jedna drobna pierdoła zepsuła mi ten film, bo cały czas nie potrafiłem o niej przestać myśleć. I mam szczerą nadzieję, że po prostu coś przeoczyłem, bo wpadka o której mówię była przecież tak widoczna, że nie sposób jej przeoczyć. Tak więc, jeśli obejrzycie ten film i wyczaicie to, co być może przeoczyłem, to dajcie znać. A chodzi o to, nie martwcie się, wielkiego spoilera nie trzaskam, skąd nasza bohaterka wiedziała, żeby powiedzieć psychopacie, że córki nie ma w domu, bo jest w szpitalu z bolącym bodajże barkiem. Dobrze choć, że ta wpadka nie miała wpływu na cały film, choć byłbym widzem szczęśliwszym, gdyby jej po prostu nie było. Bo ocena wysoka będzie i tak, ale kto wie, może by i była najwyższa. Choć raczej nie, bo jeszcze parę drobnych uproszczeń (które jednak łatwiej wytłumaczyć) się w filmie trafiło, potwierdzając, że południowokoreańscy filmowcy mimo swoich niewątpliwych umiejętności, mają często problemy z fabułą pchając ją do przodu jakimiś kuriozalnymi pomysłami. I raz przeszkadza to mniej, a innym razem o wiele bardziej tak jak np. w przypadku „I Saw the Devil„, kiedy policja po prostu miała czterech podejrzanych i już.

No a pomijając te uproszczenia i wpadkę w fabule nadal pozostaje nam świetny thriller z ciekawym pomysłem, trzymającą w napięciu akcją i kilkoma jej zwrotami, choć bez jakichś rozdziawowoszczęskowych twistów. Nie zmienia to jednak faktu, że jeśli chodzi o pomysłowe thrillery, to sto razy bardziej wolę je w wydaniu koreańskim niż wyróżniające się ostatnio tylko przekombinowaniem hollywoodzkie odpowiedniki. Zresztą dobrych thrillerów rodem z Hollywood powstałych w ostatnim czasie jakoś nie potrafię sobie przypomnieć. I dlatego seans „Midnight FM” był dla mnie przyjemnością i potwierdzeniem lansowanej tu z uporem maniaka tezy, że po cukier do sąsiadki, po samochód do ojca, a po dobre filmy do Korei Południowej. No chyba, że się szuka komedii… 8/10

Swoją drogą, nie pomyślałbym, że w Korei tak dobrze znają „Więcej czadu„… Generalnie „Midnight FM” to łakomy kąsek dla tych, którzy lubią wyłapywać filmowe smaczki. Choć tu raczej nie ma nic do wyłapywania, bo wszystko podane jest na talerzu.

W grze & W grze 2. Nowy poziom [Na igre aka Hooked on the Game & Na igre 2: Novyy uroven aka Hooked 2: Next Level]

Znajomy zarzucił na YT zwiastunami (1 i 2) tego rosyjskiego filmowego Counter Strike’a i nie mogłem się po ich obejrzeniu powstrzymać przed zapoznaniem się z całością. Jednoznacznie nie potrafię się wypowiedzieć, czy warto było czy nie, ale nie powiem, żebym się strasznie męczył podczas oglądania. Filmom daję odpowiednio 6/10 i 5/10, a teraz troszkę więcej na ich temat.

Zwycięska ekipa dostaje w nagrodę za zwycięstwo na mistrzostwach graczy komputerowych (grali w ruski odpowiednik Counter Strike’a, jaką nawalankę i wyścig samochodowy) po jednym egzemplarzu najnowszej rosyjskiej komputerowej myśli technicznej w postaci wypasionej gry komputerowej. Okazuje się podczas instalacji, że gra rozwala ich kompy, ale nie tylko. Chłopaki i jedna dziewczyna szybko orientują się, że weszli w posiadanie wybitnych umiejętności w zakresie „uprawianych” przez siebie gier. I tak czterech z nich zaczyna wymiatać w FPP strzelankach, jeden walczy lepiej niż Bruce Lee (znaczy tak nam próbują wmówić, bo wzięli do roli jakieś niespecjalnie utalentowane nawalankowo drewno), a dziewczyna momentalnie staje się kierowcą lepszym niż Lewis Hamilton (patriotyczne porównanie w dniu dzisiejszym byłoby niestety niestosowne). A takie umiejętności nie przechodzą niezauważone przez pewien podejrzany element, który kreuje się na rosyjski rząd, ale wcale nim nie jest.

Słabością tej produkcji jest to, że to takie ruskie „Młode wilki”. Bogata młodzież rozwala się po Arbacie wyglądającym jak Las Vegas ubrana w cool ciuchy i posiadająca cool ksywki (a jednocześnie kompy naprawiają w jakiejś norze z ręcznie wymalowanym szyldem… dziwne). Wygląda to mega sztucznie i nie sposób się nie śmiać pod nosem na tę młodowilkowości tej produkcji, co zdecydowanie nie jest komplementem. I trochę szkoda, że jest tak a nie inaczej, bo mocnym punktem tego filmu jest to, że nie wszystko jest tu rodem z „Młodych wilków”. Produkcja uderza bowiem w poważniejsze tony, ludzie giną hurtowo bryzgając krwią, a dramatów nie trzeba daleko szukać. I niestety ten nowobogacki wygląd bohaterów mocno się z tą stroną tej produkcji kłóci. Bo jakoś dziwnie oglądać, gdy chłopaki wypisz wymaluj z młodzieżowca nakręconego przez Waldemara Szarka nagle zabijają, a i cycki od czasu do czasu migną.

Jednym słowem pomieszanie z poplątaniem, z którego nie mógł wyjść dobry film, ale wyszedł film niezły, który miał zadatki na coś lepszego. Bo strzelaniny, jakie w nim można zobaczyć (piszę na raz o dwóch częściach, bo to filmy, które w pojedynkę nie istnieją) są naprawdę nakręcone z jajem i bardzo profesjonalnie (w jedynce lepsze niż w dwójce), ale gryzą się z tą kolorową Rosją w tle. I nie wiadomo czy to na poważnie jest, czy dla jaj, czy wczuwać się w los bohaterów, czy może nie, bo są tak nierealni, że aż przykro. Nie mówiąc o sterowcu rodem z XXII wieku, który tylko dodaje nierealności całej historii. No i laskach – mam wrażenie, że w filmie obsadzono same modelki nie zważając na to, że dukając prosty tekst z kartki zapominają tekstu, a niby grają poważne dziennikarki. Ot Rosja, kraj mlekiem, miodem, laskami i wszelkim dobrem płynący.

Z drugiej strony film całkiem fajnie i sprytnie się kończy i gdyby nie ta przerysowana komiksowość bohaterów to wyszedłby z tego wszystkiego niezły dramat. Doprawiony solidną porcją akcji i kilkoma niezłymi tekstami (- Hej, masz łyżkę do opon albo klucz francuski? – Nie, nie mam. – To dobrze, nie dostanę po łbie, jak zacznę się do ciebie przystawiać.). Przy czym jedynkę ogląda się lepiej, bo w dwójce miałem wrażenie, że oglądam trzeciego „Matrixa” – cała kasa poszła na ostatnie pół godziny, a pierwszą godzinę trzeba było przegadać za możliwie najmniejszą kasę.

Me and Orson Welles

Teraz będzie krócej… :)

Długo zastanawiałem się, czy dać temu filmowi 7/10 czy 8/10, ale ostatecznie skłoniłem się do siódemki. Bo choć nie mam mu nic wielkiego do zarzucenia, to gdy zastanowiłem się, czy chciałbym go obejrzeć drugi raz, to doszedłem do wniosku, że nie w najbliższym czasie. Dlatego 7/10 z zaznaczeniem, że to fajny i sympatyczny filmik, który można sobie bez bólu obejrzeć w niedzielne popołudnie i nie trzeba wyrzucać z pokoju ewentualnych małolatów. Choć raczej nic w nim dla nich nie ma, bo Zaca Efrona kochają chyba już trochę starsze małolaty. Whatever. Niech Was Zac nie odstrasza, bo byłoby głupotą olać „Me and Orson Welles” z powodu jego obecności w roli głównej. Szczególnie, że film wyreżyserował Richard Linklater, a to już pozwala pokładać w nim większe nadzieje. I słusznie, choć naturalnie „Before Sunrise” toto ani przez chwilę nie jest.

Młody chłopak dostaje zatrudnienie (o ile można tak pisać o pracy za friko) przy produkcji przedstawienia teatralnego na podstawie „Juliusza Cezara” Williama Szekspira. Reżyseruje młody i gniewny Orson Welles, który wszystko wie najlepiej i który do wszystkich zwraca się obcesowo głosem nieznoszącym sprzeciwu. Ale nikt nie narzeka, bo Welles ma przypiętą łatkę geniusza i nikt z grubsza tego nie śmie nawet kwestionować. Wkrótce jednak okaże się, czy karkołomny pomysł na inscenizację klasycznego dramatu nie zmieni tej opinii o reżyserze. A obawy są, bo nic nie idzie tak jak powinno.

Miła i sympatyczna gratka dla miłośników prawdziwych historii i biografii znanych ludzi. Nie mam zielonego pojęcia, ile w niej prawdy, bo szperać mi się nie chce, ale założyłem sobie dla własnego dobra, że jest w niej tyle prawdy, ile się tylko dało wepchać i mi to założenie nie przeszkadza. Cieszę się przeto, że poznałem historię pierwszego przedstawienia w wellesowskim Mercury Theatre wystawionego na rok przed tym, jak pan Orson zatrwożył pół Stanów swoim słuchowiskiem radiowym „Wojna światów”. I Wam też polecam.

Dobrze i lekko napisany film, w którym po ekranie przewija się kilku sympatycznych aktorów, żeby wspomnieć Claire Danes, Bena Chaplina, Kelly Reilly, czy niewykorzystanego niestety Eddiego Marsana. Wellesa zagrał zaś niejaki Christian McKay, którego nie znam i dla którego był to bodajże debiut w filmie fabularnym. Dał radę.

Faster

Po odsiedzeniu dziesięcioletniego wyroku z więzienia wychodzi Kierowca (The Rock; pewnie jakieś imię w filmie miał, ale zostanę przy metce, jaką mu przyklejono na ekranie) i z miejsca rusza do wykonania przysłowiowej srogiej pomsty w zapalczywym gniewie. Bez pytania strzela pewnemu robolowi w łeb i jedzie dalej zabijać. Wkrótce wychodzi na jaw, że mści się za śmierć brata, któremu 10 lat wcześniej na jego oczach zostało poderżnięte gardło.

Brzmi nieźle, nie? No i rzeczywiście do pewnego czasu jest nieźle. A w zasadzie to do końca jest nieźle, ale niestety nie na tyle dobrze, żeby film dostał ode mnie więcej niż 6/10. A to dlatego, że stanowi klasyczny przykład tego, jak niepotrzebnie zagmatwać prostą rzecz, jaką jest zemsta. Pierwsze 20 minut jest naprawdę bardzo fajne i ma wszystko, co tygrysy lubią. Jest badassowy bohater sypiący badassowymi tekstami, jest badassowa fura, która powozi (jest mistrzem jazdy na wstecznym, gdyby to kogoś interesowało – do przodu jeździ stosunkowo normalnie), jest badassowa muzyka i są badassowe splattery za głową po dostaniu w nią kulkę. A potem wszystko zaczyna się gmatwać wraz z pojawieniem się pewnego płatnego zabójcy z życiowymi dylematami i laską, która przez cały film praktycznie chodzi w staniku (a czy ja mówię, że to źle? 😛 w jej roli lostowa Shannon – w filmie pojawia się też dexterowa Debra, ale nie wnosi nic ponad uporczywą myślą, że gdy ten tego z The Rockiem to przecież musiał ją zgnieść innego wyjścia nie ma). Nie wiem, po kiego grzyba oni w tym filmie i pewnie nigdy się nie dowiem. Domyślam się jednak, że twórcy filmu chcieli zrobić coś ponad prosty schemat zemsty i uatrakcyjnić go. Nie wyszło. Moim zdaniem mieli nadzieję na to, że wyjdzie im tarantinowska historia tyle, że na początku jej tworzenia Tarantino wyszedł po fajki i do tej pory nie wrócił. No i sami musieli sobie poradzić. BTW nie wiem, czy ta metafora nie jest za głęboka, więc tak dla akt dodam, że QT nigdy nic wspólnego z tym filmem nie miał, a przynajmniej mnie o tym nic nie wiadomo, a jak się pewnie domyślacie – nie sprawdzałem :)

Jeszcze jednym bólem „Faster” jest jego trailer. Niestety, złudzenie, że opowiedziany w nim został cały film, okazało się, że nie jest złudzeniem. Ot, tak właśnie było. No i problem jest jasny, a różnica między opowiedzeniem tej samej historii w dwie minuty, a w minut dziewięćdziesiąt oczywista. Oczywiście też trochę przesadzam, ale niewiele. Wystarczyłoby do trailera dokleić ostatnie 10 minut i voila, wyszłoby z grubsza to samo.

I wielka szkoda, że jest tak a nie inaczej. Bo to naprawdę fajnie nakręcony film olewający sikiem prostym PG13. Jest krew, są przekleństwa, jest badass bohater i jego prosta misja do wykonania, którą to misję wykonuje w sposób przyjemny dla oka. I zamiast zakombinowanej fabuły życzyłbym sobie więcej krwi, więcej trupów i przede wszystkim częstszego udowadniania, że nasz bohater jest dobrym kierowcą. Bo jeśli ktoś liczył na przeniesionego na ekran komputerowego „Drivera”, to się przeliczył. A gdyby moje życzenia zostały spełnione, to film z pewnością miałby o wiele wyższą ocenę.

Zanim odejdą wody [Due Date]

Przyznaję, głupio trochę wyszło, że „Due Date” dostanie najniższą ocenę ze wszystkich filmów, jakie znalazły się w tej megarecce, ale nic nie poradzę na to, że oglądałem go bez absolutnie żadnych emocji, a zaśmiałem się może ze trzy razy. Choć przyznaję (i to już drugie przyznanie w jednym akapicie), że żarty, z których się zaśmiałem trzymały wysoki poziom i warte były mojego zaśmiacia się :) a zaśmiacie się to było o wiele bardziej wartościowe, niż śmiech z tego, że ktoś np. puszcza bąka (rzadko mi się zdarza, ale się zdarza – znaczy zaśmiać się z puszczenia bąka ;P). Reasumując: 5/10

A może to dlatego, że po prostu nie kupuję kina Todda Phillipsa. „Kac Vegas„, który swoje zarobił i swojego szumu narobił, dupy mi nie urwał, choć podobał się bardziej niż „Due Date”. I kiedy tak przeglądam teraz filmografię Phillipsa, to jedynym filmem, który naprawdę lubię jest tam „Road Trip”. Ślepy nie jestem, „Road Trip” to absolutnie nie ta klasa co „Due Date” i porównywać nie ma co, ale nic nie poradzę, że lepiej się na tym pierwszym bawiłem. A na drugim nie bawiłem się w zasadzie w ogóle. Galifanaikis, czy jak to się tam pisze, jest dla mnie nieśmiesznym kolesiem, który wszędzie gra to samo, a i kultu Roberta Downeya Juniora nie uprawiam. I to wszystko musiało się złożyć na moje chłodne przyjęcie „Due Date”, który przecież przypadł do gustu wielu widzom, co znaczy, że obiektywnie zły nie był (Quentin łaskawy). Subiektywnie jednak nie dał rady.

Oto nasz bohater, który musi przejechać przez całe Stany w towarzystwie nieznośnego świeżo upieczonego znajomka z psem (jedyna rzecz, dzięki której na seansie nie zasnął Asiek). Towarzystwo wannabe aktora staje się z każdym kilometrem coraz bardziej nieznośne, ale nasz bohater większego wyjścia nie ma. Przeto poznaje po drodze całą gamę innych dziwaków, którzy sprawiają, że tej podróży nigdy nie zapomni. Szkoda tylko, że żaden z nich nie jest ani trochę do polubienia dla mnie jako widza, a ich próby mnie rozśmieszenia są całkiem nieudane.

Pomyślicie: spodziewałeś się szalonej komedii, to teraz nic dziwnego, że nosem kręcisz skoro ten film to coś więcej niż komedia i ma do zaoferowania dużo więcej poważnych życiowych przemyśleń niż tylko miałby skłaniać do śmiechu. Nie ucieka w rozśmieszanie pierdzeniem, ale momentami ociera się o film obyczajowy, a humor staje się bardziej łagodny, inteligentny i niedosłowny. Aha, szczególnie w scenie masturbacji.

Shaolin

Nie ma najmniejszych szans, żeby najnowszy film o słynnym klasztorze wywarł na kimś choć 1/4 takiego wrażenia, jakie na całym pokoleniu domorosłych kinomanów wywarł „Klasztor Shaolin”. To tylko i wyłącznie sprawnie opowiedziana i nakręcona historyjka, w której kung fu jest tylko pretekstem, a nie celem samym w sobie. Próżno tu szukać następcy Jeta Li, ale i nie taki zamiar pewnie przyświecał twórcom filmu, którzy w rolach głównych obsadzili Andy’ego Laua, który nigdy ikoną fa fu nie był oraz Jackiego Chana. Chana, który już ikoną fa fu jest, ale tu gra kucharza, który nie zna kung fu.

Jeśli więc zabierzecie się za oglądanie „Shaolin” to nie nastawiajcie się na Bóg wie jakie pojedynki, bo ich tam nie ma. Oczywiście, walk jest całkiem sporo (niestety ze sznurkami :( ), ale nie przysłaniają fabuły, która jest tu na pierwszym planie. A że fabuła nie jest jakoś specjalnie porywająca, a sam Shaolin bardziej do wyobraźni widza przemawia niżby miał stanowić atrakcję filmu (którego akcja mogłaby się dziać w zasadzie w każdym innym miejscu), to choć wyszło dzieło sympatyczne i bezbolesne, to jednak w żadnym wypadku nie wybitne, ponadczasowe, czy nawet niezapomniane. Ot taka standardowa siódemka. 7/10.

Oto demoniczny wódz zostaje w walce o władzę zdradzony przez swojego brata i ledwo z życiem uchodząc trafia do Klasztoru Shaolin, który parę dni wcześniej zbezcześcił. teraz jednak mięknie mu rurka i powoli zaczyna przeglądać na oczy. Goli się na łyso, chwali Buddę i uczestniczy w życiu oraz treningach miejscowych mnichów. Przeszłość jednak nie daje mu o sobie zapomnieć i znów zmuszony jest do walki ze zdradzieckim bratem, który przez ten czas urósł w siłę i zwiększył swoją demoniczność o +100.

Już myślałem w trakcie seansu, że będę mógł napisać, że chyba po raz pierwszy w historii azjatyckiego kina akcji zatrudniono białych aktorów, którzy nie sprawiali wrażenia wziętych z europejskiej wycieczki do Hong Kongu, ale niestety przy końcu filmu ich czar prysł. Innych oryginalnych i wartych wzmianki rzeczy w nowym „Shaolin” nie zauważyłem. Solidna, ale i przeciętna produkcja kopano-historyczna rodem z Azji.
(1079)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.