Sons of Anarchy, 3×13

Disclaimer: raczej bez SPOILER-ów, ale co złego to nie ja 😛

No i pierwszy tegoroczny jesienny serial już za nami. Żadna tam zimowa przerwa, a pełnoprawny koniec sezonu poleciał i teraz poczekamy sobie z rok na sezon kolejny. A co za tym idzie (że koniec, a nie że poczekamy) odcinek i sezon zasługują na osobną notkę, a nie kiszenie jej w „Serialowie”.

Jest jeszcze jeden powód, dla którego ten właśnie odcinek zasługuje na osobne potraktowanie – otóż nie przesadzając był on wybitnie znakomity i naprawdę wysoko postawił poprzeczkę w temacie sezonowych zakończeń. Szczerze powiedziawszy, nie jestem przekonany czy jakikolwiek serial zakończy się w tym sezonie lepiej. Z pewnością będzie to piekielnie trudne do osiągnięcia.

Poczytałem sobie troszeczkę opinie o zakończeniu sezonu i pierwsze co rzuciło mi się w oczy to nawoływanie do przepraszania pana Suttera przez wszystkich, którzy jechali na ten sezon i psioczyli, że jest słaby. Otóż nie mam zamiaru tego robić, bo – głównie – nie kupuję śpiewki, że to taki serial, który trzeba obejrzeć do końca, a nie oceniać po kolejnych odcinkach, które są tylko środkiem do opowiedzenia jakiejś zamykającej się całości. Sorry, Winnetou, jak nudzę się na odcinkach, to się nudzę i żadna, nawet wybitna, końcówka nie zmieni tego, że ziewałem. A żadne pozamykane ładnie wątki nie sprawią, że zapomnę o zapychaczach typu ojca Gemmy i gwatemalskiej pokojówki, które do rozwoju fabuły nie wniosły nic.

Tak więc moje zdanie o sezonie jest takie samo jak było – był słaby. Nie przeszkadza mi to jednak w podniecaniu się finałowym odcinkiem, który – jak już napisałem – po prostu rządzi kolokwialnie mówiąc. Mam jakieś niejasne wrażenie, że nie wszystko się tam układało do kupy, ale nie mam najmniejszego zamiaru szukać co by to miało być. Bo dawka emocji, jakie zapewnił mi ten odcinek wystarczyła, żebym nie marnował czasu na szukanie jakichś dziur czy nielogiczności, które i tak nic by nie zmieniły. Dalej uważałbym ten odcinek za wybitny.

Trudno mi powiedzieć, czy wolałbym sezon na wyższym poziomie, a zakończenie nieco słabsze, czy może tak jak jest, czyli na odwrót. Na chwilę obecną chyba to drugie, bo trudno pamiętać to, na czym się wynudziło. Lepiej mieć w pełni satysfakcję z piorunującego zakończenia, które nie pozostawiło niedosytu. I choć znów ROT13 mnpvhxnyv zbwą hyhovbaą cbfgnć j frevnyh gnx fnzb wnx an mnxbńpmravr qehtvrtb frmbah ROT13 to tym razem nie mam o to pretensji. A to tylko świadczy o tym, że 3×13 mi się podobał.

Jedna rzecz w trzecim sezonie od początku do końca stała na wysokim poziomie – muzyka, a konkretniej rzecz biorąc piosenki ilustrujące akcję. Nie inaczej jest w 3×13, gdzie takich muzycznych perełek jest kilka. Dodają one serialowi niesamowitego poweru i bez nich odcinki byłyby o wiele uboższe.

No i cóż? Stuknę jeszcze, że samo zakończenie (koniec końca) mogłoby być z jeszcze większym pieprznięciem, bo nie powiedziano nam w nim niczego, czego byśmy nie wiedzieli, ale nie piszę tego jako zarzut, tylko ot taką uwagę. Zresztą może i lepiej, że nie próbowali przekozaczyć, bo naprawdę wyszło świetnie.

Czekam na czwarty sezon.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.
www.VD.pl