The Karate Kid

Wieczór jak każdy w domu Smithów. Will i Jada leżą sobie w łóżku i liczą pieniądze.

WILL
Brakuje miliona, wiesz coś o tym?
JADA
A tak, zapomniałam ci powiedzieć. Upadł mi na ziemię, gdy wracałam ze sklepu i nie chciało mi się schylać.
WILL
Aha… Słuchaj, zastanawiałem się dzisiaj nad karierą Jadena i przyszedł do głowy pewien pomysł.
JADA
Napisze książkę?
WILL
Nie no, to obciach, wszyscy dzisiaj piszą książki. Myślałem o nowym filmie.
JADA
Słucham, słucham.
WILL
Tak się zastanawiałem nad wyborem repertuaru. Jaden udowodnił już, że umie grać w poważnych filmach, kino science fiction też mu podchodzi. Czas chyba na jakiś film akcji.
JADA
Nie za młody, żeby już zabijać?
WILL
No właśnie, trzeba to jakoś inteligentnie podejść. I dlatego wymyśliłem, że może byśmy zrobili nową wersję „Karate Kida”. Teraz jest czas na remaki, ludzie kochają oryginał, chłopak będzie mógł udowodnić, że potrafi się znaleźć w kinie akcji itd. Zatrudnimy jakiegoś gwiazdora do pomocy i powinno wypalić.
JADA
A słuchaj, jest problem. Jak w filmie zaczną bić dzieci, to dostaniemy wysoką kategorię wiekową.
WILL
Też to rozkminiłem. Przeniesiemy akcję do Chin i już. Wiadomo, że nie można bić w filmie amerykańskich dzieci. Ale jak pobijemy kilku Chińczyków to luz.
JADA
Kocham cię.
WILL
Ja też cię kocham.

Może i jestem niesprawiedliwy, ale wydaje mi się, że lansowanie swojego syna tak wyjątkowo na siłę popsuło cały projekt. Taki sam film z innym aktorem pewnie oceniłbym ciut wyżej. I tak będzie 6/10, bo pomijając Jadena film jest niezły (jak na kino familijne – a w tym przypadku słowo „familijne” jest wyjątkowo dwuznaczne), ale jakoś nie zauważyłem niczego wyjątkowego w Jadenie, co potwierdzałoby jego sens pojawienia się w tym filmie. Niczego poza słynnym tatusiem i słynną mamusią. Z karate/kung fu jest u niego słabo, co w sumie w niczym nie przeszkadza akurat w tym filmie, bo i w oryginale Jean Claude Van Damme nie występował, a aktorsko tym razem mu nie wyszło. I nie pomogło, że do skromnej roli jego kolegi zatrudniono jeszcze gorszego blondaska, na którego tle mógłby świecić.

Oto matka z synem przenoszą się do Chin. Szok kulturowy to małe piwo w porównaniu z grupką smarkaczy, która szybko bierze sobie na cel naszego małego bohatera i tłucze go bez opamiętania przy byle okazji. Nic jednak nie trwa wiecznie. Nasz bohater postanawia nauczyć się kung fu i odpłacić prześladowcom pięknym za nadobne. Okazja do nauki znajduje się bliżej niż myśli – cieć budynku, w którym mieszka okazuje się całkiem niezłym, choć mocno skrytym, fajterem.

Tak się teraz zastanawiam i dochodzę do wniosku, że w sumie mam do napisania o tym filmie właściwie tylko złe albo złośliwe rzeczy. A mimo to 6/10. Dlaczego? Nie wiem. Może dlatego, że nie ma w tym filmie niczego aż tak złego, żeby było mniej. Prosty jest i łopatologiczny, ale to ostatecznie film dla młodych widzów i to ich ma nauczyć paru prawd o życiu. Banalnych, bo banalnych, ale jednak ważnych. Że honor, że duma, że upór i że inne ble, ble, ble. I to raczej robi dobrze, choć dla widzów starszych jest domyślam się ciężko strawne w tak kawanaławowym wykonaniu.

Nowy „The Karate Kid” jest filmem lepszym w pierwszej swojej połowie. Może to dlatego, że trwa ponad dwie godziny i siłą rzeczy im dłużej trwa, tym bardziej męczy. W każdym bądź razie nie trzeba czekać długo na to aż się rozkręci, bo szybko dostajemy parę zabawnych scenek, które pozytywnie nastawiają do seansu. Na tyle pozytywnie, że potem już siłą rozpędu siedzi się przy filmie do końca. A byłoby pewnie jeszcze lepiej, gdyby scenarzyści nie postanowili zrobić z głównego bohatera idioty. A idiotą jest sporym, choć pewnie w założeniu miało to być sympatyczne. Nic z tego. Od samego początku trudno czuć do niego sympatie i w zasadzie traktuje się z ulgą to, że dostaje wciry, bo to znak, że trochę się zmieni. Ale zanim się zmieni rzuca kurtkę na ziemię pod samym wieszakiem i nie chce mu się jej podnieść, w koszykówkę grać nie umie, jest na tyle naiwny, że wierzy, że ogra w pingponga Chińczyka (kaaamaaan), nie ma pojęcia kto to jest Bach, a dziewczynę podrywa tekstem o puszczaniu gazów. A to tylko 20 minut. I choć mężczyznę podobno poznaje się po tym, jak kończy a nie jak zaczyna, to ja już do końca nie umiałem trzymać z nim sztamy i kibicować mu, żeby wygrał. Inna sprawa, że trudno było, żeby nie wygrał.

Można by jeszcze narzekać (że Chiny są w tym filmie mega piękne (ach ten park, w którym wszyscy uprawiają sporty :) ), że woskowanie samochodu zamieniła wyjątkowa bzdura z kurtką itd.), ale w sumie po co. Film jest ładnie i profesjonalnie nakręcony, muzyka jest niezła (choć i tak w trailerze była lepsza), na Jackiego Chana zawsze miło popatrzeć (fajnie mu dosunęli na początku, że angielski pana Hana jest perfekcyjny) nawet jak leje dzieci – jednym słowem legenda (której kolejnym nawiasem mówiąc nigdy nie lubiłem) nie ucierpiała. Choć całość mogła być dużo lepsza.
(1064)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.