Projekt 2000 (Część 23)

„Uniwersalny żołnierz” [„Universal Soldier’]

…Niemożność napisania streszczenia fabuły tego filmu uświadamia mi, że zamiast porywać się z motyką na słońce, to lepiej wrzucić jakiś filmik, a pisanie Projektu odłożyć na czas, gdy nie będę wypluty i nie będzie mi się chciało spać…

Grupa żołnierzy XXI wieku, to najnowszy wynalazek w dziedzinie walki zbrojnej. Przypominające roboty chłopaki wchodzą na teren akcji, z chirurgiczną precyzją zabijają wszystkich, którzy są do zabicia po czym wracają, żeby dostać zastrzyk i iść spać. Jak to jednak zwykle bywa – nic nie jest tak piękne jak mogłoby się to z pozoru wydawać. Wkrótce jeden z ww. żołnierzy zacznie przypominać sobie, że pamięcią sięga do wojny w Wietnamie i ma wrażenie, że coś jest nie teges. W towarzystwie dociekliwej dziennikarki granej przez agentkę Stahl rusza na poszukiwanie prawdy.

Paradoksalnie nigdy nie byłem wielkim fanem tego filmu Emmericha. Jakoś tak fatalnie trafił na okres, kiedy człowiek wyrastał już z zachwytu wszystkim tym, w czym strzelają, a zaczął dostrzegać, że sporo takich filmów było po prostu marnych. Ale to nie tylko była taka „moja” data graniczna, ale i koniec Złotej Ery Video oraz czas, w którym kino wkraczało w trochę inny etap. I rzeczywiście – szybko potem JCVD i Dolph Lundgren przestali być jakimikolwiek wabikami do oglądania filmów z ich udziałem – a jeszcze chwilę wcześniej byli bogami ekranu. No i chyba to wszystko złożyło się na mój odbiór „Uniwersalnego żołnierza”, którym w normalnym przypadku (JCVD i Dolph razem w jednym filmie? WOW!) powinien zerwać mi beret z grzywki. I który przecież nie był złym filmem. A może za dobrym, żeby zagrały w nim dwa drewna?

Nie zmienia to faktu, że po film zapisałem się do wypożyczalni na jakiś czas zanim w ogóle wystartował na kasetach wideo i z tego co pamiętam po znajomości wysępiłem go poza kolejnością. Przyszedłem na trzy godziny przed otwarciem wypożyczalni, wziąłem film, obejrzałem i odniosłem z powrotem.

***

„Żelazny orzeł 3 – Asy” [„Iron Eagle 3”]

Mam niezmienny sentyment do tego filmu. Ile razy trafię na niego w telewizji to oglądam go z przyjemnością śmiejąc się z żartów i podziwiając muskulaturę Anny, pierwszej chyba Kobiety-Rambo w historii kina. A na pewno jednej z pierwszych. A właściwie to Kobiety-Commando, bo do kina trafiła ścieżką wydeptaną przez Arniego, czyli poprzez kulturystykę. Anna, czyli Rachel McLish, była pierwszą zwyciężczynią zawodów Ms. Olympia.

Patrzę teraz na IMDb i widzę 3.2/10. Eeee, dla mnie to spokojnie 8/10, bo akcje typu druglord z dzwonem na głowie nie zdarzają się często.

Chappy Sinclair (jeden z moich ulubionych aktorów ZEV – Louis Gossett Jr) wraz z kolegami emerytami leci pamiętającymi stare czasy samolotami do Peru, żeby rozprawić się z przemytem narkotyków… Czy film o takim storyline’ie może być zły? Nie może być.

Dużo humoru, dystansu do wszystkiego, akcji i wybuchów sprawia, że nie można się na tym filmie nudzić. Że głupi, że naiwny, że taki, że sraki – no owszem, sprzeczać się nie będę. Ale stopień jego rozrywkowości zapewnia mu pewne miejsce w moim guście i będę go bronił, gdy tylko będzie okazja ku temu.

No i na koniec warto też wspomnieć o obsadzie, bo jest nie byle jaka. Obok Gossetta rzucić możemy tu okiem na Sonny’ego Chibę na długo przed tym, jak zachodniemu widzowi przedstawił go Quentin Tarantino. A także na Horsta Bucholza, Christopher’a Cazenove’a i kilku innych aktorów, którzy często przewijali się w kinie tamtego okresu.

***

„Napad” [„Killing Zoe”]

Często zwykło się powtarzać, że Roger Avary został strasznie bardzo skrzywdzony przez Quentina Tarantino. Podsłuchał u Rogera wszystkie co ciekawsze pomyły i wrzucił je do swoich filmów. W efekcie czego QT podniecają się wszyscy, a Avary może się tylko wkurzać. No i cóż, mieć pomysły to jedno, a zrealizować je to drugie. Nikt nie zaprzecza (choć niektórzy się starali) wkładowi Avary’ego w scenariusz „Pulp Fiction” (Oscara odebrał), ale właśnie takie filmy jak „Napad” udowadniają, że nie powinien sie burzyć, bo kiedy sam może coś zrobić, to wychodzi to, co wychodzi. Zresztą nie tylko „Napad”. Przeglądając filmografię Avary’ego można spotkać same dowody na to, że filmowcem jest przeciętnym. Powinien się raczej cieszyć, że po „Mr Stitch”, którego widziało może z pięć osób jeszcze jest w biznesie. I ostatnio całkiem nieźle sobie radzi – przynajmniej jeśli chodzi o dopuszczanie go za kamerę, bo moja opinia o jego filmach jest słaba. Łotewer.

Zed (hłe hłe) odwiedza Paryż, gdzie spotyka Zoe (jedna z niewielu atrakcji „Napadu”, czyli goła Julie Delpy). Spotyka też paru kolegów, z którymi postanawia obrobić miejscowy bank. Na miejscu okazuje się, że jest to bank, w którym pracuje Zoe (jedna z niewielu atrakcji „Napadu”, czyli goła Julie Delpy…yyy, powtarzam się.

Nie będę ściemniał – z filmu pamiętam tylko jedną rzecz. Niesmaczny dialog o robieniu kupy. Pamiętając film tylko przez jego pryzmat, mam wrażenie, że „Napad” to właśnie taka zrobiona kupa. Zostawiam sobie furtkę na zrewidowanie tej opinii, bo może i jestem niesprawiedliwy, ale prędko przez nią nie przejdę.

***

„Straceni chłopcy” [„The Lost Boys”]

W przypadku tego filmu moja opinia jak sądzę nie będzie odosobniona. Nie zamierzam szargać klasyki i wypisywać, że np. taki „Iron Eagle 3” jest lepszy, bo tu nie ma co dyskutować. „Straceni chłopcy” to 10/10 i nic tego nie zmieni. To też zdecydowanie jeden z filmów mojego dzieciństwa, który kupił mnie od pierwszych dźwieków „People Are Strange”.

Sam z rodziną (hehe, sam z rodziną, hehe) przeprowadza się do uroczego miasteczka Santa Carla. Brat Sama – Michael – szybko trafia w niewłaściwe towarzystwo. Jak się okazuje, zaczyna kumplować się z wampirami. I wszystko byłoby powędrowało w nieciekawym kierunku, gdyby nie prowadzący sklep z komiksami (toż to „w dawnych czasach” było zupełnie nieznane miejsce – do dzisiaj zresztą komiksy traktowane są u nas tak samo, ale bronić ich nie zamierzam, bo nie jestem komiksiarzem) bracia Frog. Wygląda na to, że na walce z wampirami zjedli zębu ( :) ). Łatwo nie będzie, ale Michael jeszcze nie jest zupełnie stracony dla świata.

Nie tak dawno temu życie dopisało smutny epilog do „Straconych chłopców” wraz ze śmiercią Coreya Haima, filmowego Sama. Nie tylko jego życie potoczyło się w zupełnie innymi kierunku, jak mógłby się tego spodziewać. Dla drugiego Coreya kariera w młodym wieku nie stała się przepustką do filmowej sławy i chwały. A niewiele brakowało, żeby i Jason Patrick do spółki z Kieferem Sutherlandem nie przetrwali „okresu transformacji kina” – im w końcu udało się odnaleźć tu i ówdzie.

Wszystko to sprawia, że „Straceni chłopcy” nie tylko się nie starzeją, ale i obrastają dodatkowym, smutnym kultem. To już nie samo kino, ale coś więcej niż tylko seria klatek na celuloidowej taśmie. A to przywilej tylko największych filmów, niezależnie od tego czy opowiadają o rzeczach poważnych, czy tylko o kilku młodych ludziach ruszających z pistoletami na wodę naprzeciw hordzie wampirów.
(1031)

Odpowiedź

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.
www.VD.pl