Diabeł [Devil]

Jestem w kropce. Mam ochotę zacząć standardowo od OT narzekania, ale myślę, że nie to chcecie czytać w tekście o filmie z tytułu. Zrobię więc inaczej – pozwolę Wam zdecydować! Mam zacząć od narzekania czy od razu przejść do sedna? Wybierajcie…

No proszę, wybraliście, żebym zaczął od narzekania. Zdziwiłem się takim wyborem, ale cóż, skoro taka jest wola ogółu… Inaczej miał wyglądać ten koniec roku. Miałem chęć na oglądanie filmów, ale nie miałem czasu. A jak mam czas, to chęć gdzieś sobie poszła. I zamiast kilku recek na koniec roku, będzie ich zaledwie dwie trzy. A może i nie tyle, bo niepotrzebnie zacząłem dalej oglądać „Friday Night Lights” i teraz trudno się oderwać.

A teraz do sedna.

Po zwiastunie wydawało się, że jest nadzieja na to, iż M. Night Shyamalan powoli wraca do formy. Co prawda w przypadku tego filmu tylko podzielił się z jego twórcami pomysłem (choć myślę, że to było coś na zasadzie – pięć osób utknęło w windzie, dalej kombinujcie), ale tak właśnie najlepiej wracać do siodła – małymi kroczkami. No i właśnie zachęcający trailer (widzieliście kiedyś niezachęcający trailer? sam często daję QP-y, ale to dla filmów, a nie dla zwiastunów przecież) nastawiał pozytywnie do finalnego dzieła i dawał nadzieję na to, że Straszny Hindus nakręci jeszcze kiedyś coś na miarę „Unbreakable”.

Po seansie niestety nadzieja się rozwiała, bo „Diabeł” to marny filmik, w którym nie znajduję wielu pozytywnych rzeczy.

Pewnego dnia w centrum wielkiego miasta ktoś wyskakuje z pietra wieżowca i, no proszę, nikt tego nie zauważa. Sprzątacz w wieżowcu przynajmniej miał na uszach słuchawki i mógł nie słyszeć, ale nie mówcie mi, że Filadelfia (bo to chyba była Filadelfia) o świcie jest pusta niczym po epidemii zombie. Łotewer. Później tego samego dnia w tym samym wieżowcu pięcioro ludzi zostaje zatrzaśniętych w windzie i nie sposób udzielić im szybkiego ratunku. Zamiast tego udziela im się rosnąca paranoja, o którą nietrudno w sytuacji, gdy co jakiś czas ktoś, nie wiadomo kto, robi im kolejne kuku korzystając z przerwy w dostawie prądu. Sytuacja się zagęszcza, gdy pojawia się pierwszy trup.

Jedno „Diabłowi” trzeba oddać. I nie będzie to łatwe, bo nie potrafię oddać słowami tego, co mam na myśli :) Otóż film ten ma dokładnie taki klimat (i już samo „ma klimat” jest komplementem), jaki lubię. Nie umiem go opisać, ale go lubię. Klimat filmu z prostym pomysłem i wykonaniem trzymającym się ściśle tego pomysłu bez odlatywania nie wiadomo gdzie. I ze stosowną do tego wszystkiego realizacją na dobrym poziomie filmu rozrywkowego bez ambicji idącej w stronę trzęsącej przy dialogach kamery, czy specjalnym „poniebieszczeniu” obrazu, żeby „zdjęcia oddawały chłód czegoś tam ble ble”. I, o dziwo, chyba trudno taki klimat uzyskać, bo stosunkowo rzadko się z nim w kinie spotykam. Próbowałem wymyślić jakiś film na przykład, a do głowy przyszedł mi tylko „Cellular„. No ale mam zaspaną głowę, więc myślenie i wyrażanie szczątków myśli w słowach mi nie idzie.

Poprzedni akapit to jedyne dobre słowa, jakie jestem w stanie wykrzesać z siebie w stosunku do tego filmu. Cała reszta mnie niestety znudziła. I nie chodzi o to, że nic się nie działo, czy może aktorzy byli drętwi (choć byli) albo dialogi bolały uszy. Chodzi o to, że ta prosta historyjka okazała się za prosta, żeby mnie porwać. Z zegarkiem w ręku można było odmierzać kolejne wstrząsy akcji, która co prawda nieuchronnie i szybko (bo to krótki film) zmierzała do rozwiązania, ale z każdą sekundą coraz bardziej się obawiałem, że to rozwiązanie będzie bezczelne. I rzeczywiście okazało się bezczelne. Twista na koniec się nie doczekałem, a żeby było śmieszniej – wtrącony do filmu nie wiem po co narrator dodatkowo z każdym zdaniem dopowiadał mi, co za chwilę obejrzę. U nas mawia się na to czasem „no tak, durnym Amerykanom wszystko trzeba dokładnie wytłumaczyć, bo jeszcze by się nie domyślili”). Wiecie, jak ta stopklatka w „Bękartach wojny” i napis: „Shoshana cztery lata później” (nie sprawdzam, może imię się inaczej pisze, a przedział czasowy był inny – to nie ma znaczenia).

No bo weźcie jednozdaniowe streszczenie fabuły do przeczytania na IMDb lub przetłumaczone na Filmwebie. ZaROT13uje, gdyby ktoś nie miał zwyczaju czytać takich rzeczy, choć to niepotrzebne skoro tytuł filmu jest taki a nie inny. Ale też zdradzę zakończenie, więc, żeby nie było, że nie ostrzegałem.

ROT13

„N tebhc bs crbcyr genccrq va na ryringbe ernyvmr gung gur qrivy vf nzbat gurz”. V jvrpvr pb fvę bxnmhwr? Emrpmljvśpvr wrqalz m cnfnżreój jvaql wrfg qvnorł! Xbavrp svyzh. (Gnx, jvrz, gra natvryfxv „qrivy” qnwr jvęxfmą zbżyvjbść vagrecergnplwaą j cbeójanavh qb cbyfxvrw xnjl an łnję, ob eójavr qboemr zbżan gb głhznpmlć wnxb „młb”).

Anwjvęxfmlzv fmpmęśpvnemnzv j xbagrxśpvr grtb svyzh fą wrtb gjóepl v fnz qvnorł. Pb ol gb objvrz olłb, tqlol fvę bxnmnłb, żr bpuebavnemr v cbyvpwnapv cbgensvą pmlgnć? Avr olłbol gjvfgn, n qvnołn zbżr hqnłbol fvę cemrtbavć wnxąś śjvępbaą jbqą mnavz jfmlfgxvpu cbjlovwn.

/ROT13

Reasumując: 5(10)
(1057)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.
www.VD.pl