Wdrożenie i opieka: MimasTech
Szokujące newsy!

Duże dzieci oświadczają się koszmarnie po irlandzku…

…na ulicy Wiązów intrygantowi i resident evilowi afterlife podczas krwawej uczty

Taki ładny tytuł notki i musiałem sciachać, bo za długi ARGH.

Wiadomo nie od dzisiaj, że najwięcej zwykle narzekam na to, że nie piszę recek od razu po obejrzeniu filmu. No i w związku z tym mam kilka takich filmów, które czekają na zreckowanie. I właśnie doszedłem do wniosku, że się nie doczekają, więc standardowo – napiszę o nich po dwa zdania i niech spoczywają w pokoju.

Na to, że jestem zjechany jak koń po westernie też zwykle narzekam, ale dzisiaj zrobię wyjątek i nie będę na to narzekał. Choć nie dlatego, że jestem rześki jak woda w sedesie. W końcu nie bez powodu napisałem dzisiaj rano na fejsie, że do niedawna mieliśmy w domu dwoje ludzi – teraz mamy pięć psów i dwa zombie…

No to jadziem z filmami, których tytuły mam zapisane, a jak znam życie nic z nich już nie pamiętam, bo oglądałem je kiedyś tam.

„Intrygant” [„The Informant”]

Oparty na faktach film Stevena Soderbergha opowiadający o rubasznym grubasku z wąsem (Matt Damon) pracującym w firmie spożywczej, którego gierki z FBI doprowadzają do zupełnie niespodziewanych efektów.

Zabierałem się do tego filmu dość długo, a kiedy już się zabrałem to myślałem, że pomoże mi zasnąć. Stało się odwrotnie – w ogóle mnie nie znudził i sporo się naśmiałem słuchając monologów głównego bohatera i jego zabawnych przypowieści o czarnym nosie misia polarnego itp.

W fabule chyba się pogubiłem zupełnie, ale w niczym mi to nie przeszkadzało, bo świetnie napisane dialogi (monologi) rekompensowały mi intrygę, która zeszła na drugi plan. Jakieś chemiczne środki, polepszacze, spożywcze cuda wianki i FBI, która wplątała się w coś, za co nie powinna się w ogóle zabierać, a potem wyplątać się nie mogła za sprawą naszego wesołego bohatera. A że ów bohater brnął w najgłębsze bagno już dawno w nim stojąc to już do końca było zabawnie.

Bardzo fajny, stylizowany na kino lat 70 film, który pozytywnie mnie zaskoczył, szczególnie że na filmy pana Soderbergha nie jestem jakoś specjalnie napalony. 8(10)

***

„Duże dzieci” [„Growns Up”]

Sandler, Rock, James, Spade, Schneider… Obsada godna komedii wszech czasów groziła tez niebezpieczeństwem zarąbania widza nieśmiesznymi i niesmacznymi żartami. Na szczęście poziom został utrzymany przyzwoity. Na nieszczęście – nie była to jednak komedia wszech czasów.

Piątka przyjaciół z dzieciństwa spotyka się na pogrzebie swojego trenera koszykówki z dzieciństwa (koszykówka normalna, trenował ich w dzieciństwie :P). Stypa przeciąga się na kilka dni spędzonych przez wszystkie ich rodziny w domku nad jeziorem.

Sporo śmiesznych żartów (głównie słownych) szybko nastawiło mnie pozytywnie do tego filmu i kiedy już „byłem” w klimacie, to do końca poszło na luzaku. Owszem, starali się od czasu do czasu obrzydzić mi oglądanie jakimiś z dupy wyjętymi żartami (nie wiem cóż jest śmiesznego w tym, że duży dzieciak ciągle matkę ssie albo w standardowo nieśmiesznych epizodach z Steve’em Buscemim, który nie mam pojęcia, czemu się wyciera w epizodach po filmach Sandlera) i Schneiderem, który jak zawsze był śmieszny inaczej, ale mojego pozytywnego nastawienia już nie zniszczono. A że dodatkowo lubię filmy, w których bohaterowie spotykają się po latach, to muszę przyznać, że dobrze się bawiłem i na 8(10) film zasługuje.

I tylko nie wiem co w nim robiła Salma Hayek, która była najsłabszym elementem tego filmu. Już lepiej, żeby przez cały film gdzieś na drugim planie bez słowa stała ubrana tylko w bikini.

***

„Oświadczyny po irlandzku” [„Leap Year”]

Bohaterka tej komedii romantycznej postanawia jechać za ukochanym do Irlandii i skorzystać ze starej irlandzkiej tradycji. Otóż w roku przestępnym 29 lutego kobieta może poprosić o rękę mężczyznę, a temu nie wypada odmówić. Oczywiście nasza bohaterka ląduje zupełnie gdzie indziej i trochę potrwa zanim dotrze do swojego ukochanego. A w podróży towarzyszyć jej będzie pewien nieokrzesany irlandzki gbur (jakże by inaczej).

Gdybyście nie wiedzieli – „Lap Year” to chyba pierwszy w historii kina zachodni remake bollywoodzkiego filmu. „Jab We Met” konkretnie. A gdybyście chcieli wiedzieć – to między filmami nie ma w zasadzie żadnego podobieństwa, więc wieść o Bollywood rozsiewana przed premiera była co najmniej plotka, bądź też marketingową bzdurą.

Film ów jest sympatyczną komedią romantyczną napisaną według sztywnego szablonu komedii romantycznej. Nie jest to żaden zarzut, bo każdy komrom jest napisany właśnie wg niego (ciekawe, gdzie trzymają go pod kluczem, lub w jakim muzeum wystawiają). Tyle tylko, że dobry komrom potrafi wyjść poza schemat czy to dialogami czy jeszcze czymś innym. Natomiast przeciętny komrom jest komromem takim samym jak dziesiątki innych komromów (o złych nie piszę, bo nie ma potrzeby). I „Leap Year” jest właśnie takim przeciętnym komromem – ani złym, ani dobrym. Jak ktoś lubi komromy to śmiało może oglądać, a jak nie lubi, to tylko potwierdzi swoją opinię o komromie. Ja lubię, więc 6(10) spokojnie daję, choć wydaje mi się, że od razu po seansie byłoby 7(10).

No i warto jednym zdaniem wspomnieć o ładnych, górzysto-zielonych irlandzkich krajobrazach, które można podziwiać w „Leap Year”. Wspomniałem więc.

***

„Krwawa uczta 2: Powrót bestii” [„Feast 2: Sloppy Seconds”]

Ludzie Vs. Potwory po raz drugi. Mniejsza o fabułę, która zresztą i tak sprowadza się do wspomnianego na początku: Ludzie Vs. Potwory.

Kontynuacja sympatycznej skądinąd „Krwawej uczty„, która zaskoczyła przyjemnym dla oka i ucha czarnym humorem i słabym wykonaniem potworów, którym nikt się nie przejmował, bo w sumie tak było jeszcze bardziej cool. Druga część już niczym nie zaskakuje, a że nakręcona została prosto na DVD, to nie daje więcej niż można się spodziewać po takich produkcjach. Czyli niewiele. Nie wiem w sumie po co je kręcą, ale najwyraźniej da się na tym zarobić w jakiś magiczny sposób i wot cała tajemnica.

I byłby nawet nie pisał o tym filmie, gdyby nie jedna scena, dla której warto zwrócić (nomen omen, jak się za chwilę okaże) uwagę na ten film. Otóż jeśli macie ochotę sprawić, że zaproszeni przez Was goście się porzygają (no nie wiem, może ktoś ma fun z czegoś takiego), to spróbujcie właśnie z tym filmem. Jest tam taka scena, której nie przyświecało jak mniemam nic więcej niż sprawienie, że jej widzowie puszczą pawia (tacy normalni widzowie, bo zaprawieni w bojach zrozumieją, że to cool jest 😉 i dla jaj). W związku z tym jedni w tej scenie rzygają, drudzy to łykają i tym rzygają po raz drugi itd. itd. Właśnie dla tej sceny „Krwawa uczta 2” powinna zostać zapamiętana. I jeszcze coś z babcią było, ale już nie pamiętam. A może to było z babcią…? Hmm, w każdym bądź razie dość obrzydliwy to film, ale na sposób: „o, patrzcie, ten potwór z suwakiem na plecach i źle przyklejonym mejkupem urwał mu marną protezę ręki!”. Ed Wood byłby dumny, ale obiektywnie rzecz biorąc to ze 3(10) maks.

***

„Resident Evil: Afterlife”

Do Residenta zawsze miałem sentyment, który rozpoczął się wraz z drugą częścią giery. Jak już wiecie, bo pewnie ze sto razy powtarzałem, fanem gier nie jestem i urzec zdołało mnie zaledwie kilka na krzyż. Wśród nich jest właśnie Resident, a konkretniej rzecz biorąc pierwsze jego dwie części. Na ekranizację też czekałem, szczególnie że fruwały ploty iż jej reżyserią miał zająć się George A. Romero. Nie zajął się, ale film i tak zły nie był. No i generalnie wiele złego o kolejnych dwóch częściach nie mogę powiedzieć, bo również wg mnie złe nie były (no dwójka była marniejsza, ale nie aż tak). A w związku z tym przydługim wstępem do krótkiej przecież miało być recki, także i czwórka wg mnie nie jest zła.

Akcja filmu rozpoczyna się troszkę po zakończeniu części trzeciej. Okazuje się, że happy endu nie było i że wszystko zaczyna się od nowa. Wszystko = napieprzanie się z „potomkami” Umbrelli. Jednym razem widowiskowe, innym mniej, gdy twórców ponosiła fantazja i serwowali nam do dupy niepodobne zombie-dobermany. Innymi słowy – widziałem co było marne, ale całkowitego odbioru mi to nie zepsuło. Przy czym warto dodać, że w oglądaniu takich filmów pomaga jak najgorsze nastawienie się do nich przed seansem.

Jedną zaś rzecz REA uświadomiła mi bez wątpienia – to, że strasznie stęskniłem się za Michaelem Scofieldem. Bądź co bądź spędziliśmy ze sobą wiele wtorkowych poranków. Stęskniłem się i za samym Wentem, jak i za jego głosem, a co za tym idzie samo tylko ich pojawienie się w filmie podniosło moją frajdę z oglądania o spory procent. Szczególnie, że spoko kolesia zagrał – o ile dobrze pamiętam takiego, co to po nim puste biurko w komputerowej dwójce zostało, a kto wie, może i bohatera komputerowej jedynki(?). I głównie dzięki Wentowi właśnie film dostaje 7(10), bo bez niego ocena byłaby niższa. A tak morda mi się śmiała za każdym razem, gdy pojawiał się na ekranie i choćby coś tam tylko mówił półgębkiem.

***

„Koszmar z ulicy Wiązów” [„A Nightmare on Elm Street”]

Nigdy nie byłem fanem serii filmów o Freddym. Taka prawda, co począć. Nie mówię, że nie darzę ich sentymentem, bo darzę – szczególnie trzecią część, którą widziałem najpierw (o pierwszych dwóch tylko słyszałem z opowieści – pewnie już tu opowiadałem), ale nie mogę powiedzieć, że mi się podobały. Są filmy z dzieciństwa, za którymi się wzdycha i oglądane po latach dalej zachwycają. Freddy’ego nie mam zamiaru powtarzać i raczej się to nie zmieni. Swój limit oglądnięć serii wyczerpałem. I może dlatego nie mam nic dobrego do powiedzenia o remake’u, na który, nie powiem, czekałem. Miałem nadzieję, że współczesne spojrzenie na temat jakoś złagodzi to, co nie podobało mi się w oryginałach – jakieś takie, hehe, zbyt skomplikowane i psychodeliczne były dla młodego chłopaka, który dorwał pierwszy odtwarzacz wideo. I skaza pozostała. A współczesna wersja tę psychodelę złagodziła, ale i owszem, ale powstał film zupełnie bez wyrazu.

Wiadomo, o co chodzi, nie? Młodzież miasteczka Springwood ginie we śnie. A ci co im się jeszcze nie udało zginąć mówią, że śnił im się facet z brzytwami zamiast palców ubrany w pasiasty sweterek. I chciał ich zabić śmiejąc się uprzednio i rzucając jakiś oneliner. Szybko okazuje się, że sprawa gościa w sweterku związana jest z pewnym wydarzeniem z dalekiej przeszłości miasta. No w miarę dalekiej, bo bez przesady.

Mam wrażenie, że ktoś przyszedł do reżysera tego filmu i mu powiedział, żeby zrobił taki film, który zarobi. Nie będzie aż tak słaby, żeby ludzie na niego kręcili zbytnio nosem, ale żeby nie miał jakichś niebezpiecznych rzeczy, które nie daj Boże sprawią, że będzie przekombinowany. Ma być taki przeciętny, bo to wystarczy – każdy zna Freddy’ego i do kina przyjdzie. I reżyser wziął to sobie do serca i nakręcił film przeciętny. Taki dokładnie na 5(10). Pół na pół jawa sen, pół na pół wszystko. Ani na chwilę nie wychylający się ponad tę kreskę nakreśloną przez środek pod tytułem „zaróbmy swoje i nie kombinujmy”.

Sytuacji nie poprawia obecny w obsadzie Kyle Gallner, którego najnormalniej w świecie nie lubię. A że gra tu Quentina to już dodatkowa załamka…
(1036)

Skomentuj

Twój adres mailowy nie zostanie opublikowany. Niezbędne pola zostały zaznaczone o taką gwiazdką: *

*

Quentin

Quentin
Jestem Quentin. Filmowego bloga piszę nieprzerwanie od 2004 roku (kto da więcej?). Wcześniej na Blox.pl, teraz u siebie. Reszta nieistotna - to nie portal randkowy. Ale, jeśli już koniecznie musicie wiedzieć, to tak, jestem zajebisty.