Jeszcze będzie przepięknie

Uwaga, uwaga! Wydarzenie bez precedensu w ponad sześcioletniej historii Q-Bloga. Recenzja sztuki teatralnej. A raczej garstka przemyśleń, bo żeby pisać recenzje sztuk teatralnych to na teatrze trzeba się znać. No może nie trzeba, ale trzeba bywać w nim i go oglądać (nie mówię o oglądaniu budynku). A ja tam nie bywam, ani sztuk nie oglądam. Bo tak, bez powodu. Nie są mi potrzebne do szczęścia, ani nie cierpię na jakiś uraz z dzieciństwa związany z wyjściem ze szkoły na jakieś nudne przedstawienie. Nie mam teatralnych fobii, a nawet nie uważam, że teatr to zło czy nuda. Wręcz przeciwnie, myślę że jest zupełnie odwrotnie, ale – to w niczym nie zmienia faktu, że do teatru mnie nie ciągnie.

No ale jak już trafiłem to nie żałuję, było w porządku. Ani zachwycająco, ani koszmarnie nudnie – ot w porządku właśnie. Poza tym mogę się teraz lansować u mnie na prowincji, że siedziałem na widowni za znanym panem z telewizji.

Jak wskazuje tytuł notki – dotarliśmy z Aśkiem do teatru Polonia na sztukę Przemysława Wojcieszka „Jeszcze będzie przepięknie”. Bohaterami sztuki są Ania i Tomek – beztroscy trzydziestolatkowie spłacający siedem kredytów. A przynajmniej tak to wygląda w teorii, bo w praktyce Tomek od kilku miesięcy rat nie płaci. Wyleciał z dobrze płatnej pracy i teraz haruje za marne grosze w McDonaldzie = brak kasy na spłacanie kredytu. Ania uczy muzyki, a w wolnych chwilach próbuje podbić telewizyjny świat programów rozrywkowych, w szczególności zaś jednego takiego idololike. Życie Ani i Tomka pewnego dnia staje na głowie wraz z pojawieniem się wrednego przedstawiciela banku, który chce im zabrać mieszkanie o ile w miesiąc nie wytrzasną prawdziwej kupy kasy.

„Jeszcze…” to słodko-gorzka komedia współczesna na pięciu aktorów i sypialnię. Sceny z błyskotliwymi i zabawnymi dialogami przeplatane są tu scenami, w których autora poniosła wyobraźnia i zdecydowanie za bardzo przeszarżował. Przeto przyjemnie jest, gdy gościmy w sypialni Tomka i Ani, a mniej przyjemnie, gdy przekształca się ona w kozetkę psychoanalityka bądź McDonalda (poroniony pomysł, choć rozumiem, że trudno co trochę scenografię zmieniać – uważam jednak, że skoro na scenie przez cały czas trwania sztuki stoi łóżko, to i sztuka powinna nie wychodzić poza sypialnię). To mniej przyjemnie za sprawą irytujących rodziców głównych bohaterów granych przez Ewę Kasprzyk i faceta ze słabym głosem, którego często nie słychać za dobrze. Szczególnie ten drugi jest na maksa przerysowany przez co szybko powodujący irytację. Kasprzyk natomiast nie ma za wiele do zagrania, a to co ma nie zaskakuje niczym, bo nie od dzisiaj kreuje się na rozbuchaną erotycznie milfetkę. Z tym, że ta ze sztuki jest na dodatek głupawa. Doskonale rozumiem, co autor miał na myśli, ale nie kupuję tego w zaprezentowanej formie. Przerysować też trzeba umieć.

Nie trzeba się znać na teatrze, żeby wiedzieć, że prawdziwą gwiazdą sztuki jest Rafał Rutkowski w roli bezwzględnego przedstawiciela banku. Głównie jego nazwisko pojawiało się wśród głosów widowni czekającej w ciasnej kolejce do szatni i trudno się temu dziwić. Trzeba też jednak zauważyć, że tekst Wojcieszka właściwie tylko jemu dawał szansę na błyśnięcie. Żaden z pozostałych aktorów nie miał takiego materiału do zagrania i choćby się starał, to i tak z Rutkowskim by poległ. Co najwyżej Piela mógł błysnąć scenami w McDonaldzie, ale w zderzeniu z onemanshowem Rutkowskiego szans nie miał. Pojawił się przeto Rutkowski niczym wypisz wymaluj Jim Carrey w „Telemaniaku” i godnie zapracował na porównanie do tego komika. Zresztą nie zdziwiłbym się, gdyby  Rutkowski przygotowując się do roli nie obejrzał ze dwa razy tego filmu tak samo jak Wojcieszek przystępując do pisania scenariusza. Wyszło bardzo fajnie i jedyne, czego można się przyczepić to śpiewania, bo z takim śpiewaniem rodem z Festiwalu Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu w żadnym mam-talent-show nie miałby szans. A skoro już o śpiewaniu, to „Jeszcze…” przetykane klasykami polskiej muzyki rockowej dało też szanse na błyśnięcie wcielającej się w rolę Ani Monice Dryl. Błyśnięcie wokalne. Monika szansę wykorzystała, choć pod koniec przedstawienia głos miała już lekko zmęczony.

Sztuka nie jest dla dzieci, bo joby lecą tam siarczyste, a jobów tych jest trochę za dużo. O ile płomienny monolog (a właściwie jedno wielkie wyzwisko) przedstawiciela banku kupuję, to jednak „ty chu*u” Kasprzyk na widok byłego męża wydaje mi się zupełnie niepotrzebne. No ale od samego początku widzicie, że czepiam się tych postaci, więc czemu teraz miałbym przestać. Ot nieprzemyślane były i przydałby im się spory szlif. Do pozostałej trójki zastrzeżeń nie mam, bo właśnie, gdy oni królowali na scenie to ja się nie nudziłem. A i z kilku tekstów szczerze się pod nosem zaśmiałem.

I tylko nie rozumiem, a będzie to nieargument zupełnie niemerytoryczny, po kiego grzyba aktorzy nawiązują interakcję z publicznością. Lubicie coś takiego? Bo ja nienawidzę (nawet, jak w telewizji widzę) jak nagle kabareciarze (bo zwykle przy tych mam okazję w TV się zetknąć) zaczynają gadać z publicznością, nabijać się z widzów itp. W TV bezpiecznie, a w takim teatrze? Siedzę i się modlę, żeby mnie nie zagadał i zamiast mieć fun ze sztuki to się stresuje 😛 Są jakieś badania, które pokazują, że ludzie to lubią? Bo jeśli tak to zrozumiem po kiego grzyba aktorzy schodzą ze sceny i sobie ciągną łacha z widzów. Choć i tak zawsze będzie mi to działać na nerwy.


jeszcze

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.
www.VD.pl