Serialowo, s03e05

Na początku zaznaczam, że chodzi o wrażenia po aktualnych odcinkach każdego serialu. Tyle tego, że już mi się zupełnie porąbało, który ma jaki numerek.

The Walking Dead

Najbardziej oczekiwana serialowa premiera jesieni nie zawodzi pod względem wykonania i funu z oglądania. Można było mieć stracha wspominając prawdziwie straszną (w złym tego słowa znaczeniu) „Mgłę” reżysera TWD Franka Darabonta, ale na szczęście jakiekolwiek porównania z nią są zbędne i po prostu niemożliwe.

Jest więc sobie zastępca szeryfa, który zostaje ranny i zapada w śpiączkę. Gdy się budzi, cały szpital jest opustoszały, a po podłodze walają się ciała. WTF? Szybko dowiaduje się, że nowymi mieszkańcami okolic szpitala i reszty miasta są żywe trupy.

Ogląda się to wszystko bardzo dobrze, a rozmach jak na produkcję telewizyjną jest spory. Rozrywkowy (złe słowo, ale spać mi się chce i lepszego nie wymyślę) klimat podlany jest typowym amc-owym sosem charakteryzującym inne serialowe produkcje tego kanału. Co dziwne, jak na serial dozwolony od lat 14 jest w nim spora dawka makabry i bluzgającej krwi. Znaczy dziwne, że takie coś dają od 14 lat. Ja nie narzekam, bo splatter, choć komputerowy, jest tu przedni. Nie jest jednak tematem dominującym, a raczej dodatkiem do intrygującej sytuacji, w jakiej znaleźli się bohaterowie serialu.

Serialu, który dupy jednak nie urywa. A wszystko przez to, że nie ma w nim ani krzty oryginalności. Wszystko, co możemy tu zobaczyć już gdzieś było od „Bastionu” (żeby pozostać w klimatach serialowych), poprzez „28 dni później”, a skończywszy na „I Am Legend”. Dlatego tłum leżących na trawniku trupów kontrastujących z letnim i spokojnym dniem w opuszczonym mieście wrażenia nie robi takiego jak mógłby.

No i wkurzający jest główny bohater – szeryf, który nie jest w ogóle ciekaw tego, co się wydarzyło podczas gdy przebywał w śpiączce. W zasadzie nie ma żadnych pytań i przyjmuje sytuację taką jaką jest. I obawiam się, że te niedomówienia w następnych odcinkach będą twistem przez co rzeczywiście wspominanie o nich w pilocie byłoby bezsensowne. No ale coś za coś – mnie mierzi glina, który nie jest ciekaw WTF.

Z pewnością jednak „The Walking Dead” to murowany kandydat do oglądania i skłamałbym, gdybym napisał, że nie czekam na następny odcinek.

Hawaii Five-0

Cancel

Dexter

Cóż. Przykro to pisać o tak fajnym serialu, ale piąty jego sezon jak na razie jest strasznie marny. Niestety. Monologi wewnętrzne Deksa, choćby najlepiej na świecie napisane, nie są już taką atrakcją jak w poprzednich sezonach, szczególnie że idą w parze z całkowitym brakiem pomysłu na sezon. Takiego, który wyklarowałby się w pierwszych odcinkach i dałoby się go przedstawić w jednym zdaniu. A tak pomysł na serial „miota” się razem z serialową Lumen, która pojawia się i znika i choć cały odcinek wyjeżdżała, to na koniec przyjechała z powrotem i tak w koło macieju.

Biorąc pod uwagę zawód zamordowanego gwałciciela Lumen zapewne okaże się, że Dex będzie musiał pozabijać jakąś siatkę gwałcicieli z wysoką pozycją społeczną. Coś na wzór wyłapywanych u nas pedofili, wśród których są lekarze, księża, prawnicy itp. Czyli tzw. fundament społeczeństwa. Fajnie. Szkoda tylko, że tyle trwa ten rozruch, a w jego międzyczasie musimy oglądać telenowelowe romanse i zbędny watek Harrisona, który przy takim tempie rozwoju serialu nawet nie zdąży być dorosły przed jego zakończeniem. Co mnie więc obchodzą jego, rzekome bądź nie, mordercze skłonności i kolejne przepraszanie niańki? Nic.

Mnożą się zatem skuchy Deksa, łamanie przez niego kodeksu Harry’ego i inne rzeczy, na których nieodkrycie coraz trudniej przymknąć oko. OK, kumam, że nie zawsze chce złamać jakąś zasadę i staje przed koniecznością tego zrobienia i później martwienia się o konsekwencje, ale co za dużo to niezdrowo… A w ogóle to jak pisałem spać mi się chce i może skończę, bo i tak zapomniałem co to chciałem jeszcze napisać. A pointa ostatniego odcinka niech będzie gambitowe: Dobrego policjanta Quinn wynajął. Pojeździłby trochę i złapałby Dexa na dwóch morderstwach, ale pewnie zaczyna pracę dopiero od poniedziałku czy coś.

Boardwalk Empire

Serial nie błyszczy już tak na początku. Dalej ogląda się go fajnie, ale ta „fajność” jest z odcinka na odcinek coraz mniejsza. Brak mu jakiegoś pazura i „ordynarnych” twistów. OK, rozumiem, że nie jest to serial ordynarnych twistów, ale jeden czy drugi taki od czasu do czasu nie jest zły. A tak to coraz wolniej snuje się ta gangsterska opowieść i w zasadzie w miejscu stoi. Mam wrażenie, że odcinki pisane są tak, żeby w każdym dało się znaleźć jakąś perełkę czy niespotykaną scenę/postać, ale w całość nie układa się to porywającą. Czasem bluzgnie na ścianę mózg, a czasem pojawi się phantom z opery bez połowy twarzy i wtedy można pomyśleć: „łał, cool”, ale poza tym zostaje love story Nucky/Margaret, w którym nie ma ognia. Czego główna zasługa Margaret, która robi się postacią coraz bardziej denną. Żeby nie nazwać jej po imieniu.

Nie mam nic przeciwko gołym babom, których tu pełno, ale wolałbym porywający scenariusz, którego tu dostrzec nie potrafię. Są cool sceny, cool postaci, cool realizacja i jeszcze sporo cooli, ale w jakiś wielki cool się to nie układa. Co nie zmienia faktu, że TBE jest jednym z najlepszych obecnie lecących seriali. Ale szału nie ma.

The Event

Jest dobrze. Oglądam z przyjemnością, choć ciut ciut mniejszą niż na początku.

Czas honoru

Bez zmian – oglądam z przyzwyczajenia. Leci szybko i bez bólu. Akcje wywiadowcze typu „pogrzebię w radiostacji póki nikt nie patrzy, a potem odwiedzę ją w nocy, bo leży na wierzchu i nikt jej nie pilnuje” nie przeszkadzają mojemu samopoczuciu. Z pewnością będę wiernym widzem do samego końca serialu, czyli prawdopodobnie do sezonu numer cztery, który co wiem z dobrze poinformowanych źródeł, że powstanie.

Castle

Trafił w mój gust w stu procentach i nic się nie zmienia w tym temacie. Niedługo będę zupełnie na bieżąco i chyba z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że to aktualnie najlepszy serial, jaki oglądam.

Sons of Anarchy

Powtórzę za fejsem Q-Bloga – nigdy nie wiesz, jak nudny może być serial, dopóki nie obejrzysz odcinka SoA. Zadziwiające, na jakie psy zszedł ten serial. Widzę, że próbują go cały czas czynić atrakcyjnym, ale im (kimkolwiek są) się to nie udaje. Samcro w końcu dotarli do Irlandii i co? I nic. W usiech przynajmniej Stahl ożywiała serial, a teraz? Nic tylko niekończący się festiwal hugów i dziecinady w postaci dorosłych facetów w skórach udających megatwardzieli. Nuda, panie, nuda.

Ograniczenie tagów do siedmiu, każe mi w tym momencie skończyć.

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.