Serialowo, s03e09

Czyli krótka piłka o serialach, które nie miały okazji załapać sie na osobną notkę, a zbiorczej się nie doczekały. Standardowo – przeważnie mowa o ostatnich odcinkach, więc nawet, jeśli jest jakiś wyjątek od tej reguły, to przed przystąpieniem do czytania lepiej być zaznajomionym z bieżącymi odcinkami, żeby potem nie jęczeć o spoiler.

The Walking Dead

Problem z tym serialem jest według mnie głównie jeden. Otóż twórcy założyli sobie, że nie ma to być serial o rozwalaniu zombie, tylko serial o ludziach i tym, z czym zmuszeni są się zmagać w świetle zombieapokalipsy. Zamiast o headshotach, to o związkach międzyludzkich. OK, założenie zbożne i nie mam nic przeciwko, tylko… Z serialu nie dowiadujemy się niczego, czego byśmy gdzieś wcześniej nie widzieli. Bohaterowie stają przed wyborami, przed którymi stawali bohaterowie dziesiątek filmów o zombie – niekoniecznie tych o stosunkach międzyludzkich, ale właśnie o rozwalaniu zombie. Ugryźli mi członka rodziny, mam dość, bo i tak to nie ma sensu, zabij mnie jeśli zamienię się w zombiaka itd.

Skoro więc w tym ambitnym założeniu owi twórcy się nie sprawdzają, a większość zachwytów da się słyszeć odnośnie rozwalania zombiaków, smarowania się jelitami i krwawymi dziurami w głowach, to znaczy tylko jedno – że założenia założeniami, a wykonanie pozostawia sporo do życzenia. A znów skupić się tylko na rozwałce nie można, bo się zacznie narzekanie, że to tylko bezmyślna rozwałka bez jakiejś głębi.

No i jest problem, którego zwolnienie scenarzystów, jakie stało się udziałem biedaków skrobiących serial, wcale nie musi być rozwiązaniem.

Serial jest OK, do oglądania zmuszać się nie muszę, ale stanowczo za dużo w nim przynudzania pod przykryciem rzekomej głębi, której tu nie widzę. Jutro finał sezonu, więc pewnie nic się w tej kwestii nie zmieni, ale jeśli w drugim sezonie bohaterowie będą wciąż mieć te same dylematy, co bohaterowie horrorów gore, to obawiam się, że mogę nie przetrzymać dłużyzn.

***

Survivor

Seria wciąż pokutuje za błędy z początkowych odcinków. Na szczęście od czwartku powinno już być do końca nieźle, bo zapowiada się czysto survivorowa rozgrywka pomiędzy ostatnimi z uczestników, którzy się ostali. I dobrze, bo ostatnie dwa odcinki raczej na straty. Jeden na pewno, bo podsumowanie tego co wydarzyło się do tej pory zawsze jest moim najmniej ulubionym momentem serialowego sezonu, a drugi częściowo. Bo wiadomo było, że skoro laski postanowiły odejść, to jedynym co mogłoby zaskoczyć byłoby gdyby któraś z nich się rozmyśliła. I tyle napięcia. A na dodatek ta reklama Guliwera i zawodnicy zapewniający, że im się podobał (przynajmniej po oczach jednego było widać, że go boli, iż musi tam mówić, bo mu za to płacą).

Przetrwaliśmy najgorsze – teraz powinno być już tylko dobrze.

***

Czas honoru

Kto by pomyślał, że najbardziej wkurzająca postać będzie miała najwięcej oleju w głowie?

Kto by pomyślał, że twórca „w następnym odcinku” będzie taki nieuważny i zacznie zajawkę od zapowiedzenia wydania wyroku na Bronku, a skończy na scenie, w której Bronek ładuje karabin i idzie razem z kolegami kogoś rozwalić.

Poza tym nic w temacie „Czasu honoru” się z mojej strony nie zmieniło. Co o nim sądzę jest w poprzednich odcinkach „Serialowa”.

***

The Event

Myślę, że cancel jest już tylko sprawą godzin. Na dwóch ostatnich odcinkach usnąłem (jeden oglądałem w nocy, drugi rano innego dnia, więc nie ma mowy o tym, że uśpiło mnie coś innego niż serial), więc raczej nie ma o czym gadać.

Serial zły nie jest, ale skoro muszę się zmuszać do jego oglądania, to chyba coś jest nie tak i trzeba tę pępowinę w końcu uciąć.

***

Boardwalk Empire

Sytuacja bardzo podobna do tej z „The Event” się robi, aczkolwiek w tym przypadku jeszcze dość daleki jestem od cancela. A to dlatego, że jakość artystyczna nazwijmy to nieporównywalnie większa jest w przypadku „Boardwalk Empire”. Dolary wydane, aktorzy nieźli zatrudnieni, dbałość o realia świata, który minął spora – to wszystko sprawia, że serial ma przewagę. Choć nie skłamałbym, gdybym powiedział, że momentami nudzi mnie podobnie.

A Margaret to mnie niedługo tak będzie wkurzać jak Ginger z „Kasyna”, która od dawna jest dla mnie najbardziej wkurwiającą postacią żeńską w historii kina. To Scorsese i to Scorsese – najwyraźniej przypadku nie ma :) ale wkurza mnie ta Irlandka, cytując klasyka, niemożebnie.

W tym sezonie to już raczej niemożliwe, ale w następnym – jeśli taki będzie – przydałoby się zatrudnić kogoś, kto jakąś wciągającą fabułę napisze, na której ciąg dalszy widz by czekał. Bo na razie średnio na to czekam, a wszelkie serwowane rozwiązania póki co spływają po mnie jak woda po kaczce.

***

Glee

Wydaje mi się, że dopóki u gleeków nie wylądują kosmici, to serial zniknie z „Serialowa”. Nie dlatego, że mu daję cancela, czy że jest kiepski, ale dlatego, że podobnie do „Czasu honoru” mam o nim dość wyrobioną opinię, którą musiałbym powtarzać za każdym razem.

Bardzo lubię oglądać, fabułą przejmuję się średnio, a kwintesencją są dla mnie piosenki, na które w każdym odcinku czekam, ignorując trochę naiwną fabułę (powtarzam się). Nie podnosi mojego ciśnienia ani na trochę los któregokolwiek z bohaterów niezależnie od tego czy ma złamane serce, czy na jego dupsko dybie osiłek o polsko brzmiącym nazwisku. OK, nie macie łatwo, ale śpiewajcie już.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.