Persona. Marilyn

Chyba jeszcze żaden spektakl Krystiana Lupy nie wywołał aż takich kontrowersji. Wstrząs budzi sama tematyka i drastyczna odwaga w jej zaprezentowaniu. Krakowski reżyser, który przez lata wędrował szlakami Dostojewskiego i Austriaków w poszukiwaniu prawdy o ludzkiej osobowości rozbiera mit gwiazdy, zatrzymuje czas, dając swojej bohaterce szansę dotarcia do wnętrza własnej jaźni. W przedstawieniu nakładają się na siebie wysiłek Sandry Korzeniak mierzącej się z mitem i szukającej prawdy o Marilyn Monroe, tragedia samej Marilyn, ogarniętej graniczącą z szaleństwem obsesją zagrania Gruszeńki z „Braci Karamazow”, histeria Gruszeńki próbującej w zmaganiu z samą sobą dotrzeć do istoty swojego „ja”. Marilyn Sandry Korzeniak ma obsesję Gruszy – nie wiadomo, kiedy zaczyna ją grać, a kiedy kończy. Demonstruje kobietę jakby wyjętą z własnych „bebechów”, rozpiętą pomiędzy depresją a niemożnością artykulacji siebie. Autotematyzm nie jest wyrazem pychy, ale środkiem do poznania tajemnicy artysty, metodą niezbędną do zdefiniowania „osoby” w sztuce…

No dobra, jaja sobie robię. Powyższy akapit to fuzja recenzji Anny R. Burzyńskiej z „Dwutygodnika” oraz Łukasza Drewniaka z „Przekroju”. Ale koniec śmichów chichów, bo teraz zaczynają się schody i recenzję tytułowego spektaklu w Teatrze Dramatycznym piszę ja. Fan „Żołnierzy kosmosu”.

Oto pusta hala zdjęciowa vel magazyn, w którym kiedyś tam kręcił swoje filmy sam Charlie Chaplin. Obecnie zagracone wnętrze zajmuje kilka stołów z posłaniem na nich, walające się butelki whisky oraz mandarynki, trochę sukienek, rower i fotel dentystyczny, który zgodnie ze złotą zasadą dramatu wystrzeli w ostatnim akcie. W takiej scenerii spotykamy Marilyn Monroe (świetna Sandra Korzeniak; reszta obsady nie przekonała mnie niczym), która ubrana jedynie w sweter bełkocze pod nosem coś, co nie wiadomo czy jest już jej słowami, czy może jeszcze tekstem dostojewskiej Gruszy. Nie jesteśmy jednak jedynymi świadkami rozkładu gwiazdy na czynniki pierwsze. Nim skończy się ta noc, boginię seksu odwiedzi w tym odludnym azylu kilka ważnych dla niej osób – Paula Strasberg (Katarzyna Figura) guru od aktorstwa, Andre De Dienes (Piotr Skiba) – guru od fotografii, doktor Ralph Greenson (Władysław Kowalski) – guru od psychoanalizy oraz Francesco (Marcin Bosak) – guru od wtapiania swojego rowka w siodełko roweru.

Zmiana tonacji tej notki (darujmy sobie słowo „recenzja” w tym przypadku) w momencie wspominania o Francesco nie pojawiła się przypadkowo, gdyż to nadal ja, Quentin, a nie jakiś świeżo mianowany specjalista od teatru. Nie jestem nim, nie chcę być, nigdy nie będę. Na teatrze się nie znam. A goły tyłek Marcina Bosaka traktuję jako ten najważniejszy moment, w którym Krystian Lupa ostatecznie odsiewa na widowni teatralne ziarno od plew. Widok krążącego na rowerze wokół śpiącej Marilyn gołego gwiazdora „M jak miłość” to swoisty punkt kulminacyjny, w którym budzą się chyba tylko dwie rzeczy:
1). Podziw dla reżysera, który do końca spektaklu może być już tylko większy.
2). Głośny śmiech, który do tej pory skrywany był pod próbą zrozumienia słów płynących z desek teatru; ostatecznie uwolniony wraz z ironicznym komentarzem o roli życia aktora, który miał dość telenoweli.

Nie zdziwi już zapewne nikogo, że we mnie obudził się punkt drugi i szczerze powiedziawszy jakoś nie jest mi wielce wstyd z tego powodu. Może i być powinno, ale nie jest. I nie sądzę, że jestem jednym z niewielu, który nie zrozumiał prawdy objawionej przez Lupę. Wręcz przeciwnie. Całkiem mi z tym jednak dobrze i nie mam panicznych myśli „a może coś ze mną jest nie tak?”, bo wiem, że nie. „Persona. Marilyn” to jeden z tych utworów (nie piszę „sztuk”, bo wiele ich nie widziałem; więc przez „utwór” rozumiem wszystko od fraszki przez dzieła wybrane Lenina po Biblię), które na pierwszy rzut oka sprawiają wrażenie bełkotu, a na drugi rzut wcale nie przekonują do tego, że ci, którzy je Rozumieją, rzeczywiście to robią. Bo, moi drodzy, w tym „egzystencjonalnym pierdoleniu o niczym” może i jest jakiś sens, ale całkiem możliwe, że wcale go tam nie ma. I nie mówię tu o sensie sensu stricte, bo ten jest wiadomy. Marilyn zmaga się sama ze sobą tocząc niemożliwą do wygrania walkę z własnymi demonami itp. itd. Mówię o doborze słów, które posłużyły reżyserowi/autorowi sztuki do wydobycia tego właśnie sensu i rozszyfrowania krętych ścieżek umysłu omamionej środkami antydepresyjnymi alkoholiczki. Bo _może_, cóż za straszna myśl, to nie jest tak, że oni z tej sceny wydaje się, że gadają bez sensu – oni po prostu rzeczywiście gadają bez sensu. Przerost formy nad treścią w słownikowym wydaniu.

Inna sprawa, że do Teatru Dramatycznego poszedłem bez przygotowania. Tak jak żołnierz na wojnę idzie z karabinem, tak przed pójściem na „Personę. Marilyn” powinno się pójść świeżo po lekturze „Braci Karamazow”. Bez tego wszelkie psy są pogrzebane – szczególnie, że nie ma absolutnie nikogo, kto by biednemu widzowi laikowi ułatwił ogarnięcie tego, co ze sceny próbują mu przekazać do tego jego pustego łba, który potem będzie siedział po nocy i płodził notkę o sztuce, której nie był targetem.

Człowiek inteligentny, dziecię Pokolenia Ą i Ę wyjdzie z teatru uduchowiony i zbudowany. Prostak stwierdzi, że czuje się jak klient burdelu – zapłacił kasę, żeby pooglądać gołe dupy. Miło mi, prostak jestem.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.